Pan Tealight i Piąta żona…

„Wieści o niej plątały się po Wyspie od dawna.

Tutaj zahaczyły o gałąź, tam o komin. Tu się trochę naddarły, nadpruły, zostawiły kilka liter, słów, zdań… jakieś obrazy w powietrzu, jakieś postacie zamglone, jakieś dziwne sny, myśli, marzenia i pragnienia. Bo przecież wieści też często są aż nazbyt ludzkie. Aż nazbyt namacalne i tworzące własne rzeczywistości. A te akurat były w tym naprawdę wybitnymi mistrzyniami.

Gdyby tylko nie to, że chodziło o Piątą żonę, to wiecie, pewno każdy puszczałby je mimo uszu, między gałami, gdzieś tam po przedziałku, lub pod ramieniem nawet. Ale jednak sam temat zdawał się być intrygujący. Bo czy chodzi o harem, czy jednak dziwaczne pragnienie? Bo jeśli ludzie mogą poślubiać przedmioty mimo ich woli, to czyż nie będą też mieli baczenia na całą resztę? No wiecie, jakoś tak dziwne to wszystko. Jakoś tak się miesza, kręci i nagle nie ma już cudownej, wyjątkowej nienormalności. Nagle każdy w swej szufladce i tak dalej…

Te wieści jednak były na tyle upierdliwe, że w końcu Pan Tealight założył na nie pułapkę i złapał je na lukrecję i kawałek węgielka, wciąż się żarzącego. Miał już dość. Nie żeby miał jakieś pragnienia dotyczące ich poznania, ale to już było rąbane nękanie, a przecież sezon na Turyściznę się zaczął!!!

Nie mogli się AŻ TAK błaźnić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „W obcej skórze” – … nieswojej. Dziwnej. Innej. Ale serio… co to ma do fabuły powieści? Znaczy wiecie, ten szumny tytuł, ona krzycząca z okładki sława powieści, najlepszy kryminał sprzed kilku lat, ble ble ble… Nie wierzcie pochlebnym opiniom.

Serio.

Książka jest bolesna.

I to we wszystkich wymiarach. To, że jest przewidywalna to pikuś, to że bohaterowie, policjanci, są tak koszmarni, niewykształceni, zmanierowani i nie dają się polubić, no wiecie, można uznać, że różne są fiksacje, ale… ta powieść najzwyczajniej w świecie nie ma sensu. Tutaj nic się nie klei. Czytelnik od razu wie co będzie, gdzie, z kim i dlaczego, a przyszykowany na „studium przemocy domowej” oczywiście wybrał akurat tę powieść z pewnych powodów, więc… zawód tym większy.

Już nie wiem czego się czepić najpierw, bo wszystko tutaj leży, powiewa i tak dalej. Nie wiem też kto bardziej jest upokarzany, czy nasza pani policjantka, czy te kobiety… a już faceci w tej książce. Nie. Po prostu nie polecam.

Naprawdę.

I nie chodzi tylko o oną fabułę i bohaterów drętwych i głupich, ale przede wszystkim o język, który odpycha. Te dialogi jak z tyłka wyjęte, te opisy pokręcone, zbytni natłok słów, potem ich brak… nie, nie wiem czy to wina autorki czy tłumaczenia, ale kiepskiej książki i najlepszy tłumacz nie uratuje!

I tak, wiem że debiut, no ale błagam!

Nie.

Hammerhavn jest piękny.

Nawet z tymi nieuporządkowanie dziwacznymi czarniawymi domkami… taki unowocześniony smutnie, a nawet… No dobra, to coś dziwnego. Nie rozumiem. Biały metalowy barak, na którym pisze: tylko dla facetów, a dokładnie: „Galleri. Only for gentlemen. female no access unless you pay 20DKK”. WTF? No tak naprawdę? O co chodzi? Czy to coś, czego serio nawet myślą lepiej nie ruszać, czy durny żart? Jak się okazuje, zwyczajnie brzydka, świńska galeria. Ale jak nic dyskryminuje kobiety, które lubią cycki.

No mniejsza.

W porcie oczywiście fale. Te tutaj bywają często, więc człek się może nimi nacieszyć. Ale też i mała piaszczysta plaża i oczywiście łódki i pomost, i ścieżka do ruin i jeszcze ta woda, tak spokojna za betonową osłonką. Można popływać, można uciec od zgiełku, można po prostu się schować i w kiosku zjeść kanapkę, lody czy co tam kto chce. No i oczywiście wiecie: siku, kupa czy prysznic też dostępne. Do tego ta sala, w której jeśli jest sztorm, możecie sobie urządzić party sztormowe. Bo jak pogoda jest taka jaką mamy teraz, to po co siedzieć pod dachem? No naprawdę? Po co?

Cień pewno, ale zamknięte pomieszczenie…

Eeee, nie.

Ale koniec z rozważaniami portowymi.

Ostatnie opryskanie słonawą wodą, świeżość na maksa, i dalej w drogę. Przecież mamy wrócić do latarni, a ścieżka kręta, piaszczysta, sucha i ogólnie mówiąc osamotniona. No i pod górkę oczywiście no i jeszcze te skały i zarośla i jaszczurki czyhające na człowieka. Czyli wiecie, cudownie jest!!! Naprawdę. Takie umęczenie ciała, ale jednocześnie ta przyroda, krzaki tworzące zielone wciąż tunele, te rdzawości zdychających wrzosów i jagodników, i skromne zielonkawości oraz jeszcze te skały i niskie trawy umęczone. I wciąż palące słońce jeszcze. Na skałach mewy. Oczywiście są rodzinnie. Skończyło się w tym miejscu już wysiadywanie jajek, mewy mniej natarczywe i broniące swego terytorium… teraz można się poglapić. Na te białe mewy i jeszcze na one maleństwa. W różnej wielkości, ale wszystkie szarawe. No po prostu cudowne.

Niektóre kłębuszki jeszcze, inne już całkiem dość wyrośnięte…

Jak to jest, że te białe w swej dorosłości zwierzaki często rodzą się takie szarawe czy czarniawe, jak węgielki spalone? Logiczne, że z powodów biologicznych i ochronnych, ale jednak… taka w tym dziwaczna metafora.

Człowiek idzie tym wysokim klifem, piaszczystą ścieżką, podziwiając mikruskie, pokręcone, karłowate drzewka, niektóre wciąż żywe. Słońce pali, woda cała z człowieka ucieka i nagle wcale nie chce mu się pić, ale właśnie się ususzyć. Na amen. Może tak czuły się mumie? Nie no, wiem że one raczej nic nie czuły, chociaż… a te, które na żywca mumifikowali?

Hę? LOL

No ale… idziemy dalej.

Po prawej skały i trawy, wszelakie załamania trenu i wzrosty, skały pojedyncze i grupowe, wszelkie krzaczki i pustka. W oddali na górce jakaś lesistość, do tego wąziutkie, odzwierzęce ścieżynki. Takie to wszystko fascynujące. Takie wciąż dzikie i oderwane od tej ciężkiej, internetowej codzienności. I wystarczy łypnąć przez ramię, albo nawet przycupnąć na chwilę na skale, by oszaleć z tej całej wodnistości. Bo przecież jak się człek obróci, to morze. Pełne morze. Dużo morza. Tylko i wyłącznie ono, lekko pofalowane, przy brzegu już mocniej, krzyczące, uderzające o skały, rozbryzgujące się wysoko białą pianą w górę. A nad tym wszystkim mewy, które też to lubią.

Ta cała moc wody, ta potęga, ten ogrom, choć przecież Szwecję widać na horyzoncie, wcale nie tak daleko… ale ta woda. Tyle jej. I tak wiele musi się w niej kryć. Tajemnice, mity, oczekiwania, marzenia, nadzieje, zatopione wioski, przeszłości wszelakich rozwiązanie, mroczność, ale i światłość. I jeszcze coś takie nieokreślone, co sprawia, że gdy się człek od tej wody odwraca i wspina pod górę, znowu, powoli, po skałach, przytrzymując się umęczonych krzewinek i mikrych drzewek… to wody brakuje. Onego błękitu, niebieskości, wilgoci. Po prostu jakoś tak jest dziwnie, gdy tego nie widać. Ale droga do latarni jedna z tej strony. Inaczej się nie da.

Zresztą, przecież zaraz znowu zobaczę morze!

Może?

I jeszcze zakręt i kolejny i już jest.

Człek spocony, ale dziwacznie radosny może zasiąść w te swoje cztery kółka i dokulać się z powrotem do domu. Bo wiecie, w domu najlepiej. W domu może i nagrzanym, ale z wielkim wiatrakiem w ogródku… no dobra, prawie w ogródku, no i ziołami, drzewkami i sąsiadem psychopatą.

PS. Jakby co, to uważajcie na zwierzątka. Serio. Jazda może i wolniejsza, co przy tej pogodzie serio jest zalecane, ale takie przypadki jak rodzina łabędzi na ulicy, to nic dziwnego. Wszystkim doskwiera ten upał. Przyroda się męczy. Ale policja jakby co jest na miejscu!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.