Pan Tealight i Pomost…

„Czarowny.

Albo i mocno dziwny.

Ulepiony z pajęczyn zmieszanych z księżycowym blaskiem, poświatą onych nocy, gdy nikt nie patrzy i można robić wszystko… z wszelkiego wybaczenia, z prostej wolności swobodnych chwil, gdy nie myślicie, że ktoś coś, że może nie powinno się, gdy podążacie za swoimi uczuciami… Niby beton i kamienie, niby morskość wszelaka, granatowa, szmaragdowa, turkusowa i wszelako niebieska. Niby zarośla, szemrzące, szepczące, dziwnie nieznajome, trzymające w swych ostro zakończonych liściach tak wiele tajemnic, drżąca by opowiedzieć historie, ale nie zdradzić sekretów.

Pomost, a przy nim biała łódka.

Niby przyczepiona do niego, lekko hacząca o czysto kamienne zakończenie konstrukcji, i metalową barierkę, ale bardziej jakby skryta, podpatrująca co tam się w oddali dzieje. Gdzie domki na horyzoncie łukującym się w stronę nieba, gdzie one barwy, skały z pomarańczowymi narostami, gdzie kormorany…

I pies.

Całkiem tym wszystkim nie zainteresowany.

Całkiem w sobie i piłce rozbawiony. Mocno wyluzowany we wszystkich częściach, kąpiący się, mający gdzieś beach body i kompleksy. Oraz człowiek. Wielki Strażnik Tajemnego Pomostu, który jako jedyny wie, że to miejsce to nie tylko strzała nurkująca w morskie otchłanie, ale przede wszystkim miejsce, które dokądś prowadzi. Że skok z niego, tam gdzie ogon psa młóci wodę, pozwala na przekroczenie tej właśnie granicy, o której tak wielu marzy, ale jednak nie do końca jest pewnym, czy to marzenie, ono nieustające pragnienie, jest tym prawdziwym…

I stopa Wiedźmy Wrony Pożartej znikająca w onym niebycie… bo przecież jak nie spróbuje, to nie będzie wiedziała, a tego uczucia nienawidzi najbardziej ze wszystkich w sobie. Najbardziej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znowu spacer…

Bo wiecie, jak nie można sobie poradzić ze światem, jak w mieście wszędzie moc Turyścizny głośnej, palącej pety, kompletnie ignorującej suszę i to, że jebnięty przez okno pet, żarzący się wciąż, a one tak mają, że robią to nawet jak ugaszone, może nas sfajczyć. I to na amen, bo przy tak zapchanych drogach, przy tylu remontach…. straż pożarna ma gigantyczne opóźnienia. Ludzie! Myślcie!!!

To nie boli.

Zapewniam.

A dziś chcę do Hammeren.

Bo tak. Bo coś mnie ciągnie na te skały mimo palącego słońca, do latarni, na którą nie wejdę, bo jakoś tak wolę pod, jakoś tak… zresztą, przecież raz się przełamałam i wczołgałam się tam. Piękne to było i koszmarne. No i wciąż jeszcze tam dokoła niej nie wszystko przez mnie schodzone, dotknięte, popodziwiane, zrozumiane. Wiecie, to jak stanie na szczycie świata, gdzie dookoła tylko woda. Ale tym razem nie pójdę wybrzeżem, może nim wrócę, może… na razie pójdę oną dziwną ścieżką pełną kamiennych ogródków, miniaturowych drzewek, oczek wodnych, wciąż jeszcze z wodą, traw wysuszonych, kamiennych ostańców. Ale przede wszystkim… tej dziury, nagłej dziury w ziemi i pól w oddali i domów.

A dokładniej wielkiego spadku, który pokazuje piękno dwóch jezior.

I morza w oddali skąpanego w słońcu.

Boleśnie parzącego oczy.

Ale nie muszę się patrzeć w morze, bo chcę powoli zejść tą inną, dziwniejszą, bardziej stromą ścieżką obok jezior. Wiecie, tych dwóch gdzie tam w jednym można się kąpać i pozjeżdżać na lince, a w drugim nie, ale piękne jest (Opalsøen i Hammersø, jedno dziura po człowieku, a dokładniej po kamieniach, a drugie naturalne, górskie jezioro… ekhm, górale pewno się uśmialiby). Najpierw patrzy się na nie z góry i zachwyca się człek tymi kolorami. Bo wyglądają jak lekko mleczne szmaragdy. Albo fluoryty. A może jednak zielone oczy potwora, który nie dba o te ludzinki, a który czeka na coś większego i kiedyś się przebudzi?

Wrzaski ludzi są fascynujące?

Nie no, wiem że to w miarę bezpieczna rozrywka, ale jakoś mi nie pasuje do spokojności i naturalności Wyspy. Ale przecież to jest turyzm. Spokój i cisza nie sprzedają się dobrze, czyż nie? Dlatego trzeba to znieść. I papierki i w ogóle wszystko. Po drodze spotykam takich jak ja, co to chcą chodzić, pomacać, popatrzeć, doznać… dziwaków pewnie, ale przesympatycznych. Rozumiejących i pot i sapanie. Oni wchodzą do góry, ja po raz pierwszy tą stroną w dół. Nie zwyczajną po lewej, a ta po prawej, ścieżką, która nagle znika obok kamiennego ostańca na którym gniazdują mewy.

Na szczęście już nie tak agresywne…

Ścieżka jest piaszczysta.

Pewno, że łatwiej byłoby ją tak na tyłku zjechać, ale i portków szkoda i skałki wystają. Nie mogę się oprzeć myśleniu, że te kamienie to jakoś tu stoją bardziej uporządkowanie, jakoś tak nie mogę, ale przecież to byłoby logiczne. Umieszczenie tutaj wioski, czy też osiedla. Lekko schowane za skałami, woda jest… zbadam bardziej następnym razem. No po prostu muszę. Bo nawet naruszone wybieraniem kamienia, muszą tutaj być pozostałości po nich, nich tak nie do końca zaprzeszłych…

Ale teraz dalej w dół, jedno rozwidlenie, drugie i kolejne. Wysokie zarośla, dziwne ale znajome, pokrzywione drzewa. Niektóre wyglądają jak kości pradawnych stworzeń. Takie biało-szarawe, jakby wyczyszczone przez zwierzęta, robaki i oczywiście słońce i wiatr. Jakby… czekały by powstać. Niczym mityczne zombie. Niczym one książkowe kościane smoki. Albo i coś więcej, coś bardziej strasznego. Nic to… słońce przygrzewa, w cieniu chłodek, poza nim parzy wszystko. Własny oddech też nie pomaga. Nawet już nie chcesz pić, choć mózg podpowiada, że powinieneś…

Kolejne kroki, znowu zakręt, w prawo czy w lewo i nagle…

Paprocie.

Wysokie strasznie, wyglądające bardziej jak rąbana dżungla amazońska niż zwyczajowa, znana mi już przecież, roślinność Wyspy. Skądś tutaj mają wilgoć. Ale to coś wielkie, gigantyczne wprost jak na to miejsce nagle umyka nam spod stóp i wpada w krzaki. Wąż? Padalec tylko czy zaskroniec? A może jednak kurcze coś więcej? Nie chcę się przekonać i nagle zaczynam odczuwać strach, bo to wszystko zdaje się być tak nieznajome. Tak bardzo. I może to jest ona cudowna część sławetnej Stenhuggerstien, ale jednak dla mnie to czysta egzotyka.

Zbyt mocna…

Wyjście, a raczej już zauważenie ruin Hammershusa w oddali, przynosi dziwną ulgę. Potem morze, port, plaża pełna ludzi, otwarty sklepik z przekąskami, ludzie… Człowiek nagle czuje się znajomo w znajomym miejscu. Z większymi falami, biegnie teraz dziwnie wysuszony jak najbliżej, ale wiecie też zachowując ostrożność, onej wilgotnej słoności. Tego zapachu, którego nic nie przebije. Który wrósł już we mnie i jakoś nie chce opuścić. Po prostu jakoś tak… no jakoś tak nie mogę bez niego żyć.

Tutaj można odpocząć ze słońcem walącym prosto w twarz. Z falami tańczącymi, miejscami srebrzystymi, dziwnie ciężkimi, potem znowu błękitnymi, niebieskimi, szmaragdowymi. Po prostu jest niesamowite. Morze jest skomplikowane. Jest zawsze sobą. Czy chłosta skały w oddali, czy rozbryzguje się na kamieniach pod moimi nogami. Ono zawsze jest sobą. Zawsze. Nie udaje, bo jego potęga podporządkowuje sobie wszystko i wszystkich…

… i uzależnia.

A teraz czas na powrót, ale na to poczekacie chwilę. LOL

PS. Susza obecnie oficjalnie w całej Danii i ban na ogień wszędzie… zaczynam się bać, jak to wszystko się skończy?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.