Pan Tealight i Łeb w trawie…

„W niezbyt wysokiej, strzeżona przez Plaskaczy i Jaszczurzą Armię, trawie tak sobie leżała…

Głowa odrzucona przez Wyspę Wielkanocną, niewielka z za dużym nosem na ich standardy i bez kapelutka. Wiecie, taka lubiąca wiatr w swych nagłownych i nanosowych porostach i tak dalej. Pełna wewnętrznej wolności, choć chyba raczej fizycznie, to taka no… mało ruchawa. Nie jak Ojeblik – mała, ucięta główka, nie jak jej pełna żywiołości dusza mózgowa, raczej jak… Jak coś monumentalnego, lecz nie do końca powalającego w rozmiarach.

Wiecie, wielkość tkwi w głowie w końcu.

Gdy spotkali się: ona głowa i Wiedźma Wrona Pożarta, od razu zaskoczyło. I nie dlatego, że on, bo to jednak męska głowa wyraziście, wyposażony był w wielki ten nos. Oj nie, wcale nie dlatego. Żadnych durnych świńskich żartów. I nie dlatego, że bez korpusika, i że stara taka, i że, wiecie, inna… Nie, wcale nie o to chodziło. Po prostu głowa chciała gadać, a Wiedźma zawsze wolała słuchać. Jakoś tak jej łatwiej słuchać, uśmiechać się i z dokładnością szwajcarskiego zegarka kiwać głową własną w odpowiednich momentach, niż gadać o sobie… w końcu po co?

A on chciał, żeby ktoś słuchał.

Nie stawiał go na piedestałach, nie dopasowywał mu kamiennego korpusika, czynił elementem kurhanów, czy też innych tam pogrobowców. Nie, nie chciał miejsca w jakichś mitologiach, chciał tylko tego… siebie brzmiącego i kogoś, kto po prostu słucha. Ale czy odważy się podtoczyć do Sklepiku z Niepotrzebnymi? A może tak naprawdę tego nie potrzebuje?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wampir z KC” – … kolejna część. Oj tak, ten cykl trzeba czytać od początku. Serio. Nie polecam zaczynania od tej części, bo stracicie „fun”.

Oto znowu nasze znajome wampiry ze stolycy, które przechodzą przez kolejne polityczne i społeczne przemiany w Polsce. Wiecie, te dziwne przemiany, które rozumieją ci co je przeżyli… taka tam zabawna lekcja hisotorii, chociaż oczywiście nasi bohaterowie znow balansują na granicy śmierci i… no śmierci. W końcu to wampiry, czyż nie? Ale też to zakończenie serii, więc jak najbadziej spodziewajcie się tego, że niektórzy oberwią po tyłku inni w odmienne części ciała i tak dalej.

Będzie się działo.

Oczywiście to Pilipiuk.

Osobnik, który posiada swoich za i przeciw, a którego osobiście uważam nie tylko za inteligentnego gościa, ale też cudownie odrywającego od codzienności, kąpiącego w przeszłości, może i zdolnego zaintrygować swoim spojrzeniem na przeszłość innych, może tylko takim zbyt jarmarcznym… każdy ma prawo do wyboru własnych ulubionych książek. Dla mnie cykl wampiryczny, wróć, ten cykl wampiryczny nie jest najlepszym tego autora, ale i tak dobrze się bawiłam.

Jak zwykle z Pilipiukiem! LOL

Gdzie tym razem?

A może tak po prostu, przed siebie.

Wiecie, w miejsce znane, ale przecież teraz znowu inne. Dziwnie spalone. Prawie martwe, ale tylko prawie. Bo wciąż w tych lesistych miejscach są lekkie wilgotności. Bo wciąż natura udowadnia, że odlesianie terenów to czysta durnota, gdy robi się to dla lepszego widoku. Wiecie i idiotycznych trawniczków.

No więc idziemy… poza Gudhjem, gdzie autokary pocą się na parkingu z widokiem, ale bidoki zawsze ustawione są dupą do morza, więc wiecie, z drugiej strony, jednak mają widok. W końcu u nas te domeczki takie urocze. Ogrody podlewane, więc jednak coś tam rośnie. Ludzie się starają, ale przyroda jakoś tak, wątpi w to wszystko. Jakoś tak nie chce, albo robi wszystko w ciągu tygodnia i zasypia. Jakby straciły wiarę w jakikolwiek deszcz. No i spoglądając w mapkę pogodową, to raczej im się nie dziwię. Oj nie. Bo tam tylko słońce. Tylko i wyłącznie.

I to jeszcze coraz gorętsze, parzące, męczące.

Ale ja dziś nie będę patrzeć na barwne autokary, ni nawet siedzieć w porcie i wglapiać się w morze. Pójdę sobie wzdłuż wybrzeża, tam, gdzie można tylko na nogach. Tam, gdzie trzeba trzymać się ścieżki, bo łatwo można spaść… w dół. Na skały. A potem wiecie, przy tych falach, koniec szybki. Bardziej szybki. Mijam Końskie Kamienie, kłaniam się przeszłości, wcześniej mijam Ogród Księżniczki, Wielką Brzozę, Samotny Kamień, Zmęczone jabłonki, dziwnie rześkie śliwki, zmaltretowane czereśnie. Liście na ścieżce szeleszczą, a to przecież początek lipca. Co się dzieje? Co? Nie mam pojęcia, ale idę dalej, bo chcę sprawdzić co z tymi falami i znowu wpadam w zielony tunel jak ostatnio. Bo ścieżka do Salene jest zielona, wąska, wymagająca wiecznej uwagi i sucha. Miejscami kompletnie spalona, ale i miejscami wciąż lekko wilgotna.

Bo tutaj jeszcze nie dotarli dziwacy wycinający drzewa.

Jeszcze nie?

Tunele zielone, boki mają zielone, przez które prześwituje morze dość niespokojne. Z jednej strony spadek w dół, z drugiej ściana głazów, ziemi i korzeni, traw i drzewek. Zmaltretowanego, ale wciąż wyczuwalnego niedźwiedziego czosnku… który wciąż czuć. Dziwne to wszystko, jakby proces gnicia nie zaistniał? A może jednak i on zasycha? Może po prostu zostanie tutaj na zawsze?

Może?

Ścieżka nie jest daleka, właściwie jeśli nie zagapicie się na one mistyczne prawie cienie na ścieżce, jeśli nie omamią was one zielenie, prześwity, przebłyski, promienie tańczące na kamieniach i korzeniach, liście trzepoczące i huk fal dobiegający z jednej strony, odbijający się i wracający. Jakby otaczał was z każdej strony, tańczył dookoła was… jakbyście mieli w nim zatonąć.

Na zawsze.

Takie zatonięcie w tej zieleni zdaje się tak łatwe jak one umazanie się niebieskością morskości. Jak te kwietne, łąkowe fioletowości, w które nagle wpadacie, a które wyższe już od człowieka. Tu na polu po prawej, gdzie dojść można do dzikiej plaży pełnej grobów pradawnych, gdy las nagle się kończy by zrobić miejsce garstce domów rozłożonych przy rzeczce. Niektórym tak zamaskowanym, że wprost nieistniejącym dla innych… będącym tylko dla siebie samych może? Może to tutaj na wakacje wybierają się domy? Do takiego gaardu z pięknym ogródkiem, z drzewami wciąż sięgającymi wilgoci i maciupkiej chatynki przy morskim brzegu, który może niedługo zniknąć.

Oto Salene Bugten.

Dziwne miejsce, które na zdjęciach z przeszłości pokazuje piaszczystą, romantyczną, cudowną plażę z widokiem na stojące w oddali kamienie. Plażę w zakolu, w zatoczce, sklepik z lodami, tudzież kiosk nawet, oraz damy w sukniach i kapeluszach, a teraz… a teraz kamienie i morze zbliżające się coraz bardziej.

I bardziej i bardziej…

Może niedługo to miejsce zniknie. Rzeki właściwie już nie ma. Suche kamienie tworzą niesamowite kształty, gdzieś w oddali zieloność podchodzi już do morza. Malownicze drzewo już kąpie swoje gałęzie w falach i pojedynczych zielonych trawkach morskich. I te fale, ta samotność, dziwna głośność i jeszcze jakaś taka tęsknota. Za przeszłością sezonową. Jakby całe to miejsce naprawdę chciało w letnie miesiące mieć tych ludzi, lekki zgiełk, malowniczość. Ale przecież to już nie wróci. Możliwy jest tylko spokój i cudowne odosobnienie. I ta jakaś ona cudowna romantyczność w powietrzu dziwnie tutaj mocniej wyczuwana.

Tak, to miejsce jest inne.

Bardzo inne.

Uwielbiam tutaj przychodzić, chociaż ścieżka wciąż się zwęża, chociaż wszystko staje się niebezpieczne. Może rzeczywiście ta budowana ścieżka rowerowa tam na górze, wzdłuż drogi, to dobry pomysł? Bo jeśli tej nie będzie… to zostanie chociaż coś. A może jednak powinno się dosadzić drzew na polach.

Ukraść im trochę ziemi?

Ja bym to wybrała, ale teraz czas na powrót do domu. Przez chłodną, a nawet zimną cienistą zieleń i parzące miejsca odsłonięte. Przez lesistość, przez kamienie, ścieżkę, las, drogę i mostek i wiadukt i jeszcze kawałek i znowu w domu. I gdzie następnym razem? No gdzie? Tu byłam, tam też, więc może tam…

Może? Morze?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.