Pan Tealight i Cztery Damy…

Południca, Północnica, Wieczornica i Porannica

Cztery gracje, wszelakie czarownice, mocne babuszki! W rzeczywistości podobno od pewnego czasu siedziały w okolicach Sklepiku z Niepotrzebnymi, ale jakoś nie miały śmiałości. Potem raz zobaczyły Wiedźmę Wronę Pożartą i jakoś tak pomyślały, że będzie do nich pasować, albo one do niej, czy jakoś tak. Po prostu wiecie, wyczuł swój swego i tyle.

Może i bardzo mocno.

Albo i nawet mocniej i bardziej…

Zapukały, poprosiły o azyl. Niepolityczny, ale całkowicie przemyślany, areligijny i dziwnie ryzykowny, ale jednak… poprosiły. Nie kazały. Nie domagały się, ale jednak bardziej potulnie, po prostu spojrzały do wnętrza Białego Domostwa i poprosiły o ochronę, zamknięcie i wszelakie bezpieczeństwo. Bo ich legendy powróciły poprzez wszelakie uwielbienie dla fantastyki, legend i mitów. Nie żeby ludzie jakoś w nie wierzyły i tak dalej, ale jednak… zaczynały się bać. Szczególnie Południca i Północnica. One dwie były znane najlepiej… przez zbyt wielu.

Przez zbyt wielu wciąż pamiętane.

Przez zbyt wielu wciąż jeszcze znane…

Przez zbyt wielu… a miały już tak dość tej popularności. Bo naprawdę, co to znaczy jedno dziecię między przyjaciółmi. Opętanie czy koszmar? Nawiedzenie, czy też wszelakie niepowodzenie albo i opryszczka? No naprawdę, czy to od razu trzeba się tak rzucać z widłami, gnojem i tak dalej? Przecież w końcu były KOBIETAMI. Damami nawet, jak im się chciało. Władczyniami swych dzielnic!!!

Sława nie pomagała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czy wspominałam, że ciepło?

Może komuś umknęło? Nie wiem, ale jak tak, to oczywiście nadmienię, że susza trwa i wszystko wygląda brunatnie, beżowo, złoto przedwcześnie i w ogóle… Nawet czereśnie, dzikuski wyspowe, zwykle takie odporne, tym razem przegrały. Co prawda owocki są, ale maciupeńkie i liście już opadają. Pierwsze czerwone na ziemi. Zwiędnięte powiewają w rytm wiatru, który przybył i pomarszczył morze.

Ale może spacer?

Tym razem dookoła Svaneke.

A dokładniej dookoła połowy miasta. Tak wiecie od portowego, dużego parkingu, wzdłuż morza. Bo szumi tak pięknie, fale spore, więc w niektórych miejscach człowieka pomoczy milusio… no i domki tutaj takie przesłodkie. Co prawda RundBornholm nam towarzyszy, no ale… oni też tylko idą. Za to ci głośni wariaci na tych skuterko/motorko/cośtam głośnych i smrodliwych, w żółtych wdziankach, to całkiem niefajnie. Rund idzie tak przez 3 dni, więc pewno wczoraj się zakończyło, no ale… a pewno gdzieś doszli, a my… my pójdziemy wolniej, bo nigdzie nam się nie spieszy i tyle cudowności po drodze. I roślinki i domki i kominy. I ozdoby, łódeczki i wszelakie cudowności.

I takie tam.

Człek najpierw wydostaje się z portu, znowu nęcony sklepową witrynką, a potem obok kolorowych skrzynek, przy barierce i już jest na drodze do latarni. Do tej wiecie, co teraz jest sommerhusem. Jakby ktoś był zainteresowany, to do wynajęcia, chociaż… to kompletny brak prywatności i takie tam. Widok piękny, ale ilość ludzi, nibyplaża w pobliżu, ścieżka zaraz obok ściany i jeszcze ten hot tub… chociaż, no jak toś lubi, to czemu nie. Na YT można obejrzeć całą renowację, ale wiecie, z powodu tych linkowych pogróżek, to sami sobie musicie znaleźć…

No więc popatrzmy na latarnię i skały dookoła niej. Na źródełko niedaleko, na domki przy latarni i pomyślmy jak tutaj musi być, gdy naprawdę wieje. Gdy trzęsie ścianami, gdy fale są tak bardzo wysokie. Gdy głosy są tak dziwne…

No bajka!!!

A teraz tuptamy dalej.

Mijamy oną plażę, potem camping, wchodzimy w tunel zieloności. W cudowną ocienioną przestrzeń, która zdaje się za nas oddychać i odpychać prażące słońce. Ale wiecie, człowiek dziwadło, człowiek ciekawski, człowiek wciąż szuka przeszłości, więc… wyłazi co rusz z onego tunelu i rozgląda się i widzi one pozostałości po mniej lub bardziej w czasie, oddalonej pradawności. Po przeszłości wiary, rybactwa, ochrony własnej ziemi. Po wojnach, nadziei, strachu…

W tych skałach jest to wszystko.

Wyryte jakoś tak, a może wsiąknięte? Nie wiem, ale czujesz to. Mimo suszy, słońca, prażenia, palenia, mimo tych niziutkich, smerających traw i gigantycznego kaktusowego oseta, który wyrósł przy drodze. No wyższy niż mój kochany, dzielny Chowaniec, widać taka już u nas aura. Bliższa Meksykowi niż północy Europy. No i są jeszcze historyczne tabliczki informacyjne. I… samotność cudowna i widok. W prawo zakręcające wybrzeże, w lewo wciąż oddalająca się latarnia. W oddali lekkie chmurki, pociemniałe, pobrużdżone falami morze w cudownym odcieniu granatu, szmaragdowości i turkusu… i oczywiście te ostańce kamienne.

I te groby.

I dziwności.

Wraca człowiek co rusz w ten tunel zieleni, a potem nagle ścieżka wyłazi na skały prażone. Po prawej chatka… intrygujące miejsce do życia, po lewej cudowny pomost i zatoczka. Lekko zmodyfikowana przez człowieka, okolona sitowiem. No po prostu bajka, aż chce się wskoczyć, ale to już kawałek od miasta, więc… wiecie, tak wracać w mokrych ciuchach, no niezbyt jakoś. Trzeba się powstrzymać i nieść dalej w sobie ów obraz znalezionej głowy między kamieniami. Również kamiennej, ale tak genialnie wykonanej. Jakby odrzuconej z Wyspy Wielkanocnej za zły wymiar nosa.

Duży był.

Ale ta zatoczka. Przy pomoście kamienno-betonowym biała łódka i piesek spragniony kąpieli. Przerażony, a raczej zawstydzony onymi ludźmi łażącymi, trochę się pietra, ale jak widzi swojego człowieka, to od razu odważniejszy. I biegnie do końca pomostu i tylko czeka na krążek rzucany w dal i siup… i już jest w wodzie, a my idziemy dalej. Wiecie, to jednak nie tak krótka droga, choć taką się wydaje. Mocno pokręcona, miejscami trudniej skalista, wcale nie taka krótka. Ale idziemy, dalej. Znowu jakiś domek z fascynującym ogrodem, potem coś mniejszego… i już ścieżka do drogi.

Tylko gdzie wyjdziemy?

No, dość daleko.

Właściwie można było dojść już do Aarsdale. Ale czas wracać. Po chodniku tym razem. Pomiędzy domkami i drogą i domkami. Śliczne ogródki, cudowna architektura, niewiele ludzi. Trochę pól i drzew. Ciepło i gorąco nawet. Stojące kamienie, brak w tym roku kwiatów na sławetnym polu szczypioru lub barwnych, powalających łubinów i już jesteśmy w mieście… a tutaj też bajer kolorów. No sorry, ale domki u nas, szczególnie po tej stronie Wyspy, szaleją barwami. Jest nawet wiecie, taki mój, mocno niebieski!!! Dziś loppemarked przy głównej ulicy, jakby ktoś był zainteresowany. Niezłe rzeczy, jak ktoś lubi. Ja już chyba chcę do domu, więc znowu parking, no i ta cudowna droga do Gudhjem…

Widok tego miasta zawsze mnie rozwala emocjonalnie. A przecież to już tyle lat. Czy człek nigdy nie zacznie być… przyzwyczajonym?

Może nie?

No i dlaczego ma być?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.