Pan Tealight i Yeti z Hameryki…

„Spojawił się…

… właściwie nie wiadomo dokładnie kiedy, bo jakoś tak te zawirowania mocy następowały po sobie i już nawet Pan Tealight nie wyłapywał specyficznych bardziej i mniej. Po prostu zaczął je przyjmować na swą miękką, wychudłą mocno, ale wciąż twardą mentalnie i pewną siebie klatę i olewać to. Dlatego, gdy Yeti stanął na progu… a dokładniej gdy najpierw napłynął ten dziwny zapach, bardzo duszący, mocny i męski, przepocony, nieuczesany, silnie żywiczny… Dopiero wtedy jakoś tak wszystko zaskoczyło, a Wiedźma Wrona Pożarta, w pełni swej średniowiecznej kobiecości, podskoczyła niczym rąbana podlotka na wspomagaczach.

A co… uwielbiała takie klimaty!!!

Wiecie, wielcy, włochaci faceci, lekko niepewni siebie, mocno zaskoczeni życiem, twardzi, ale tylko w wymiarach wiecie, onej codzienności. Tak temu przywalić, temu łopatą, temu kwiatkiem, a tego od razu tak z siedem stóp pod trawkę lekko przepoconą, ale równo przyciętą… Wiedźma Wrona lubiła wielkich facetów. Po prostu. Nie żeby jakoś w celach, wiecie niegodnych, ale tak dla przyjaźni i może cienia?

No pierun wie co takiej po łbie rozczochranej chodzi. A Yeti… co jak co, ale z zapisków wynika, że był pierwszym takowym na Wyspie.

I Wyspa likes this!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Surogatka” – … nic. Przygotujcie się naprawdę na to, że w tej powieści nic nie jest takie jak się zdaje. Naprawdę nic.

Nie oszukujmy się.

Farmy w Indiach produkują dzieci, jak KFC te swoje skrzydełka, więc surogacja to doprawdy doskonały i wciąż chwytliwy pomysł na książkę. Kobieta uciekająca z twoim dzieckiem, paranoje, choroby psychiczne, podmianki, kłamstwa, manipulacje… tak, to wszystko już było, więc cóż nowego może nam zafundować autorka „Prezentu” i „Siostry”? A cóż, coś może, bo ona nie daje nam czegoś oczywistego, choć na początku takim wszystko się zdaje. Oj nie… dla Louise Jensen ta historia ma tak wiele połączeń, taką moc i mnogość den, że…

Zaskakuje czytelnika.

Naprawdę.

Warto ją przeczytać by pamiętać, że wszystko co robimy nie tylko do nas wraca, ale przede wszystkim na nas wpływa. Że dobro wciąż istnieje, ale jaką za to ponosi cenę? Czasem to po prostu zbyt wiele. No i rodzina… czy warto ją zakładać za wszelką cenę? Nie, tym razem to nie rozprawa z surogacją jako taką, ale raczej z człowieczeństwem. Z kobiecością. Z wolą, by zmienić przeszłość, lub choć ją jakoś ułagodzić.

Warto.

Sucho…

Zaczęły się żniwa.

Tak, wszyscy sobie zdają sprawę z tego, że to dopiero czerwiec, ale jednak… nasienne rośliny trzeba ściąć. Podejrzewam, że one niskie, spalone zboża też szybko się zetnie. Jaki będzie z nich chleb? Nie wiem czy to jeszcze kogoś obchodzi. Mikra kukurydza sobie wschodzi, ma nawet już z kilkadziesiąt centymetrów miejscami, ale wygląda dziwnie… sztucznie.

Mrocznie.

No nic, z tym naprawdę niczego się nie da zrobić. Nie żeby ludzie nie próbowali. Ogródki podlewane, walka z wiatrakami, ale przecież nie można się poddać. Nie w takim miejscu. nie tutaj, gdzie po wykonanej pracy można pójść czy podjechać na plażę i przez godzinę czy dwie pobyć obok fal, drzew, na miękkim piasku. Wykąpać się, choć to dla wielu eksperyment zbyt bolesny, bo woda wiecie, chłodnawa. Ale jednak można. Można tej pójść przez las tak gorący, tak wyschnięty, tak bardzo szyszkowy i żywiczny, pachnący, normalny. Tak, natura to ona normalność, która uzdrawia umysł… wypędza z niego durnoty internetowe, które jakoś nawet na mnie wpadają, choć uciekam, wyłączam, ale nie da się, zawsze cię dorwą…

… i zdołują.

Ale można.

Wkurwia mnie wtedy, gdy tłumaczę temu czy owemu że na to i na to mnie nie stać, jak mi tłumaczą jak to bogata jestem, bo przecież mieszkam tutaj i mogę tyle. Mam morze i przyrodę. No mam. Mam też psychicznego sąsiada wycinającego oną przyrodę, ludzi niszczących lasy na potęgę, ostatnio to tak boli… bardziej boli. Widzicie, nie pierdolcie takich głupot, bo kuszać szyszek się nie da. A trawy już nie ma. Z morza też człek się nie napije, a ryby… ech, ryby maltretują foki, więc też sobie darujcie. Szczególnie jak teraz ona Cracowia będzie pływać i pojawi się ona przemądra Turyścizna z Polska. Podobno – jak głosi jakiś tam ktoś od czegoś – Polacy bardzo chcą pływać na Wyspę.

Tia…

Jak oni uchodźcy.

Naczytali się o wszelakim dobrobycie i będą marzyć o przeprowadzeniu się, a potem nadejdzie jesień i zima i wczesna wiosna i uciekną. Jak wielu przed nimi. Tak… nie lubię polskich turystów. Niektórzy naprawdę potrafią człowiekowi dopiec, bo jak słyszysz, że jacy to dziwni są ludzie tutaj mieszkający, że nie tak ubrani czy coś… to cholera cię bierze. Wyraziście. Ale przecież nie jebniesz z plaskacza.

Może powinnaś…

I jeszcze ta susza.

Na horyzoncie nie widać żadnych deszczowych dni, temperatura wzrasta, wszystko płonie, wiem przed czym ostrzegały róże. Kwitnij teraz, bo koniec bliski. Kwitnij póki możesz, bo inaczej kiła i mogiła!!!

U nas ogólnie mówiąc, też wakacje.

Jak się kończy, to wiecie i czapeczka i ogólne tradycje i wszelakie zabawy. No wiadomo, kto tego nie robił. No dobra, ja. Ale tym razem z powodu zamknięcia 230letniego gimnazjum. A dokładniej to pięćsetletniego, ale wiecie, nie czepiajmy się. Teraz mamy wszystkie szkoły cuzammen do kupy i już. Niby fajnie, ale z drugiej strony nie wiem. Nie jestem pewna, czy to dobre rozwiązanie. Widzicie, wydają miliony, miliardy na te wszelkie budowy i przebudowy, a drogi się sypią, luzie biednieją, smutek jest namacalny…

Czy to w końcu się załamie? Wybuchnie? Jak te strajki autobusów?

Pewno niewielu wie, bo kogo to tam obchodzi, ale strajkują. I nie ma się co im dziwić. Warunki pracy trudne, ogólne szaleństwo, kasa marna, więc strajkują. Ale czy może być lepiej?

Okay… w onym minorowym nastroju postarajmy się znaleźć coś lepszego, ekscytującego i wszelako podbudowującego… ino co? Widzicie, to, że kocha się jakieś miejsce jak wariat, nie oznacza, że nie widzi się tego, jak władze je niszczą. Że się człek nie wkurza, nie buntuje. Nie krzyczy. Nie rozumiem tylko dlaczego ludzie nazywają to narzekaniem. Zamiast zwykłą troską. Zamiast… walką. No ale, przecież nie ma was tutaj, więc co wiecie? Wiecie tylko to, co pokażą wam na reklamach. Tylko ten genialny pijar duński. Najlepszy na świecie.

Naprawdę wszystkie kraje powinny się na nim wzorować.

Petarda!!!

Od dziś wiatr i kilkustopniowe ochłodzenie. No zobaczymy jak to będzie. Nie mam nic przeciwko wiatrom. Przynajmniej nas przechłodzą, ale też i szybciej wysuszą to, co jeszcze niewysuszonym pozostało.

Pranie to po prostu odwadnia się w minuty!

PS. Wiecie czego możecie być pewnym, jeśli jesteście z Polski… nie ważne jak długo tu mieszkacie i pracujecie, to i tak pierwszym, co usłyszycie będzie, że ten czy tamten też zna jakiegoś Polaka. Gorzej, jak to w robocie, to ci go przyniosą i pokażą, jakby posiadanie Polaka było czymś na miarę pupila, którym ktoś chce się pochwalić. I nikt nigdy nie rozumie, że można nienawidzić kraju, w którym się urodziło. Serio… naprawdę? Dlaczego od razu z narodzeniem narzuca się komuś miłość?

Nie rozumiem.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.