Pan Tealight i Golem Zdrogi…

„Zauważyła go po makach.

Nic dziwnego, że na początku myślała, że to było pod wpływem. No przecież zwykła logika, co nie? Ale jak się okazało… myliła się. Nie żeby golemy były czymś czego nie znała, w końcu w Sklepiku z Nieporzebnymi było ich kilka. W różnych rozmiarów, różnych kultur, materiałów i ekspresji. Ten najdroższy był diamentowy. Niezły mocarz, choć w pełnym rozmiarze w wysokości łokcia, więc, to nie była nowość. Może też i dlatego od razu go rozpoznała. Znaczy, kim jest. Nie figurką urodzinową, nie szaleństwem rzeźbiarza, ale prawdziwym…

… golemem.

Białym, stojącym przy drodze, przesuszonej podobnie jak pola, prowadzącej do Zapomnianego Gårdu, w którym nikt już nie chciał żyć z powodu nawału duchów, ale ziemia, jak o ziemia, chciała rodzić, więc ją uprawiano. Ale ludzi pośród tych duchowych pokojów nie, raczej nie. Nawet ci najbardziej zdesperowani wytrzymywali tam dzień, nie więcej. I nie, wcale nie były agresywne, znaczy duchy, ale jednak… no dobra, one były kosmiczne upierdliwe!!!

Widzicie, istnieją pewne granice w miłości bliźniego, zajmowania się gościami, przejawach onej gościnności, oraz… byciem z kimś. Po prostu. Ciągłego podsuwania kawki, herbatki, ciasteczek, kapciów, sprawdzania, czy bielizna nie uwiera, czy jednak fałdki na ciele się gościom dobrze układają, czy dotykanie wystarczające, czy jednak głaskać mocniej, czy słabiej i ile… bo przecież musi być głaskanie. I pomoc przy wszelkiej etykiecie higieny osobistej, ale bez podtekstów…

Czy papierków poddupnych wstarczyło, czy zapakowali wystarczającą ilość rolek? Zadane publicznie na spacerze zwykle przechylało szalę i ucieczka odbywała się już w milczeniu… ale golem. Dlaczego golem? I co on robi przy drodze. Może i nieruchomość była mu właściwą, no ale… co on tutaj robił?

Golem Zdrogi?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Raj nie istniej” – … nie ma czegoś takiego. Kobiety to wiedzą aż nazbyt dobrze.

One to wiedzą: Agatha i Meghan.

Obydwie zdają sobie sprawę z tego, że ich życie mogłoby być inne. Chociaż jedna osiągnęła pewien sukces, druga… marzy o życiu tej pierwszej. I oczywieście to nie może się skończyć dobrze. Zresztą, sama okładka sugeruje, jak to wszystko się potoczy. I tak, domyślicie się od razu co i jak i gdzie sprawa się zapadnie, ale jednak… warto przeczytać. Dlaczego? Ponieważ mimo pewnej oczywistości i przewiywalności, otrzymujecie opowieść dwóch kobiet. Ich historie, historie ich pragnień i marzeń oraz, co najcięższe… koszmarów.

Czy to wszystko może się skończyć dobrze?

Nie.

Bo dla mnie to przede wszystkim opowieść o matkach i to nie o onych głównyc bohaterkach, ale właśnie o ich matkach, Osobach, które je ukształtowały. Które stworzyły z nich kobiety. I które, poległy. Tak, to historia o matkach, których dorosłe dzieci zdają się już być dziwnie nieistotne, bo przecież są już dorosłe. Powieść, niesamowicie napisana, która piętnuje pewne postępowania i zwraca uwagę na bardzo istotne aspekty wychowania. Przypomina, że najpierw jest dziecko, bliższe zwierzęciu, a to właśnie matka kształtuje z niego człowieka. Tym bardziej – kobietę!!! I dlatego to bardzo ważna książka. Przypominająca o istnotności onej najmniejszej komórki społecznej. A nie współczesnym: przecież szkoła ma wychować moje dzieci.

Szkoła wszystkiemu winna.

Rodzic święty, bo spłodził i wydalił…

Tak, ten temat ostatnio jest dla mnie jednym z tych drażliwywch, bo nie jestem w stani zrozumieć ludzkiej ślepoty i wchłaniania durnot serwowanych przez media. Po prostu nie rozumiem. Może komuś co ta powieść wniesie w codzienność… choć, czy ja mam wciąż jakąś nadzieję? Chyba nie.

No dobra…

Znowu będzie ten cały międzynarodowy market, jakby ktoś coś.

Błąkają się po całej Europie, więc pewno znacie, no ale jeśli nie, to zawsze możecie zajrzeć. Trzeba pzyznać, że atmosfera jest, mają genialne sery, suszone owoce, które nie walą jak w sklepie i wszelakie dziwne żywności, których u nas nie ma. No i wiecie, kiełbaski dla wielbicieli onych cudowności. Po prostu, raj dla żerców, ale też i dla tych, którzy chą kupić coś z zagramanicy, ale jednak bez wydawania kasy na to. Niby nie to samo, ale powiew lekki obcości jest. Naprawdę warto. Szczególnie jeśli się trafi na taki moment, w którym nie ma masy odwiedzających. Wiecie, gdy człekowi się uda posmakować inności tak bez innych dyszących mu czosnkowym oddechem zza pleców i oczywiście ocierającymi się o plecki…

A jeśli o ocieractwie mowa, to…

Wiecie, że uwielbiam plażę przy Hasle, na której bardziej oficjalnie obowiązuje pozwoleństwo na kąpanie się w czym tam kto chce. Albo i niczym. Plaża jest długa, więc i ludzi niewiele i woda czyściutka i ogólnie cudownie jest, a jednak… a mimo owej przestrzeni ju drugi raz jakiś dziwny chłp na mnie wlazł. poprzednio był to totalnie goły dziadek, którego przepłoszył wynurzający się spodemnie Chowaniec. No sorry, ale o to chyba chodzi w onym nagusostwie, żeby się nie stykać, co nie? A drugi… no właśnie, wczoraj. Pusta plaża. Ciepła woda, choć sa fale, które umożliwiają dobrą zabawę, ale nie pozwalają na pływanie, więc trzeba się wysilić i pilnować przede wszystkim. Po wyjściu z wody, niczym podstarzała Miss Mokrego Podkoszuka oczywiście robię sobie zdjęcia, no bo sorry, ale nie usiedzę na piachu w takowej bezczynności i wiecie co… idzie taki w wyciętych gatkach, prezentując to co tam ma… Najpierw przeszedł blisko, ale pomyślałam przypadek. No kurna, może uznał mnie za czarny kamień, czy coś. Choć to dziwne, bo odwłok świecił mi się na kilometr. Nie no, oczywiście, że miałam gacie, ale światło pada tak, że mokre uda i gacie lekko połyskują, więc…

No więc ów osobnik wraca i wiecie co…

… plaża kurna na kilkadziesiąt metrów szerokości, a on co, on się o mnie prawie ociera. Nosz kurna no!!! O co w tym chodzi. Miałam mu ustąpić, czy mu się zachciało przeerminowanego mięska? Przyznaję, że przyłażę akurat na tę plażę bo ttaj każdy szanuje swoją i innych prywatność. Golastwo to raczej wiecie, całkiem aseksualna sprawa, raczej zwykły freedom, więc człek czuje się bezpiecznie. Może i ja się nie decuduję, ale chowąńcowi się podoba. Choć… wydaje mi się, że facetom zwyczajnie łatwiej. Wiecie, mało widać ponad powierzchnią, co nie?

I teraz nie wiem co myśleć. Nie chcę się nabawić kolejnych lęków, za bardzo uwielbiam tam pływać, to jednak ostatnio jedyne miejsce do względnych zabaw wodnych, b po naszej stronie to kicha. I mało wody i dziwne zapachy i glony i pierun wie co jeszcze… Na przykład w Svaneke… ale to zaraz…

No więc Svaneke.

Wiadomo jeszcze Folkemodet.

Obecnie oglądają mecze, no ale. Jako osoba kompletnie nie zainteresowana, to wiecie, wiem tylko, że coś z Peru i że Shell coś obiecał, ale czy mnie to obchodzi, nie. Za to para książęca na spotkaniu człowieków to już raczej ważna sprawa. Jak ktoś chce tutaj znajdziecie video. Śliczna księżna Mari, czyż nie? No ale, cały korek, który się zrobił dookoła już mniej śliczny. Ponieważ wybraliśy się na spacer do Svaneke, by zwyczajnie od teg uciec widzieliśmy i masę autobusów zmierzających do Allinge, masę ludzi, oraz wszelaki tłok kierujący się tam. Jednak zdjęcia w gazecie są po prostu zatrważające. Korek ciągnący się przez Tejn.

Serio?

Tutaj!

Oczywiście, że policja sobie poradziła.

Biedne chłopaki po robocie zaglądają w spokojniejsze miejsca i wpierniczjaą rybę z frytkami w porcie w Svaneke. Albo zmykają do domu. Umęczeni jak nie wiem co. Za to na drogach wolna amerykanka. Wiadomo, że glin brak, bo wszystkie na północy, więc ludzie wyprawiają takie durnoty, że eposy możnaby pisać. Ale who cares! Zadowoleni z siebie gliniarze stworzyli oczywiście objazd śmiejąc się, że no cóż, rolnicy będą musieli sobie z tym jakoś poradzić… Ja mam tylko jedno pytanie: nie można było choć przeprosić? Ja rozumiem, że w duńskim to przepraszam, to nawet nie jest przepraszam, ale kurna takie rzucanie żarciku w czasie suszy, takie sugestie, że hej rozjadą wam drogi, będą przeszkadzać, będzie głośno, może i jakiś samozapłon się przytrafi… takie to zabawne. Oj, no jakoś musicie z tym ży, no przecież musicie, no właściwie cieszcie się…

Naprawdę, ta znieczulica jest koszmarna.

I widać ją wszędzie.

Nobody cares. Podobnie z ekologią, wszelaką czystością i całym tym kramem. Mam dość. Ale, jeśli nie ten teges, to wiecie, trzeba się dołączyć do wron, co nie? Trzeba stać się nimi i tyle. Będzie trudno, ale damy radę. W końcu jak do przewożenia ludzi na spotkania sprowadzili spoza Wyspy autobusy, to widać, że jak jest kasa to można wszystko… ale oczywiście ino dla tych wybranych. Wybranych, którzy i ta złorzeczą.

Ale oni tak zawsze.

Może im tyłki spali i będzie spokój!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.