Pan Tealight i Duch Nieśmierci…

„Istniał.

Zapomniały, lekko skostniały omszały, ale istniał. Wiecie, w końcu jak śmierć miała swojego Ducha, to dlaczego Nieśmierć miała być gorsza. No błagam, Polityczna Poprawność się kłania… choć po tym, jak Wiedźma Wrona Pożarta skopała jej dupsko to często chodziła skulona, więc może się nie kłania, ino wiecie, tak jej już zostało? Bo Wiedźma Wrona miała jej tak dość, że postanowiła się prawom nie kłaniać i ogólnie w końcu wyrazić swoje zdanie…

… ale miało być o nim.

O Duchu.

Szczuplutkim, niziutkim, bardziej homunkulusie, niż człowiekowatym, którego wpuściliby do knajpy. Nawet tej, która wpuszcza wszystkich i tak dalej. No więc był on, zakutany w stary sweterek, w krótkie spodenki i buciki mocno rozchodzone, ale nie żeby nie mógł mieć nowych, po prostu te lubił. Wiecie, taki tam uniform do pracy. No i unosił się… nie chodził. Można by pomyśleć, więc po co mu te buty, ale każdy przecież ma prawo do jakichś sekretów, co nie? I tak chodzili po Wyspie. Razem. Nieśmierć i jej Duch. Ona niepotrzebna, przez wielu uważana za nieistniejącą i on, który już w ogóle właściwie nie powinien egzystować.

Ale byli… byli gdyby ktoś ich potrzebował.

Byli dla balansu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Śpiące królewny” – … nie. No nie, po prostu kompletnie nie. Po pierwsze ta powieść nie jest zgodna z biologią, czy zachowaniami społecznymi, a po drugie…

Serio?

Okay. Na świecie znikają kobiety. Niby tylko zasypiają, ale wiecie, jakby ich nie było, niejedną maluczką duszą i tak dalej. I co robią chłopy? Szaleją i się napierdalają. Zaczynają mordować, bawić się, ogólnie… odczłowieczają się. Jeżeli jeszcze można używać takiej definicji jak „człowiek”. W tym czasie pojawia się też dziwna osoba, kobieta, która może zasypiać. I oczywiście są tacy, którzy pragną władzy nad nią i jeden, który chce jej chronić i tutaj… sprawa się rypie. Mocno. Nawet jak uwzględnimy i drzewo i Biblię i cały ten szajs, to wciąż nie ma sensu.

Ona nie ma sensu.

Bo czy miała dać kobietom wyzwolenie?

Czy miała im pomóc, czy może jednak zmusić je do przemyślenia pewnych spraw? A nawet jeżeli nie, to sorry, ale wkracza tutaj nieubłagana biologia, która szybko w jednopłciowych społeczeństwach naprawia sprawy. Tworzy byty obojnacze, rodzi męskości… a jeśli nawet to pominiemy, to przecież jak to, od kiedy w babach brak wściekłości? No serio? Ktoś je wydrenował z hormonów, czy co? Moja najukochańsza kwestia… kto wychowuje facetów? Matki, czyż nie, więc czy to nie one ponoszą winę za ono męskie zło? Dlaczego brak tego stwierdzenia?

Nie.

W tej powieści nic nie ma sensu, poza tym jest nieprzemyślana i przewidywalna, a przez to strasznie nudna. Mdłe postacie, poza kilkoma, strasznie mnie drażnią i już przypominam sobie dlaczego Kinga nie czytam. Ale widzicie, potomkowie Kinga są nieźli i dlatego się skusiłam. Tym razem zaliczając glebę…

Folkemødet.

No więc się zaczyna. Oczywiście, na początku tylko nowe pasy na drodze, dziwna cichość w Allinge i Sandvig. I te białe namioty. Kompletnie wszędzie. Jakby przeszło jakieś tornado, czy też raczej rąbana apokalipsa i byli gotowi na przyjście ocaleńców. Jakby wszystko to zmieniło się w jakąś wioskę post apo.

Naprawdę.

Wiem, że spora część ludzi się wyniosła gdzieś indziej, gdzie się dało, wzięła na te kilka dni wolne i ogólnie mówiąc chce uniknąć onego piekiełka logistycznego. Ci bardziej przedsiębiorczy z Allinge oczywiście powynajmowali swoje domy i mieszkania, i na te kilka dni przenieśli się do jakichś klitek. To im się naprawdę opłaca. Bilety na prom wykupione, więc jakby co, to tylko wpław, ale raczej nie polecamy. Chociaż z drugiej strony poziom wody w morzu tak niski i coraz bardziej niski, że zaczynam odczuwać dziwny strach podświadomy lęk, że ci wszelacy wariaci, którzy gdzieś mają ono nasze małe środowisko, nas sfajczą. Niby nie wolno palić ognisk, więcej, zakazane są też od teraz grille. A kary za nieprzestrzeganie onych nakazów są wielkie. Jednak, czy przyjezdni w ogóle się im poddadzą…

Bardzo możliwe, że nie, więc się boję.

Tym razem, po ponad dwóch miesiącach bez opadów chyba w końcu do wszystkich dotarło jak jest źle. I już nawet nie chodzi o trawniki, bo przejeżdżając Wyspę widać, że ludzie mają to wszystko gdzieś. Niektórzy próbują chronić swoje ogródeczki, pojedyncze roślinki chociaż, ale… malwy odmawiają współpracy. Są albo niziutkie, albo nie ma ich wcale. Nie ma kwiatów zwykle towarzyszących trawom. Więcej, nawet same trawy nie są jeszcze pokoszone wzdłuż dróg.

Jakby wszystko to już nie miało sensu…

W lesie ptaki są dziwnie zaspane.

Na plaży dwie pliszki kręcą się w kółko starając się przetrwać, ale i dla nich to, że mogą stanąć na kamieniu zwykle podwodnym, jest chyba dziwne. Jednak nie przejmują się tym. Bo przecież co mogą zrobić. Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża widać tylko skał. Skały nieznajome, skały poszarpane, skały dziwnie niegładzone. Skały… które nagle stają się nowością. Nowym wybrzeżem. Nową linią brzegową. Czymś, co wyznacza nowy świat. Ale czy na zawsze, czy tylko na chwilę?

Na chwilę suszy?

Spacer…

Chodźmy na spacer, serio. Tak by nie myśleć o palącym słońcu i o tym, że po powrocie trzeba będzie podlać zioła i jeszcze kwiatki może kilka drzewek, bo te tez już wyglądają coraz gorzej. Trawa niech sobie schnie. Jest nie do uratowania. A może raczej, po prostu, wiecie… może raczej nie stać nikogo na to. W końcu woda jest w cenie. A co, jeśli jak na Lesø sól nam przejdzie do wód podziemnych? Nie no, nam raczej nie przejdzie, przeca jak, przez granit? No weźcie no… ale jednak. To wszystko nagle ogarnęło całą Danię i jest coraz gorzej. I jakoś nikt nic nie wie. Wiecie, natura. Może warto sobie w końcu uświadomić, że z naturą nie warto ni zadzierać ni jej kopa w dupsko.

Jedno, co wielkie z tego wszystkiego, to to, że pobijamy wszelakie rekordy. Najpierw najcieplejszy maj, a teraz najsuchszy i maj i czerwiec. Czyli ogólnie, od 10 lat nie było tak źle. Ciekawe… Przecież to jednak wyspy. Kraj składający się z kawałków lądu i wielkiej morskiej dostępności, więc na pewno można się tego spodziewać, co nie? Wiecie, te ruchy powietrza i ogólna ludzka bezmyślność… na pewno się mszczą.

Tylko teraz, do którego z bogów się zwracać?

Polecacie Odyna, Thora, czy Freja i Freję, a może… tego najpiękniejszego? No wiecie. A może jednak należy złożyć ofiarę komuś nieznanemu, czy coś? Zawsze warto spróbować, ale po tym, jak naoglądałam się dokumentów o Czarnej Śmierci, to jakoś tak, wiecie, zbyt jestem przerażona. Czy ludzie obecnie są za leniwi by przeprowadzać samosądy? By złożyć w ofierze rajcowną sąsiadkę?

I gdzie tu znaleźć takową?

Serio?

Ale miał być spacer, a taki fajny zaplanowałam.

Wiecie, od ruin do portu, Spokojny, z widokami, owczym zaśpiewem, w oddali Szwecją się wiatrakami kumulującą, ze wszelkimi statkami i różnorakimi monsterami pływalnymi… może jeszcze zdążymy, co? Bo oczywiście idziemy na czas. Nie ma zmiłuj!!! Chcę zobaczyć zachód słońca. Oną kulę zanurzającą się w morzu, one kolory na niebie, wszelaką przemijalność, więc przyśpieszmy. Walić ruiny fortecy, szybko przez lasek, potem w dół drogą. Żadnego skręcania nad jeziora, bo tam skały zasłonią wszystko. Nie, nie, nie, szybko w dół, bo zachód nie będzie na was czekał. Oj nie… a właściwie już się zaczął, na szczęście już doszliśmy do małej plaży, cichego portu, kilku aut, głównie miejscowych, kilku osób, które czekają… siedząc na rozgrzanych kamieniach czekają.

I wszystko najpierw wygląda bardzo mało obiecująco.

Serio.

No po prostu żadnych chmur, słonko jakieś takie mocno mdłe… ale z czasem zwykła, jasnożółta kulka się zmienia. Zakrywa się chmurami, które wyglądają jak brązowawe pazury. A potem nagle wszystko się miesza. Jakby nagle, gdy mrugnęłam jakiś porąbany malarz, z dziwnie dziurawym i poszarpanym pędzlem pomazał niebo. I wszystko jest niesamowite. I błękitne i niebieskie i fioletowe, i pomarańczowe i żółtawe jeszcze, i białawe i jeszcze perłowe takie… i ta woda, w której to wszystko się odbija i przedszkole maciupkich, włochatych kaczuszek przepływających ono płynne złoto…

Takie to wszystko po prostu piękne.

Zwyczajne ale i tajemnicze. I jeszcze te mazy, które pojawiają się po tym, jak słoneczność opuści tę część ziemi… takie cudowne. Takie ostre, smocze, ogniste. Takie szalone… nie możesz po prostu jechać i się gapić, więc się zatrzymujesz i patrzysz. Bo zimno wygnało cię już z portu. No niestety… noce tutaj są wciąż trochę chłodne. Za co jestem naprawdę straszne wdzięczna. I te kształty, te odcienie, ono całe szaleństwo. Te barwy, te przenikania i ten błękit oraz jasność morza.

Biel właściwie…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.