Pan Tealight i Havgus Innostronny…

„Innostraniec.

Jakieś dziwadło, a może jednak zwyczajowa mutacja? Nikt nie wiedział, a ci co wiedzieli, nie chcieli się do tego pewno przyznać i tyle. Wiecie, zawsze dobrze mieć jakieś tajemnice w zanadrzu, szczególnie, że czasy są takie niepewne, ludzie znowu zwalają się na Wyspę i nie dbają o wszelakie świętości, a susza… no tak, ta się ma aż nazbyt dobrze i doprawdy kwitnie we swych wszystkich aspektach.

Ale gdy tego dnia jedli obiad, przy oknie, wiecie, każdy tak jak chciał, jedni na krzesłach, fotelach, dywanikach czy ścierkach latających, inni na parapecie, u powały, zawieszeni, bujając się dla wzmocnienia trawienia… Pan Tealight jak zwykle przy stole, Wiedźma Wrona Pożarta jak zawsze nie jadła tylko piła kolejną cuchnącą herbatkę… Ojeblik – mała, ucięta główka chłeptała z malowanej filiżanki jakąś zupkę obok jej nogi… Mikołaje zwinęły się z kociołkiem do siebie, Smok wiadomo, w kominie, a znowu Księżniczki i Królewny, co z Wiedźmami jakąś nową i wielce innowacyjną dietę kombinowały, na pocieszenie przed jej rozpoczęciem, wpieprzały za Zasłonką już trzydzieste opakowanie lodów pistacjowych.

Niby byli zajęci, ale go zauważyli.

Mglistość oną.

Zimność wilgotną, wszelaką szarość i dziwną niesforność krawędzi i kantów, która jednak nie szła od morza, ale do niego. Widzicie, zwykle było odwrotnie. Więcej, zawsze było odwrotnie, więc… ale z drugiej strony morze przecież było wszędzie, więc, może po prostu się zapędził… no a oni mieli obiad, więc postanowili się tym kompletnie nie interesować zadowoleni tym, że choć na chwilę słońce się schowało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dwa razy…

Dwa razy znowu walnęło i oczywiście znowu nikt nie wie o co chodzi. Sejsmografy nic nie wykazują, ale moje ściany się trzęsły. Jedno, czego się nie spodziewałam, to to, że piszą już o tym za granicą. Bo wiecie tutaj wmówią ludziom, że to nic.

Samolot przekraczający linię dźwięku nie robi czegoś takiego. Straszy, ale ludzie, nie sprawia, że wnętrzności wam się telepią. To coś więcej. Tylko co? Nikt pewno nie jest zainteresowany tym całym ziemskim się płyt i północy z południem zmienianiem, więc nawet nie będę o tym pisać. Prawda jest taka, że są dowody na to, że to już było, więc ponownie nie jesteśmy oryginalni jako planeta. Powtarzamy błędy, albo je naprawiamy. Wolałabym to drugie, jeśli chodzi o mnie. Jest jeszcze jedna sprawa… wszyscy ci bardziej otwarci na naturę i o nieba mądrzesi ode mnie, szamani i wszelkiego rodzaju święci ludów wciąż jeszcze, choć w większości minimalnie, pierwotnych, donoszą o tym, że niebo się zmieniło.

Ale kto ich słucha, co nie.

Przecież nie wiedzą kto to lady Gaga, więc co tam oni mogą wiedzieć. No przecież nie mają nawet sklepów Vuittona czy innych tam szanelek. A w tym świecie to jest wyznacznikiem inteligencji. Tak, walę teraz łbem w ścianę. Tak walę boleśnie, bo z tym światem coraz trudniej. Już nie ma nadziei, bo sorry, ostatni myślący umierają, pozostają ci wykształceni przez telewizję i powtarzający te same teksty. Jakby byli dziwnie zaprogramowani. Jakby nie dorośli do samodzielnego myślenia. Jak te dzieci, którym na katechezie powiedzono coś i teraz myślą, że zdobyli mądrość największą i się nią chełpią, nie pytając: ale czy na pewno, dlaczego, po co? Byłam takim dzieckiem. Niestety czytałam w tym samym czasie mitologie i jakoś kurka nic mi nie pasowało…

Echnaton już to odkrył!!!

Takie wstrząsy zaczynają się nasilać i być coraz częstsze. Może i w linku macie zabawne teorie, ale wiecie, żyję wystarczająco długo, by widzieć jak one teorie, wyśmiewane niegdyś, zmieniały się w prawa. Jak będzie? Jak zwykle czas pokaże. Wiem jedno, rośliny zdychają, susza się nasila, a mnie słońce boli. Rani mi oczy, męczy mnie i zatyka zatoki, co jest absurdalne!!! No przecież to nie tak działa…

A może teraz właśnie tak działa.

Wiem jedno. Trzeba żyć i to teraz, bo potem to wiecie, będzie po ptokach. Człek się musi zabawić i tyle. Tylko za co? Wiecie, finansów brakuje, więc jeśli ktoś coś, to pamiętajcie o tym, ze moje zdjęcia są na sprzedaż, a i obrazy też.

No dobra, podobno wyszło im, że to F16… ale jakoś mi się nie wydaje. Bo te odgłosy akurat znam boleśnie i koszmarnie zbyt dobrze.

Bardziej logicznym wytłumaczeniem onych dziwnych dźwięków będzie, że nasze miejscowe underjordiski coś tam w swoich kopalniach bęcnęły. Może wynalazły kamień fizjonomiczny, czy coś? LOL No wiecie, w końcu krasnoludki są na świecie. W tym miejscu głównie pod ziemią, w lasach i wszelakich ustroniach, zrzucając brody w okresie jesiennym i wprowadzające się do domów na zimę. Ale tak naprawdę, wszelakiego rodzaju duszki i byty zdają się zamieszkiwać każdy skrawek Wyspy.

I nadszedł wieczór.

Po tej stronie Wyspy dość zimny.

A nawet dziwnie mroźny, aż mnie palce bolą, gdy tak stukam przy otwartych drzwiach tarasu. Ale szkoda zamykać. Bo ptaszki tak ślicznie śpiewają i choć znowu zaczyna się nalot wszelkiej maści jednośladowych zwolenników, to jednak, zaraz to wszystko ucichnie i znowu zostanie tylko przyroda. Czereśnie dojrzewają, kilka truskawek, na które było zbyt wielu zwolenników, więc wiecie, trzeba było zainwestować w siatkę, bo człowiek zawistny i dzielić się nie chce. Może dlatego wrony znowu zrzuciły nam z dachu jakąś dziwną wypluwkę. Twarda jak głaz, mieszanka kości i… wolę nie myśleć że kupy, ale jakoś tak. Brak mikroskopu, więc sorry, nie będzie badań.

W oddali drzewa lekko szumią, rzeka raczej nie, bo pozostało z niej bardziej coś na miarę mokrych kamieni, niż potoczek, ale co tam, może w końcu popada? Kiedyś na przykład? No wiecie… trzeba mieć nadzieję. Ale jak długo można ją mieć? I czy stan posiadania onej nadziei w ogóle w czymś pomaga?

Nie jestem pewna.

Mam problemy z nadzieją.

Nie przepadamy za sobą. Ja ją uważam za kłamliwą sukę, a ona mnie za nieokrzesaną pogankę, nieznającą swego miejsca w szeregu. Cóż. Przecież nie będę się dla niej zmieniać, no! Przerwa jakoś ów wyłom w bezmiarze czasu, który zaludnia swymi wyznawcami. Od zawsze pewnikiem. Ale wróćmy do wieczoru, który potrwa. Spokojnie pociągnie w okolicy północy, bo jakoś ona jasność nocy już się zaczęła. Ciemność nadchodzi na krótko i jest dziwnie obszarpana na brzegach.

Niepewna, niedoszyta, niesfastrygowana i niedobarwiona.

Tęsknię za zwyczajową nocą, która wyznaczała skrajności. Ta niepewność dnia i nocy, odpoczynku i pracy, jakoś źle na mnie wpływa. No ale wiecie, Wyspa ma swoje przejawy pogodowe. Czy susza, czy wietrzność, czy opadanie. To ona decyduje…

W sprawie suszy… jesteśmy czerwoni.

A i jak myślałam, ogniska na Sct. Hansa odwołane.

To tak z ostatniej chwili.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.