Pan Tealight i Kiszone Krasnale…

„W takim garze kamionkowym.

Wiecie, wielkim takim starym, antycznym może nawet, rzeźbionym w leśne ścieżki, znaczonym jakimś pismem chyba, którego nikt już nie pamięta, a którego zbadać nie można, bo zakryty… całkowicie ogacony jest jakimiś sznurami, smołą i słomą, ale też ma śliczne, malownicze, małe, kamionkowe oczywiście drzwiczki i to z okrągły okienkiem. I dodatkowo jakimś wieńcem, bo w tym miejscu ono ogacenie lekko prześwituje i jakoś tak to widać i zajrzeć można…

Tylko… tylko, że stamtąd spoglądają na niego dziwnie niebieskie, kompletnie bławatkowe i wielorakie, wilgotne oczęta!!!

Gar pojawił się nocą.

Z dziwnym drżeniem i wybuchem, który zatrząsł Chatką Wiedźmy. Z jakimś zapachem, którego nie mogła opisać i piskiem, który wpędził ją pod kołdrę. Gdzie oczywiście już do rana została. No i oczywiście, że Chowaniec to wszystko przespał, no przecież jak inaczej. Jak czas temu Wyspa się zatrzęsła, to też spał i wielce dotąd jest na nią obrażony, że go nie obudziła… No ale ten gar. Ten dziwny, wielki, lekko wyższy niż ona, więc by obejrzeć kamienne wieko musiała wejść na stołeczek… stał teraz w rogu, tuż pod Komórką na Wszelkie Dzieci, gdzie stała jej miotła i inne takie, jak Maszyna Stokrotkowej Zagłady, czy Konewka Wiekuistej Wodności. I naprawdę nie do końca wiedziała co z nim zrobić. No wiecie, niby mogła go zutylizować, ale te oczy…

… przecież nie mogły się jej przewidzieć, co nie?

Nie mogły?

Chociaż z drugiej strony tylko ona go widziała, tylko ona czuła dziwny, kwaskowaty odorek pełen ziół i czosnkowych kiśnięć, więc może tak naprawdę nie istniał? Może to była tylko jakaś pokrętna próba? Wiecie, coś co miała przejść, coś co miało czegoś dowieść, a może i nawet sprawdzian jakowyś. Nie no, jak ją znowu egzaminowali, to miała to głęboko w miejscu, gdzie nic nie dociera.

Nie da się… oleje to!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyobraźcie sobie…

Dziwny dzień.

Ni to gorąc ni ledwo ciepło.

Z jednej strony Wyspy wieje, z drugiej niby nie, a ty zagłębiasz się w las. Taki wiecie, niepiętrowy, za to z kopcami, kurhanami, starością drzemiącą pod ziemią, zeszłorocznymi liśćmi wciąż brązowymi, bursztynowymi miejscami, starymi, madrymi… nie znaczy ich zieleń poza kilkoma kilkuletnimi świerkami. Chudzinami, ale wiecie, w typie fighterów, co to wiedzą, że się nie dadzą. Bo przecież trafiła się im prześwitka, więc będą tutaj i wyrosną i pokażą tym liściastym…

Bo tak, jak na razie las liściasty. Raz biegacz, raz rower, a poza nimi nikogo tylko ptaki i te promienie słońca. Ptaki świergolące, plączące się między gałązkami i liściami, zajmujące się swoimi, bardzo ważnymi sprawami, a promienie… oj tak, przemykają się poprzez oną, wciąż świeżą zielonkawość liści, plączą się z błękitem prześwitującego nieba. I jest pięknie. Chociaż pieruńsko sucho. Na razie Sankt Hans lekko chyba odwołany. W kilku miejscach może i będzie na pewno, się zobaczy. No ale powiązane z nimi ogromne ogniska raczej nie są obecnie nature friendly.

Oj nie są.

Ale idźmy dalej w las…

… droga szeroka, więc wiecie, można się rozbrykać i pokopać szyszki. Ściółki po prawej i po lewej wciąż liściaste i wszelako brązowawe. Szeleszczące. Dźwięczące jakąś muzyką, która cudownie splata się z drogą zasnutą coraz większą ilością sosnowych igieł. Bo pojawiają się sosny. Wysokie sosny. Stare, doświadczone, piękne i tak bardzo żywiczne. Pachnące. Jakby się roztapiały w promieniach tego słońca. Zresztą nie tylko one. Pod nimi szyszki wciąż w pełnym ruchu i jeszcze to igliwie i ziemia coraz bardziej piaszczysta. I brąz i biel dołem, a po prawej i lewej pojawia się odrobina zieleni. I te pojedyncze, przepiękne wąskie ścieżynki. I te zagajniki tylko iglaste między liściastymi dominacjami, przez które prześwituje takie światło, jakby szarawo-niebieskie, a potem burgundowe nagle, czerwonawe i fioletowe… i te pajęczyny, które rozbłyskują tęczami i…

I już słyszę morze…

Zresztą, przecież ten piękny piasek nie wziął się znikąd, co nie.

Morze musi być, no jak tak bez morza. Ja już chyba nie mogę bez morza. Bez zapachu, szumu, onej dziwnej zwyczajności fal, tudzież połyskiwań na powierzchni, tych kamieni gładzonych i tych bardziej postrzępionych i wodorostów i wszelakich porostów, no i w ogóle…

Ale jeszcze chwila…

Trzeba przejść obok brzozowych sióstr. Tych zaskakujących, dziwnych, tak sporadycznie stojących pojedynczo. Tak rzadko wybierających samotność w tym miejscu. Co prawda wiem, że na końcu tej drogi będzie jedna starsza, względnie samotna, woląca towarzystwo dębczaka, ta przytulona do plaży, co jest taka pochylona, ale te tutaj. Te tutaj się kumulują. Wyrastają prawie z jednego pnia, by zaraz nad powierzchnią się rozdzielić na osobne twory. Czy są razem z własnego wyboru, czy to jednak jakaś brzozowa klątwa? Po prawej i po lewej gromadzą się takie mutanty, albo siostry nierozłączki. Piękne, niesamowite twory, ale jednak… dziwnie też niepokojące.

Z jednej strony magiczne, przemądre, ale z drugiej…

… zastanawiające.

Zawsze mnie nęcą.

Tak usiąść między nimi i przenieść się do innego świata. Świata, w którym może to one królują? Może to one wydają wszelkie rozkazy? Świata pełnego bieli, szarości, srebrzystości i zieleni. Gdzie te ichnie robaczki na gałązkach są panami na włościach, a wszelako lekko człowiecze byty czyszczą im korzenie… no wiecie, człowiek zaczyna myśleć przez nie za dużo. Za mocno i za zbyt wiele.

Ale też cudownie.

Jednak nie mogę tutaj zostać. Chociaż z drugiej strony, może bym mogła. Tak zniknąć między nimi? Może bym mogła, no przecież poza mrówkami, kto może mnie przepędzić, no kto? Przechodzę między leśnym parkingiem rowerów, które tutaj chyba rosną, czy coś, a potem pod jarzębiną, ślizgając się lekko spadam po tej ścieżynce w dół, niżej i niżej, wypłukanej, poruszonej zimą… I już jest.

Plaża.

Zmieniła się.

Ale nic to. Biały piasek wciąż jest. Woda szklista i połyskująca też. No to bach w nią i… kurna kaczka niemorska, jaki lód!!! Nie wiem, czy prądy się zmieniły, czy co, ale woda nagle zamiast robić się coraz cieplejszą, jest zimniejsza. Kości bolą, skóra sie czerwieni, mięśnie drętwieją. O co chodzi? Próbuję jeszcze raz i jeszcze raz i znowu, ale nic się nie zmienia. No tak jeszcze kurcze nie było, a to już czerwiec!!! O co loto w tym morskim stanie? Czy jakiś ajsberg nam się serio zaraz wyłoni zza węgła? Może wrócić do rozgrzanego lasu? Może jednak dać za wygraną?

No nie, nie mogę…

I wiecie co, biorę się za zdjęcia i oczywiście, dziwnie kompletnie, bo chmurki i chwila moment, a jednak spaliło mi połowę kadłubka! No w jaki sposób się ja pytam, serio, w jaki sposób. Flarą jakąś dostałam, czy co?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.