Pan Tealight i Podejrzenia…

„Pojawiły się niezbyt nagle.

Nie, nawet wcale nie nagle, raczej mocno się najpierw zapowiedziały na twardawym, tłoczonym papierze, ze złoconymi literami, delikatnymi rycinami na boczkach, wiecie w króliczki, poziomki i te sprawy… W bladoróżowych kopertach, poprawnie zaadresowane, na dodatek z dokładnie przyklejonym znaczkiem. Idealnie lewitującym pomiędzy kątem prawego rogu koperty, adresem, nadawcą, a kolorową taśmą równiutko zdobiącą jej kremowy dół…

Przed kopertą był nawet telefon, bo nie wiedziały, czy takowa forma korespondencji, tak stara, antyczna dla zbyt wielu, nie urazi mieszkańców Białego Domostwa, dlatego zadzwonili najpierw do Smoka z Komina, który jako jedyny nadrabiał jakoś z tą technologią, no i nie wykorzystywał jej wyłącznie dla zakupów, jak Wiedźmy z Pieca, Księżniczki i Królewny… wiecie, jakoś mu się udawało. Mimo że przecież też chyba był nią? Chociaż tak do końca, kto to może wiedzieć… niby nikt tam nie zaglądał, komin był czyszczony i tyle.

No więc najpierw był telefon, potem list, a potem jeszcze potwierdzenie otrzymania potwierdzenia, że list dotarł… wszystko zgodnie z dziwną, pokręconą etykietą. Wszystko po to, by przybyły Podejrzenia. Tylko i wyłącznie one. Wiecie, zero pewności, zero przeczuć, żadnych dreszczy czy wizji… tylko i wyłącznie szepczące, skrycie jątrzące słowa pomiędzy powiewami dziwnie zimnego wiatru, Podejrzenia. Dojrzałe i pewne swego, a jednak też i będące wyłącznie tym…

Powiewem wiatru.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nawiedzony dom na wzgórzu” – … dziwna. Stara, lekko nostalgiczna. Przewidywalna miejscami, ale też dziwnie zaskakująca. Na pewno nie dla każdego.

Oto powieść z przeszłości.

Nie stylizowana, raczej coś jak przestąpienie drzwi do przeszłości i zapoznanie się, namacalne zderzenie, z tamtą mentalnością, postrzeganiem nauki i duchowości, religijności oraz dziwnych osobowości. Spotkanie grupy ludzi, z których każdy coś skrywa, ale jednak ona jest najważniejsza. Nasza główna bohaterka. W końcu wolna, w końcu pewna tego, czego chce i wdzięczna za tą sposobność. Ono dziwne zaproszenie do pewnego domu. Domu, którego nie zna żaden z członków tej grupy, a jednak tutaj są. Każdego przygnało tutaj coś innego. Ale jednak… kto tutaj ma największe plany co do tych ludzi? Ten, co ich zaprosił, jego małżonka, a może jednak on… dom?

Książka jest na pewno specyficzna.

Wiele się w niej dzieje i nic. Jeśli wpadniecie na dobry trop odgadniecie zakończenie, a jeśli odgadniecie możecie się naprawdę wkurzyć. Bo tak, to zakończenie podziałało na mnie właśnie w ten sposób. Ta cała niesprawiedliwości tego świata, zbyt wiele niewyjaśnionych spraw, zbyt wiele niedopowiedzeń.

Shirley Jackson jest znana ze specyficznego sposobu pisania. Wielu z tych, którzy nie doczytają, nie zapoznają się z jej biografią, może mocno zaskoczyć. Bo nie jest taka jak współczesne pisarki. Ona naprawdę dotykała czasów, o których pisała. Niegdyś była jedną z tych nielicznych, słynnych… niestety ona jej zaprzeszłość, życie w poprzednim wieku, może wielu z czytelników razić i zniechęcać. To dosadnie stara książka. I na to musicie się przygotować. Na dziwność spodni i kobiet podróżujących samotnie… ale też może niektórych właśnie to, ona sepia, kogoś przekona?

Podlewamy…

Dobra, nie do końca rozumiem, ale wiecie jak to jest w miastach. Zwykle najpierw wszystko wycinają, a potem ojerunku, cienia nie ma, zieleni brak, więc sadzą… niestety tym razem posadzili przed okresem wielkiej suszy, która zaczyna powoli chyba docierać do wszystkich umysłów, więc nagle Rønne ma problem. Ale nie żeby miasto miało problem. Nie nie nie… Wiecie, to mieszkańcy mają problem i zostali zagonieni do podlewania drzewek.

Z jednej strony świetna sprawa, bo przecież dzięki temu zwykły człowiek, może niemając ogródka czy własnych roślinek, nagle ma drzewko pod opieką, ale z drugiej, kurde, tyle bulić w podatkach, a potem zapieprzać z koneweczkę? Po robocie, której może masz dość? No nie wiem. Nie będę przeprowadzać wywiadu, ale wiem, że własne roślinki musimy podlewać co wieczór. Wyglądają, nawet z tym podlewaniem, strasznie marnie. Nawet te najbardziej wytrzymałe zatrzymują się przy ziemi i już kwitną. Po pierwsze jakby nie dowierzały temu ciepłu, po drugie, jakby nie miały siły na rośnięcie. Zwykle ponad dwumetrowy lubczyk teraz ma niewiele ponad pół metra i już dalej nie pociągnie, a mówimy o naprawdę wiekowej roślinie.

Susza przeraża.

Tak naprawdę wychodząc na zewnątrz człowiek czuje, jak cała woda, wszelaka wilgotność z niego wyłazi. Jakoś tak po prostu go opuszcza. Ale gdzie się wybiera? Nie wiem. Wiem jedno… tak daleko w morze, nigdy nie mogłam wyjść. Właściwie suchą stopą. To przeraża szczególnie wtedy, gdy załapiesz się na taki dziwny, szalony dzień od wschodu do zachodu słońca.

Wiecie, wylatujesz z Chatki po czwartej i łapiesz to coś, coś żółtawe, potem białe, palące, bolesne, na dodatek plączące się po tak czystym, bezchmurnym niebie, że aż nie możesz uwierzyć w ów minimalizm. I barw i odcieni. I oną błękitność miejsc, do których słońce nie dochodzi… a potem, potem ogromne, gigantyczne słońce, takie, jakiego jeszcze nie widziałam. Po prostu monstrualne i palące. Coś takiego zachodzi i sprawia, że niebo zmienia się w jagodowy szał. Z dodatkiem kremu waniliowego, a może i karmelu trochę. Wiecie, to niebo, które sprawia, że morze zmienia się w białawą ciecz z maciupkimi pociągnięciami pomarańczowych i czerwonawych kresek. Ale nie widać ich z daleka, więc tak naprawdę macie tylko białawy, lekko kremowawy odcień. Wraz ze szczyptą jagodowego soku.

Coś niesamowitego.

Rzadkiego i jedynego w swoim rodzaju.

To kąpanie?

No wiecie, temperatura taka, że nie da się inaczej. Trzeba po prostu spróbować tej wody. Nawet jeśli wszędzie do niej daleko. Nawet na naszej plaży, jakoś tak stare kamienie, znane tak dobrze, zaginęły gdzieś pod piaskiem. Pojawiły się nowe, ale jednak najbardziej zaskakująca jest wysoka hałda piachu gdzieś tam daleko od brzegu. Nagle wyglądasz jak Jezusek kroczący po wodzie. Nagle wszystko się zmienia i człowiek nie poznaje miejsca, w którym dupsko moczy od wielu lat.

Swoje ulubione.

Ale w końcu przyroda wciąż się zmienia.

No i przede wszystkim wybrzeże ulega takim zmianom, że czasem rzadko można doszukać się znajomych elementów, tych charakterystycznych, po których je rozpoznawaliście. Znajome kamienie, na których człek grzał tyłek, znajome kształty, prostotę, powolne się zanurzanie, a nie tak, że najpierw od razu do cycków, a potem wychodzicie i ledwo kostki zakrywa. No nie. Co to za tunel no, rów wyspowański jakiś? I do tego jeszcze promowe fale. No nie… wszystko po prostu fluktuuje jak mu się podoba…

Ale miały być kąpiele, więc idziemy.

Ekhm, woda lekko zimnawa, ale po pierwszym bólu i wściekłych szarpaniach naskórka, zaczerwienieniu i tak dalej, jak już ząbki przestaną grać, to wiecie, jest zajebiście. Po prostu cudownie i genialnie!!! Woda czyściutka, piaseczek, leciutkie fale, no i te najlepsze o tej porze roku głazy. Wiecie, obrośnięte oną fluorescencyjnie zielonkawą trawą. Mięciutką, ale zwodniczą, gdy zaschnie. Bielejącą potem niczym wąsy Dziadka Mroza. Śliską oczywiście, więc uważajcie. Może niektórych przerażają, ale jednak są tak przemiłe, przemiękkie, cudownie muskające, choć czasem mogą zaskoczyć… posmerać człowieka gdzieś, gdzie się tego nie spodziewał i nagle…

… jest dziwnie.

Ale przecież jak można się oprzeć tej czystości i temu zapachowi maciupkich fal? No jak? No nie można, więc się pływa. Bo tak. Bo się pływa, bo już się nie chce czekać. Naprawdę. Nie i to wcale. Wcale a wcale. Szczególnie po całym dniu, gdy człek taki spocony, gdy jakoś tak wiecie, umęczony, to tak najpierw zapada się w ten piasek, pogania się z pliszkami, a potem powoli do wody. Może i ucieknie kilka razy, może i będzie się przekonywał, że nie, wcale mu członki nie zmartwiały, ale płynie i płynie i rusza się i powoli jest lepiej. I okay i ogólnie cudownie. Potem piach znowu i znowu woda i już jest jakoś…

… normalnie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.