Pan Tealight i Wiatrak Zbuntowany…

„No po prostu… nie chciał kręcić.

Mdliło go już to całe miotanie skrzydełkami, źle mu się robiło na widok onych dziwnych przemykających światów, te ptaki rozbijane, te myśli, które zawsze uciekały i nigdy nie mógł ich złapać… Nie chciał być poddanym wiatrom, a na dodatek jeszcze postawili go na środku morza, a on miał chorobę morską! Każdy sztorm był dla niego koszmarem. Każde słoneczne patelnienie się, ohydą.

Nie chciał tutaj być.

Nie chciał tego robić, ale przecież nie mógł się ot tak zwolnić i zmienić zajęcie. Nawet w tym kraju, gdzie ludzie robili to na okrągło, jemu nie było wolno. Był przecież wiatrakiem, onym ekologicznym stworzeniem, które miało zapewnić innym światło, działającą pralkę, lodówkę, suszarkę, telefony, telewizory, zabawki i maszyny oraz, a może przede wszystkim, komputery. A nawet więcej… samochody!!! Tak, nawet je. Te, które widział w oddali przemykające mostem przez morze, znikające w tunelu, pojawiające się, zatrzymywane na granicy, przepuszczane, lub nie… Zawsze się zastanawiał kto w nich jedzie i czy w ogóle na niego spoglądają.

A może tak naprawdę w ogóle go nie widzą?

Niezależnie od chmur i wszelkich zawirowań morskich.

Może nikt nie dba… może i on powinien, po prostu przestać. Bo przecież po co to wszystko? Na co i komu? Może i jest z tego energia, a może i tylko i wyłącznie mit jakowyś? Może i religijność, może i mesjanizm? Może to on jest wybranym, ale jeszcze nie do końca w to wierzy…

Widzicie, na pustym morzu stoi zapomniany wiatrak. Zbyt daleko od sobie podobnych, zbyt blisko sobie nieznanym… i zbyt myśli. Zapomniany, może i zepsuty, ale przecież wciąż wiatrak. Wciąż czasem się poruszający, ale kogo obchodzi? Nikogo. Złom już, zanieczyszczenie, przemijanie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Orientalsk takkeklaper…

Dobra, w życiu bym nie pomyślała, że to żółte coś, do czego tak przywykłam, to coś tak orientalnego, południowego i tak dalej. Że to taki wyjątek tutaj. Ogólnie mówiąc właściwy dla Europy Południowej, ale i występujący w Polsce… lecz z powodu wszelakich zbożowych machlojek rozprzestrzenił się i na Północ. Miedzy innymi do Danii. I choć jest z natury podobny do rzepaku, i zwykle mi wmawiano, że to rzepik, to jednak chyba nie. Najważniejsze, że rośnie co roku na NordHavnie i jest malowniczą odskocznią od codzienności. Jakoś zawsze wybija po tym jak żółte pola już wymrą, więc serio wygląda niesamowicie z tym granatowym morzem, niebieskim niebem…

Baja po prostu.

Nie da się go ominąć.

Ostra żółcień, maleńkie kwiatuszki, do których raczej się nie tulcie w czarnych ciuchach, bo fajnie będziecie wyglądać – przetestowałam. Do sesji zdjęciowej, naprawdę miejsce niesamowite. Nawet mimo suszy wciąż takie jest. Może w tym roku lekko mikrzejsze, rzadsze trochę, to jednak jest. I odkrywa swoje tajemnice. Zaprzeszłych przemytników zboża, tych zawyżających ceny, tych zaniżających jakość, tych…

… ludzi.

No dobra, a tak w ogóle najbliższa prognoza na kolejny tydzień przewiduje, nie zgadniecie; słońce. I to równo napierniczające. Może i Turyścizna się cieszy, pewno przejdzie jej jak algi zakwitną, ale ciekawe kto z nich się dowie o tym – w końcu zamiast Tidende mamy niemieckiego Bilda wystawionego w spożywczym – że zakazano palenia ognisk. Należy uważać z ogniem w ogóle. A poza tym w całej Danii nie wolno już zakrywać twarzy. Znaczy wiecie, już jakieś szejki zapowiedziały, że zapłacą kary za kobiety noszące one worki na głowach, ale… to, co mnie najbardziej uśmieszyło, to ponownie wredna poprawność polityczna, która ruszyła razem z tym zakazem. Białasy nie mogą nosić chustek na twarzy, chyba że pizga, żadnych doklejanych wąsów, bród i masek, chyba że mamy Fastelavn, czy wiecie jakieś inne dziecęce zabawy. No więc… mam mieszane uczucia. Ale widok dziewczynki kąpiącej się w czymś takim… widzicie, mam odruch wymiotny na widok chust z powodu katolicyzmu, każda chusta też mi się kojarzy religijnie, oczywiście taka specyficzne zawiązana, więc jeśli dziewuszka w kostiumie kąpielowym jest w to zamotana, robi mi się niedobrze.

Po prostu.

No ale, na razie problemem giga jest brak deszczu i kosmiczne wahania temperatury. Bolesne fizycznie i mentalnie. Jakoś tak męcące pod kopułą, że już człek nie wie co to za pora roku. Najpierw w południe się piecze, a potem wieczorem sięga po zimową bluzę. Nie narzekam na zimne noce, kocham je, ale jak przetrwać te wrzące dnie?

I to słońce?

Pola wiatrakowe…

No tak.

Nie dość, że pola wiatrakowe, to jeszcze znowu Rosjanie. A o co chodzi, no wiecie, jak zwykle o ekologię. Albo o to, kto dostał za co i dlaczego.

Okay.

To dość zwyczajowa sprawa, takie pola wiatrakowe na wodzie. Szczególnie widowiskowe są gdy pędzicie Broenem. Jak jakiś kosmicie siorbiący nasze powietrze, czy inne ta alieny. Białe, zawsze zapacowane, rzadko spokojne, choć zwykle znajduje się jeden taki, wieie buntownik, który nie chce się kręcić. Który stwierdza, że ma dość tej roboty i więcej nie będzie. Albo gorzej, po prostu kompletnie robi to w innym rytmie. O Matko Wyspo!!! No po prostu zawsze.

Pola wiatrakowe to podobno świetna sprawa energetyczna, ale za każdym razem mne intryguje jak na to reaguje morze, jak powietrze, ptaki, chmury itd. Wiecie, z igły widły i tak dalej. No i, co gorsza, kto tak naprawdę za to wszystko płaci, jeżeli wiemy, jak rząd reaguje na panele słoneczne… wciąż jestem pełna wątpliwości. Z jednej strony logicznie na tak, ale z drugiej, coś mi tutaj nie pasuje. Te kłótnie wyciszane, dziwne wątpliwości, konflikty… No ale. Pole u nas miałoby się znajdować blisko portu, a wiecie, to jednak miejsce dla Turyścizny, gdzie wyjebali kawał skały by zrobić centrum widowiskowe, więc gdzie logika w zasłanianiu natury?

Nie ma.

Ale mają być nowe miejsca pracy… nie wierzę. No i przy okazji oczywiście człek się dowiedział, że jeśli Rosjanie dostaną pozwolenie na kopanie tego swojego ciągu podwodnego, to będą u nas parkować, a to oznacza brak miejsca. I znowu, rząd nie chce, się nie zgadza, to wtergnięcie itp. itd. ale jak tylko usłyszeli o mitycnzych NOWYCH MIEJSCACH PRACY nagle, od razu są na tak. A ja chyba jestem na to za stara. I raczej niewierząca.

I jestem w sobie wyobrazić potrzeby Rosjan… których Wyspa nie będzie w stanie spełnić. I te góry śmieci. Tak, jak najbardziej jestem za uznaniem tego miejsca za swego rodzaju park narodowy, w którym nadal jednak żyć mają ludzie, ale bez trujących pierdół, z krówkami, owieczkami, nie że cofają się do średniowiecza, ale mają płacone za czystość, za pewnego rodzaju zachowanie tego ekosystemu.Więcej pasiek, mniej idiotów i oczywiście, jak najbardziej turyzm.

Ale… na spokojnie…

Jak myślicie, nazbyt utopia?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.