Pan Tealight i Krzyże…

„Wyrosły…

Na ziemi wzruszonej, na łzach drzewa wyrwanego, powstały. Gromadnie. Grupowo. W pełni swych sił. Może i dziwne w takim miejscu, może i nazbyt pełne katolickiej mocy, może… ale jednak pojawiły się. Czy chciały dać tylko wyraz, niektóre byle jak sklecone, byle jak zheblowane. Zbite z dwóch patyczków, deseczek, niektóre nawet tylko związane trawą, sznurkiem. Jedne bardziej zbliżone do krzyży sprzed cyrku noworeligijnego, inne znowu proste nadmiernie, zadufane w sobie, w onej swej smukłości, właściwie artystyczne, niesamowicie wyraziste, trochę nie na miejscu, ale jednak…

Wszystkie zebrały się by płakać Lipę.

Lipę.

A może im chodziło tylko o Galę MET? Nie, na pewno nie… w żywicznych łzach było zbyt wiele smutku, wściekłości, oskarżenia. Bo przecież jak mogli, dlaczego, po co, czemu już? I tak naprawdę, okraszać to wszystko wielkimi słowami o sztuce, potrzebie piękna, wyrazie, w takim miejscu, z tak niesamowitym drzewem!!!

Pan Tealight jak nigdy poszedł do miasta i stanął na drodze. Niewidzialny dla wszystkich, dziwnie niematerialny. Smutniejszy niż zwykle, bardziej przygnębiony, oszukany pokrętnie, nienawidzący ludzkości. Pradawny żałujący tak wiele, ale pewien jednego, że już nie ma odwrotu. Że Śpiący Bogowie się nie przebudzą, choć odpowiadają na kołysanki Wiedźmy Wrony, że Śniący w końcu przestaną śnić, bo dla tych dwunogów nie ma już ratunku… że Zapomniani się przypomną i znowu popłyną łzy. I jemu będzie po raz pierwszy wszystko jedno.

Źle się działo na Wyspie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Idąc wybrzeżem do Vangu możecie przejść przez metalowy most… albo nie.

Dobra. Łukowato sklepiony, pordzewiały na śliczny, naprawdę wysmakowany kolor krwi zmieszanej z przeszłością, przedawnionych zbrodni, niezatartych ran, niewybaczonych win… Wiecie, niby taki most ze stopniami i z przodu i tyłu – już jak on tam uważa co za tył i przód ma – most stworzony z metalowych wycieraczek sprzed porzuconych domów. Z dziurami, tak, że widzicie wszystko.

Oną aż nader odległą dal.

Przerażającą.

Tak, mam lęk wysokości.

I tak, wolę nie przechodzić przez ten most, nadłożyć drogi przez kamieniołom, jakoś tak wtulić się w granit, choć i to miejsce mnie przeraża. Ale wiecie, na poziomie morza daje wylądować, a potem już tylko prosta droga z wodą po lewej, skałami obsadzonymi wysiadującymi, mocno wkurzonymi, mewami po prawej. Drzewami kwitnącymi i tymi się zieleniącymi, onymi błękitami i niebieskościami, skałami szarawymi… Ale najpierw kamieniołom. Drewniana aula wszelakich występów oraz ten betonowy, mocno splątany kłąb korytarzy pod. Niby są tabliczki, niby wszystko opisane ale jednak nie. Dziwnie tam. Jakby pot, ból i łzy wgryzły się w rozłupaną, wyrwaną ziemi dziurę. W te potargane szczyty, w te ściany, które zdają się krzyczeć: więcej nie… ale też ta dziwna artystyczność w kolorach onego kamienia. Co jak co, ale on fascynuje. Może i kurcze promieniuje, ale jednak.

Choć mocniej przeraża.

Ale lepsze to, niż ten most. Wolę go popodziwiać od dołu. Jest niesamowity. Naprawdę. Ale dla mnie lepsza jest droga pod. Strzeżona przez kwitnące drzewa na górze. Wychylające się. Jakby chciały podejrzeć, co to jest tam w dole.

Co się dzieje?

Bo tutaj jakoś nic nie jest przez przypadek, wszytko żyje. Nawet ten pusty port/zajezdnia statkowa, czy coś w ten deseń. Ślimakowaty kształt zagłębiony w morze z pogłębionym wstępem. Zapomniany. Porzucony? A może tylko na coś czekający? W końcu nigdy nie wiadomo, czy nie będą chcieli jeszcze podoić Wyspy. Bo w końcu do tego się nadajemy, co nie? Nawet z tym dziwnym słońcem, które niszczy wszystko.

I znowu Vang…

I można wrócić do domu.

A następnego dnia znowu.

W drogę…

Bo ono tam jest.

Znowu, a nawet mocniej. Wiecie, to morze, które rozmywa się z niebem, nieruchome… ten havgus, który łączy wszystko. I niebo i wody i już nie jestem w stanie rozpoznać granicy i nie wiesz ja to jest. Czy wciąż jeszcze są granice, czy w końcu na zawsze zostaniemy w tej niesamowitej kuli błękitów i niebieskości? Tak czarownej. Tak niesamowitej, którą chcesz w siebie wchłonąć i zachować na potem. Na czas kiedy będzie zbyt głośno, gdy już bolące słońce stanie się nie do zniesienia…

I oną bryzę.

… a więc siadasz na kamieniach, nierównych, wyglądajacych jak wulkaniczne, bo coś cię tutaj przyciąga. Zapatrzasz się w te dachy znajome, w kolory rozmyte, w to wszystko, to znasz tak dobrze, a jednak co znowu cię zachwyca. Tak mocno. Starasz się nie patrzeć na trzech staruszków na Tajki w starym cadillacowym, czarny mobilu, bo jakoś mi nie pasują do romantycznej oprawy. Wiecie, te wszelkie sex wycieczki do Tajlandii. Nie… nie chcę o tym myśleć, nie teraz. Nie, na pewno. Zresztą na małym stoisku znalazłam jedno z marzeń, misia wyrzezanego w lapis lazuli. W niesamowitych kolorach. Zwykle takie są tylko w sklepach z fetyszami Zuni, ale jednak mi się udało dostać go z Kanady.

I jest z rybą, co według wszelkich legend oznacza prosperity.

A potem, mimo niezbyt wielkiej liczby Turyścizny – PS. poro Polaków – uciekasz w las. Wybrzeżem do Czekających Wiedźm/Kapłanów, mijając samotnego, zgubionego pośród poległych Rycerza… stojące kamienie są tak bardzo niesamowite. Tak bardzo moje. I te drzewa, które choć już tak dorosłe, wciąż wypuszczają, jak moja ukochana, stareńka brzoza, której biel już dawno odpadła. Z guzami na konarach, a jednak magicznie piękna z onym pochwowym rozcięciem w korze.

Czekająca na ofiary.

Oj tak, drzewa na klifach, na skałach są jak mity o walecznych kobietach. Pokręconych, zmęczonych, ale jednak… wygrywających raz za razem. Po prostu niedających sobie dokopać, choć wiedzą, że ich best before dawno minął. A jednak wciąż ronią maleńkie jabłka, wciąż wypuszczają zielone, młodziutkie listki. Są takie niesamowite. A potem drogą prosto do domu. Dookoła. Zwyczajnie. Ulicą. Podziwiając i zielone i kwietne konstrukcje natury. I ostatnie zawilce.

Wiecie… oną mijającą wczesnowiosenność.

Ciekawe, kiedy wybuchną bzy?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.