Pan Tealight i Aromaty…

„Zmieniły się.

No wiecie, one wiosenne aromaty wylewane na pola. Zmieniły się w wielkie, ogromniaste, potwornie nieokrśelone do końca, choć namacalne, powietrzne potwory, zbrojne w zębiska, pojemniki z psikaczami, wszelakie zarazy i zapachy wyżerające nawet smocze, dmiące nozdrza, z którymi musieli zacząć walczyć. Po pierwsze uszczelniając Białe Domostwo i Chatkę Wiedźmy, po drugie, szykując broń.

Ale jak walczyć z powietrzem?

Czym?

Czy diabła diabłem zwalczać?

Może właśnie o to chodziło, dlatego wszyscy zaczęli pracować nad zdrowym, aczkolwiek niesamowicie wybuchowym sposobem życia. Czy też dokładniej nad niemożebnie adekwatną do atomówek dietą. I Wiedźma Wrona Pożarta zdawała się wiedzieć o tym zaskakująco, ale i niepokojąco zbyt wiele. Tak naprawdę wszycy poczuli się dość zakoczenie, że ona tyle wie akurat… O TYM.

AŻ TYLE.

Bez urazy, może i jej dieta była dość zaskakująca i raczej niezwyczajna, ale jednak, żeby aż tak. No i… wiecie jakie poiadała umiejętności muzyczne, nieodzowne oczywiście przy onym się żołądkowaniu, ale jednak dość atypowe. Wybitnie choleryczne czasem, a czasem eperacko donośne. Muzyczne, z linią, refrenem, powtórzeniami, taktem, rytmem i całym onym barieniem dźwięków, ale i… dość odrzucające. Tak, częściej odrzucające niż naprawdę wciągają. Chociaż wiecie, akurat w tym wypadku co kto lubi. I najnowsze badania dowodzą, iż wdychanie onych armatycznych muzycznych tematów jest doskonałe dla samopoczucia i ciała i mózgowości.

Ale wiecie… jakby co, to wiecie, no raczej nie mówcie nikomu. Wszystko w końcu zostało opatrzone pieczęcią poufności wszelakiej, sekretności do i pozgonnej oraz… zapominalstwa, więc… Pewno i tak już nie wiecie o co chodzi i z czym się tego raczej nie je, ale na wszelki wypadek. Nie wciągajcie.

Za mocno…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Smród smrodkiem, ale pięknie jest i przy tym chwilowo pozostańmy. Aczkolwiek sugeruję omijanie okolic i samego Tejn. Naprawdę. Wiecie, ten rąbany trolling trwa, ludzie, którzy nie potrafią jeździć, gdzieś mają przepisy ruchu drogowego i tak dalej. Dodatkowo nieprzepisowo usadzeni na łodziach ciągniętych przez auta…

Omijajcie dla własnego zdrowia.

Da się przecież.

Górką jak się jedzie nie dość, że widoki inne, to jeszcze na dodatek kurcze dróżki takie kręte, wioskowość wszelaka i tak dalej. No i, kurcze, tego hałasu, dziwnego, ciągłego buczenia nie słychać. Bo widzicie, wciąż mamy havgus, horyzontu właściwie nie ma, ale łodzie są i buczą. A mnogość ich ogromna straszliwie, więc można się podenerwować. Lepiej wymijać.

Dlatego tym razem postanowiliśmy wyjść z Vangu i pójść w knieje i busze wszelakie. Ale nie wzdłuż brzegu, nie przez przerażający mnie, metalowy, prześwitujący most, ale przez las, dookoła, dziwną, nieznaną ścieżką. A pięknie tam niesamowicie. Bo po tej stronie wciąż puchata roślinność niszowata, wciąż zawilce, miejscami wprost gigantyczne, pierwsze żółte pierwiosnki i kokorycze, i jeszcze takie spore kwiatki różowe, co nie wiem jak się zwą i oczywista nasze orchidee, ale nie napiszę gdzie dokładnie. Dla bezpieczeństwa. Ludzie to jednak porąbani są niszczycielsko. No ale, idziemy. Droga się robi coraz węższa, chcemy dotrzeć do Bskindalen, więc kawałek… a ścieżka zmienia się w ścieżynkę przytulającą się do rzeki albo do skał, i nagle jesteś w dolinie. Innej, pełnej błagań i mącznych pieśni. I ptasich trelów i jeszsze… i jeszcze jezioro. Czy raczej zbiornik? Właściwie jeszcze sobie doczytam, ale pewno trochę człowiekiem zmieniony w imieniu wiecznie płynącej wody… dla młyna.

W górę i w dół, a skały wciąż dookoła ciebie. Tu i tam się oberwały, naderwały. Erozja w toku. Drzewa powoli odziewają się w liście, ale wciąż zaskakują te białe chmurki – jabłonie, śliwki i wiśnie dzikie. I ten zbiornik. Tak odbijający niebo i to słońce, ciepło, a w cieniu nagły chłód gryzący do kości… A dołem te kwiaty i czosnkowa zieleń, która powinna już wkrótce zakwitnąć.

I zapachy wszelakie…

Droga, chociaż może nie aż tak długa jak potrafię iść, a potrafię dzień cały, ale jednak skomplikowana, pełna podgórków i zgórków i jeszcze podejść, i zeskoków i obsunięć i miejsc mokrych mocniej. Leśność wszędzie. Wszelaka niemonotonia rodzajów drzew, krzaki pojawiające się sporadycznie. I ptaki i jakieś ssaki i jeszcze w oddali wrzask pawia. Bo jakoś chyba wciąż moda na pawie trwa. Gdy bezczelnie dość wlazłam komuś boczkiem pola do sadu, nie żeby specjalnie, no ale zapatrzyłam się na kwiaty, to też je słyszałam. Tam pod jabłonią, która kocha swoją drabinę. Tam za krzakami pachnącymi, za drzewami nęcącymi, za wszelką przedzielenią…

No więc droga niedługa, ale skomplikowana. Skałki wyrastające z ziemi nagle, lekkie poślizgnięcia. Czas na łyk wody. Oj tak, trzeba wziąć coś do picia i jedzenia. I nagle droga i znowu las i nagle widzicie w oddali morze. W końcu wiem gdzie jestem. Po tym całym błąkaniu się – chociaż szlakiem i z mapą, aczkolwiek starawą – człek jest na drodze pylistej. Z tabliczką wspominającą tych, którzy protestowali przeciwko nadmiernemu wydobyciu granitu. I budową onego słynnego mostu. Wiecie, słynnego dla Skandynawii. No wiecie którego, oczywiście…

No to idziemy. Już w oddali, nawet między polami zielonymi, błękitem w oddali i w górze, słychać ten szmer. I jesteśmy w tym jednym z najmagiczniejszych miejsc na świecie. Naprawdę. I nie tylko chodzi o te wszystkie powalone drzewa, o rzekę wciąż rzeźbiącą ten świat i skały cię otaczające. Nie. No może chodzi o oną mnogość kwiatów, które często można znaleźć tylko tutaj w takiej ilości. O ścieżkę, która sama decyduje jaką być, niereformowalną… o wolność. To na pewno nie jest łatwa droga. Ale przepiękna. I wiecie, ni człeka tutaj. Tylko ta dzicz.

A potem o góry i brzegiem… a dokładniej klifem, mijając kolejne drewniane ławki, czepiając się o wciąż nieobielone krzaki, nieokwitnięte, podziwiając wielkie zawilce – serio giganty – widoki, ten błękit otulający wszystko i kolejne wodne zbiorniki. Po prostu zaskakujące. I ten jeden, w którym są ryby.

Ryby.

Serio ryby. Po jednej stronie skała, po drugiej skała, żadnej możliwości by wpłynęły, tym bardziej, że jesteśmy na szczycie klifu. I to cholernie wysokiego. Spadek w dół byłby nie dość, że bolesny, to możliwie, że jeszcze totalnie deadly! Brzózki w dole śliczne, no ale… skąd te ryby? I to tyle ich. I żerte takie!!! Serio. Czy ktoś sobie zarybił to miejsce i tak je zostawił tutaj? Samotne. Czy będzie je odławiał z onej kamiennej kałuży? A może jednak nie? No kurde, co to za tajemnica tuż przed kamieniołomem???

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.