Pan Tealight i Podkast…

„Niby sława, kasa i wszelakie dobre traktowanie, ale jednak, widzicie tutaj w dziwny sposób wszystko jakoś nazywa się inaczej. I podkast jako taki nie ma na myśli siebie gadającego i w radio się puszczającego w pełni na żywo, no chyba że na zapisie, to wtedy wiecie, bez komentarzy, ale… tutaj chodziło o to coś pod. Coś leżące pod kastem. Pod wyraźnie grubą warstwą wszelakiego nalotu, betonu, okruszków, wszelakich metali, skorupek jajek, patyczków, szyszek i innych. Obierek, papierków, naturalnie skręconych, ziołowych petów i, co nadzwyczaj zaskakujące… pod Wiedźmą Wroną Pożartą, która odmówiła ruszenia się.

Serio… nigdy jej takiej nie widzieli.

Musicie zrozumieć, że ona zawsze coś robi. Zawsze jest pod presją działania, planu i wykonania 200 procentowej normy. Bo zwyczajnie tak. Bo lepiej żeby nie zostawała sama ze sobą, z myślami, światami, które się kręcą w jej głowie, z onymi wszelkimi bytami, które nocą wyglądają przez jej nos, a widząc, co się dookoła dzieje, jak bardzo ten świat się nie zmienił, jak wciąż nie zrozumiał… cofały się do niej, mościły wygodnie i tak jakoś, zwyczajnie, buszowały tam sobie.

To dlatego w Chatce zawsze coś musiało grać, brzdąkać, nawet jeżeli w kółko, nawet jeżeli nieoglądane, musiało sobie gdzieś tam lecieć… nawet jeżeli nikt tego nie rozumiał, ona musiała mieć te dźwięki, by zagłuszyć samą siebie. Tylko w lesie było okay, albo nad morzem, które samo w sobie było jednym wielkim filmem, serialem właściwie, pełnym zmiennych i bohaterów powracających zza grobu. A teraz… a teraz zwyczajnie tak leżała niczym płyta nagrobna, dość dokładnie rzeźbiona, wiecie, ze wszystkimi szczegółami i tak dalej. Oczywiście czarna, bo jakże inaczej.

Ale nieruchawa Wiedźma Wrona to coś niemożliwego.

Coś, co sprawia, że świat się zatrzymuje i sprawdza, czy czasem mu się kierunki nie pomieszały. I nagle zaczyna się zastanawiać, gdzie zmierza i co będzie jego przyszłością i czy serio te kolory, które rano nałożył na siebie to do siebie wzajemnie pasują… i czy przed innymi światami nie będzie wyglądał dziwnie. A wszystko przez kobietę w średnim wieku, która nagle się zatrzymała. I leży przyciskając coś do ziemi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Oblicze śmierci” – … więcej. Chcę jej więcej. Więcej autorki, więcej bohaterki, więcej takiego świata, przemyśleń, tajemniczości, a nawet brutalności.

Chcę!!!

Najlepiej już teraz!!!

Tym razem nasza bohaterka jako jedyna osoba wierzy ofierze/zabójczyni. Wierzy jej, że nie zabiła tych wszystkich ludzi w przeszłości wierzy, że nie zginęli z jej ręki te ci ostatni rodzina… wierzy, ale musi oczywiście odnaleźć prawdziwego mordercę. Potwora, który przez lata kształtował sobie oną młodą kobietę. Dziewczynę. Ale czy uda jej się to zrobić? Czy nie skończy jak inni, którzy byli dobrzy dla ofiary? Czy sama ofiara nie jest już na tyle ukształtowana, by zmienić się w bestię?

Wstrząsająca, poruszają opowieść. Z bohaterką wciąż walczącą ze swoimi demonami, z jej adoptowaną, wciąż niemówiącą córką i teraz kolejną dużą, zranioną, zniszczoną, przedwcześnie rozbitą… czy to niezbyt wiele?

W tej książce wszystko jest tak bardzo niepewne. Nie wiemy, kto tak naprawdę okaże się potworem. Nie wiemy, czy uda się naszej bohaterce przetrwać to wszytko, a co gorsza, czy nie starci osoby, która trzyma ją na tej ziemi wciąż żywą… adoptowanej córki. Nie wiemy niczego. Niczego nie możemy zakładać. Na pewno trzeba przeczytać pierwszy tom tej serii „Cień bestii”. Na pewno. A potem, cóż, modlić się, że wydadzą kolejne dwa tomy?

Chyba tak. Bo widzicie, to nie jest tylko suchy kryminał, nie jest też jakieś porąbane romansidło, jest coś większego, coś prawdziwszego. Bohaterowie zdają się być aż nad podziw namacalni. Bolą. Mocno.

Wiosna.

Weekend ma być ciepły i mocno wiosenny, a nawet letni, więc jeśli ktoś coś, to może nie trzeba będzie pakować sweterków? Ale wiecie, nigdy nie wiadomo. Serio. Tutaj pogoda zmienia się radośnie, gdzieś mają wielkich naukowców, przewidywaczy i meteorologów. I tyle. Jeśli chcecie, to na pewno jest miejsce i w domkach i na już otwartych campingach… aczkolwiek przyznam, że nie do końca pojmuję jak można przetrwać w wietrzności, która się nam przydarza, w takim, nawet wypasionym namiociku. No ale… może jednak można? Czy są jakieś elementy, które ocieplają bezpiecznie namioty?

Pewno tak…

No więc campingi są, hotel jest, sklepy niektóre otwarte, większość przymknięta lub zamknięta lub, co najbardziej porusza, wystawiona na sprzedaż. Oczywiście, że na ten sezon przygotowano masę nowości, ale głównie żywieniowych. Jeśli szukacie starych, znajomych miejsc, mogą was mocno zaskoczyć.

Jeśli chodzi o noce, to wciąż jeszcze są ciemne, ale już zaczynają, wiecie jako tak dziwnie już połyskują. Zmrok oczywiście zapada coraz później, jasno robi się coraz częściej, czasem nawet możecie złapać wschód słońca poruszający wszystko, ale… cóż, o tej porze, to lepiej jednak jeszcze dospać.

Serio!!!

Większość drzew owocowych już zrzuciła kwiaty. Smutne to trochę, że tak szybko, ale wczoraj mocno wiało, więc wcale się nie dziwnie. Jakby wiecie, żywioły chciały nadgonić. Jeszcze tylko jabłonie i już będzie zielono. Te postrzępione, niesamowite liście, niczym nieobrębione tkaniny, wciąż tutaj są i mnie rozczulają. Mocno rozczulają. Forsycje wciąż się trzymają, przekwitają żonkile i powoli wyłażą tulipany. Lekko zmieszane, ale chyba nie wstrząśnięte. Na pewno też poruszone onym nocnym chłodem, który spada do pięciu stopni. Chłodem dziennym… no wiecie, jednak pewno oczekiwały czego innego. Niezapominajki spoglądają na człowieka, jakby to była jego wina, że nie jest wystarczająco ciepło, chociaż błękit nieba zdaje się konkurować z ich niebieskością, więc może jednak to o to chodzi, a nie o mnie?

Ech wiecie… człek zawsze wszystko nazbyt przemyśla, a przecież tak naprawdę tak rzadko chodzi o niego samego. Tak rzadko.

Żeby nie było, nie, nie mamy majówki.

No nie mamy, taki kraj.

Zwykła robota i takie tam. Serio. Ale w końcu dlaczego mamy mieć? Tutaj bardziej świętuje się wszelakie święta kościelne. Chociaż kościoły ludzie tylko zwiedzają, nic więcej. A jednak… no nic, fotkę do paszportu trzeba zrobić. Funny fact: gdy robicie zdjęcie do duńskiego paszportu nie dostajecie zdjęcia na papierku, tylko wysyłają je od razu do odpowiednich władz i wszystko jakby odbywa się poza wami. Co zabawne, a raczej dziwne w małym może świecie, ale jednak świecie tak wielu artystów, mamy tylko jedno miejsce na całej Wyspie, gdzie takie zdjęcie można zrobić!

Serio.

No ale…

… kolejny dzień, znowu słońce, lekki wiaterek, zielona trawka, w niej stokrotki, niezapominajki, i oczywiście okrutny ryk kosiarki, krople stokrotkowej krwi spadające na skrócone korpusiki, kładące się zielone pokłosie… może i płaczą, może i łkają, może i głośno, ale nie przekrzyczą przecież kosiarki. Zresztą, nawet jeżeli, to przecież nikt ich nie zrozumie. Kto w dzisiejszych czasach zna płynnie stokrotkowy czy trawiowy język? No serio, kto jeszcze słucha jak rosną?

Przez cały czas czuję, że czereśnia zwana Strażniczką się na mnie gapi. Serio. No gapi się na mnie jak nawiedzona. Dumna w tych swoich płatkach białawych, w onej swej wiosennej, ślubnej kreacji. Ech, nie wiem o co jej chodzi, ale przecież jak ją uściskam, to może się jej nie spodziewać, a przez tę sąsiadową kosiarkę nie usłyszę co mówi. Ech, ciągle jakieś przeszkody w życiu. Okrutny świat. A taki spokój dookoła. Rzadko co jakieś auto przemykanie się za żywopłotem, smrodek z pola równo się rozkłada…

Wiosna pełną gębą!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.