Pan Tealight i Ksztyna Ksztyn…

Ksztyna Ksztyn.

Maleńkość maleńkości.

Coś może i widoczne, a jednak zadziwiające w swej dziwnej, pokrętnej niewielkości… Oto jest i ona. Wiecie ona zaskakująca, nieproszona jednak, może i nie do końca chciana… Ksztyn Ksztyna. Coś całkiem magicznego, coś co dopiero się i zaczyna. Coś co i się dopiero kończy? A może już zakończyło? Ej nie wiedzieli, kompletnie nie wiedzieli dlaczego i dokładnie tak naprawdę kiedy i po co, ale się i tutaj, w Sklepiku z Niepotrzebnymi

… przydarzyło.

Wiedźmy z Pieca od dawna głosiły onego Wielkie Nadejście… ale pośród tych wszystkich proroctw i zwiastowań to wiecie, jakoś tak nie było w tym nic zaskakującego, może i wartego uwagi, może i uwierzenia? Po prostu w takich miejscach prorocy mają przesrane. Bo przecież każdy tutaj jest, każdy może, każdy wejrzy, widzi czuje, każdy ma coś do powiedzenia, coś do opisania… ale to coś? To coś było zbyt dziwne. To coś nie tylko wybiegało spoza wszystkich definicji, nie tylko matało, nie tylko tworzyło własne wymiary, ale jednak… jakoś nie mogli tego zatrzymać. Po prostu nie mogli i nie wiedzieli dlaczego. Nie mieli pojęcia… musieli to wypuścić w świat.

Ale który?

Ale jaki?

Bo tutaj nie pasowało i wiedziało o tym ono coś. Ale też… mieli dziwne uczucie winy, że nie mogą, że jednak nie są, że takie malutkie… póki nie przyszła Wiedźma Wrona Pożarta zalana łzami, bo znowu coś sobie ubzdurała i już wiedzieli, że oni mają swoje nieszczęście, więc więcej nie będą w stanie znieść…

Ksztyna Ksztyn też coś widać zrozumiała i wybrała zielone, małe drzwiczki ze zmatowiałą, brązową kołatką.

I zniknęła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziewczyny z Roanoke” – … dwie. A może tak naprawdę cały ród? Może w rzeczywistości nie chodzi o one, a o tajemnicę tak wielką, tak niewytłumaczalną, tak… dziwnie pradawną.

Nie oszukujmy się. To, co zobrzydza nas w dzisiejszych czasach niegdyś było dopuszczalne i prawdopodobnie odwrotnie, ale do tego potrzebny byłby już seans spirytystyczny… a razie mam przed sobą skończoną książkę i masę pytań. Przede wszystkim… Jak mógł nikt nie zauważyć, no naprawdę?

Nasza młoda bohaterka po śmierci matki odkrywa, że ma rodzinę. Rodzinę, która jej pragnie, a której głową jest charyzmatyczny dziadek. Od tego czasu wszystko może się dla niej zmienić, a dokładniej dla nich. Jednak, co oczywiście jest nie tak. Coś dziwnie, nadnaturalnie tutaj cuchnie. Coś…

Cała powieść zadaje pytania o granic miłości, o wszelaką potęgę rodziny o uczucia zakazane, o piękno tworzenia rodu, o to, czy zawsze to co złe jest złym naprawdę… o śmierć i narodziny… o kochanie zwykłe i postępność. O kobiecość, tak, przede wszystkim w tej historii chodzi o kobiecość. O jej początek i koniec. O pełnię… zbrodnię, karę i przemilczenia. Po prostu o życie w fantastycznym domu pośród dość egzotycznych rejonów, jak dla mnie… Powieść może nie odkrywcza i łatwo domyślić się co stanie się dalej i kto co czemu, ale jednak, jednak ma w sobie jakiś klimat.

Można…

Nadal śnieg.

Wybiera się więc człowiek gdzieś, gdzie trochę go mniej i może da się przejść nie płynąć w nim, tudzież brodząc po pas i… jedziemy na Dueodde. A tam zaskoczenie. Ogólnie mówiąc po Nexø śnieg jakoś tak się kończy. Dziwnie go mniej, nie ma zasp jak u nas, nawet po chodniku da się przejść…

Czyżby na plaży nie miało być niczego?

I prawda.

Plaża jak najbardziej piaszczysta, zamrożona, z niesamowitymi, lodowymi rzeźbami, z wszelaką fantazyjnością wzorów stworzonych przez fale i wiatr… i te łachy śniegu i pojedynczy konar drzewa, dokładnie wiatrem i morzem, piachem oczyszczony. Zimny, niesamowita rzeźba, która należy do wszystkich i do nikogo. Chyba że wiecie, do samej siebie tylko? I idziesz oną pustką szeroką, bo tutaj po prawej gdzieś w oddali wydmy, po lewej morze, słońce na przeciwko i jest tak inaczej, tak dziwniej niż na tych naszych skalistościach dookoła Gudhjem.

Wyspa zaskakuje swoją różnorodnością.

Jakby dopasowywała sie nie tylko do każdego człowieka, ale i do każdego nastroju. Najpierw prowadzi cię ścieżka piaszczysta i biała, pachną sosny, trawy wciąż jeszcze się przebijają przez śnieżystość i piaski. Bo wiatr przecież robi tutaj co chce. Tutaj wywietrzy sobie, tam zasypie. Na jednej górce parka dzieci wyciera dupska zjeżdżając na plastikach, na innej cisza i spokój, i wciąż nie do końca zamarznięta woda, choć tak zimno… a może to tylko wrażenie?

I ta biała wieża… strażniczka. Wszelaka niedostępność, ale też i wielki wskaźnik: tutaj wracaj… ale jak?

Widzicie, czasem zajdzie człek za daleko… bo droga taka wietrzna, bo popycha, bo zdjęć tyle, bo przecież piękna ta cała morskość, ale w końcu musisz wrócić. A przez wydmy biegnie cieniutka ścieżka. I co się okazuje, że wiatr tutaj namieszał bardziej. Oj, o wiele bardziej…

Nagle wydmy stały się dziwnie niższe, nagle idziesz i wpadasz, a przecież nie powinieneś i po pas jesteś w śniegu. I piasek, tutaj zmrożony, tam znowu całkowicie miękki. I krzaki, wciąż jeszcze widoczne, więc im ufasz i potem żałujesz. Znowu giniesz pośród śniegów, a ta latarnia niby cię prowadzi, ale też i dziwnie mami. Już jej nie wierzysz… wierzysz sosnom i biegniesz ku nim potykając się o krzaczki wrzosów, kalecząc o trawy, brudząc piaskiem, który nagle wypełnia całego ciebie…

Taka tam panika.

Nie wiem dlaczego, ale ten kraniec Wyspy działa na nas obydwoje dość depresyjnie, a jednak, jest tam też tak pięknie, różnorodnie, tak wiele wciąż do odkrycia, że szkoda tego nie obejrzeć pośród różnych rodzajów pogody… tym bardziej, że każda chmurka i promień zdaje się nadawać temu miejscu inną cieniowatość. Każdy zmierzch i świt jest inny. Każde ułożenie kamieni, ich brak, sporadyczne muszelki… patyczki i wodorosty tak rzadkie… i ta szerokość piaszczysta, że idąc, możesz nie dotykać ni wody ni wydm, ni przechodzących ludzi, jeśli tacy się zdarzą. A czasem się zdarzają, czasem też dziwnie znikają, i nagle uświadamiasz sobie, że tutaj są i zakręty i ukryte ścieżki… i miejsca wciąż jeszcze dla ciebie całkowicie nieznane…

A jednak z wydm chcę jak najszybciej uciec.

W las, w te sosny, w one kręte, bardzo wąskie, dość niebezpieczne przy śnieżnych niewidocznościach ścieżki, zaspy nawet, w tą całą „niezdeptalność”. W tą czystość… świąteczność nawet? Może i spóźnioną? Może i po czasie, ale co tam. Ja się nie trzymam koniecznie kalendarzy!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.