Pan Tealight i Zemsta Nieznanego…

„Był Nieznanym.

Ale to totalnie nieznanym, nigdy niespotkanym, wszelako nierozpoznawalnym może, a może tylko zapomnianym? Nie byli pewni, na razie trzymali się frazy „nieznany”, więc musieli jakoś to przetrwać. No i się mścił. Była to esencja jego życia, choć jadł też krówki i pił kawę, w której łyżeczka nie tyle stała, co topniała niezależnie od materiału, z którego ją wykonano. I lubił stokrotki, szczególnie te zamarznięte z odrobiną mięty w schłodzonej szklance obtoczonej górą w cukrze pudrze. Wiecie, pewno te wszystkie zemsty jakoś no nie osładzały mu życia… ale czy cukier pomagał? Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki od ponad roku miała problemy ze słodyczą, więc nie była pewna, a jej smutek tak bardzo przytłaczał innych, że wpieprzali wszystko, co było… nie mieli problemów tego rodzaju, że nagle czekolada im nie smakuje.

Nieznanym

Jako, iż nie mogli jego sobie umiejscowić, podobnie zresztą też nie mogli do końca zrozumieć na kim się mścił, w jaki sposób i dlaczego. Jedni mieli nadzieję, że ten chudy osobnik w wąskich ciuszkach, super slim i czapeczce ze szpicem nie pragnie ich zła, a drudzy byli po prostu ciekawi. Wiecie, w końcu na Wyspie działo się wiele, ale jednak wiele nie oznacza zawsze coś nowego, więc byli ciekawi… nawet jeśli miałoby chodzić o nich, po prostu byli ciekawi.

Czy wścibscy?

Nie, nie zaglądali mu w kieszenie… nie miał ich zresztą, wiecie moda slim nie zakładała wypychania, no i Ojeblik – mała, ucięta główka już sprawdziła ich nieobecność, w końcu kto by podejrzewał o wścibstwo kogoś, kto nie ma rąk, co nie? Nie łazili za nim wszędzie, przynajmniej ni jawnie, ani też… no dobrze, może trochę go szpiegowali, ale przecież to dla dobra Wyspy i historii opowiadanych wieczorem przy kominku… Zresztą, zdawało się, że Nieznany wcale nie zwracał na nich uwagi. Nie. On polował na kogoś innego. Dziwnego osobnika, Istotę Zgnilistości i Zgorzknienia

Ciekawe, czym ten mu podpadł? Śmieci nie zabrał choć powinien był? No wiecie, bo jest śmieciarzem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Już jesteś martwa” – … czekam. Naprawdę czekam na jej książki, ale tym razem mim napięcia, mimo ciągłej gonitwy… jakoś mnie nie zaskoczyła. Po prostu wiedziałam, że jest jak jest. Od początku. No głupio, ale wiedziałam.

Ale jeśli wy nie wiecie, nie skapniecie się, to może odczujecie ono gigantyczne zaskoczenie? Może zrozumiecie i śledztwo i ludzką miłość przemieniającą się w okrucieństwo i ludzkie zboczenia, zwyczajne, najczystsze zło i dobro.

I jeszcze przeszłość, która wybacza.

Książka jest bardzo dobra. Wciąga, intryguje, miesza i mota. Niczego nie można być pewnym i nikomu nie można ufać, naprawdę. Zaufanie grozi śmiercią. Na zawsze. Ale wszystko zaczyna się tak bardzoe sympatycznie. Tak rodzinnie, tak pięknie. Północ Anglii, podróż balonem, piękne widoki, szczyty drzew… posiadłości tak rzadkie, że jakby ich nie było…

Książka jest pokręcona, ale jeśli narracja zadziała na was jak powinna, to będziecie mogli czuć się mega zszokowani. Naprawdę!!!

Ale lało!!!

Właściwie nie przestaje. Właściwie, to czasem ucicha, by wrócić z większymi kroplami, jakby kurde gdzieś była wielka wyprzedaż czy coś. I wiecie co, ma się wrażenie, że Wyspa się zapada. Jakby nawet skały się topiły. Ziemia już nie spływa rzekami, jakby już się skończyła. Trawy i pola stały się gąbczystymi tworami. Trawy zdają się już nawet ni trzymać formy dywanowej, ale zwyczajnie wciągają, podobnie zresztą same pola. Pełne może i zielonych wyrostków, ale w większości błocka tak dziwnie płynnego, że zdaje się być bardziej odpowiednim kostium kąpielowy, niż zwykłe portki, buty i cały ten kram. Można by pomyśleć, ze jednak jakoś wszystko spłynie, ale jednak… nie. To już się skończyło. Tego już nie ma.

Nawet ten wiatr niczego nie suszy. To dziwne, ale wydaje się, że i zwyczajowo ubite trakty zmieniają się w miękkości, jakby nadmiar wilgoci zmiękczał wszystko poza ludzkimi sercami. Bo myśli to wiecie, od zawsze mieli rozmoknięte. Rozmemłane pomiędzy serialowymi dramatami, a kolejną podwyżką i wiadomościami w TV. Wierzące we wszystko poza tym, co prawdziwe i bardzo ważne. Najważniejsze. Zdaje się, że Wyspa się zmniejsza, pochyla, zanika. Jakby nadmiar deszczu ją przytłaczała tak bardzo, że stawała się zbyt ciężka by latać i pływać. By przemieszczać się pomiędzy sobie tylko znanymi światami…

No wiecie… w końcu tutaj żyje się bajkami. Choć może to właśnie jest prawda? Jedyna właściwa prawda? Jedyna i najprawdziwsza.

Wiadomo jedno, pułapki i trutki na szczury rozłożone, seryjnie Camusa sobie muszę przypomnieć jak nic. Do tego w końcu mamy mieć internet, który będzie wiecie… normalny, taki jak w reszcie świata. Ale nie ma boja, jeśli chodzi o zasięg telefonii komórkowej, to wciąż jest kapryśny i miejscami całkowicie siebie sam nie dziwi, więc nadal jesteśmy za Murzy… znaczy no w kociej dupie. Bo chyba kozia dupa nie jest jeszcze uznawana za poprawność polityczną, której nie wolno używać, co? A może już jest? W końcu co ja tam wiem…

Ze współczesności bardziej niż niewiele.

Nic, a może i mało.

Nowy prom.

Tym razem fiński i nazwą go Hammershus. Tak, ten rok przynosi zmiany od samego początku. Strach się bać i tyle. Jakiś taki mały się zdaje i płytki. Nie wiem, ale po Villumie i Leonorze… cóż, coraz bardziej te podróże morskie zdają się być przerażającymi. Trzeba zmartwychwstać dedala, albo wiecie, uświęcić sie, chociaż to kawałek tak w sandałkach po falach do Szwecji popindlać. I jeszcze wracać z torbami z IKEAi.

Ech…

… więc co, serio ten kanał? Znaczy tunel no? Zwolenników ma mniej niż przeiwników, naruszenie dna nasyconego nie tylko wciąż się zrywającym kabelkiem prądowym, ale przede wszystkim odpadami radioatkywnymi z II wojny światowej i trzęsieniami dna, niestabilnością wszelaką i legendami o ludziach żyjących w tych falach… Nie, jakoś tunek to chyba nie wyjście, a dla mnie samolot to nawet nie opcja. Oj nie. Nic z tego. Zresztą wciąż… jak z powrotem z tymi torbami?

No jak, weźcie to przemyślcie!!!

To jak to będzie?

Na razie ciepło, mokro, ale zapowiadają słonko na dni nawet kilka. I może jeszcze jakiś mrozik. Czy w to wierzę? He he he, jak w swojego śmieciarza, który znowu śmieci nie zabrał. Mówię wam, że pewno są nie halal. No i dlaczego miałbyby być?

Kurde!!!

W gesti odpadków tym razem domagają się od nas zwiększenia wszelakiej segregacji. Pewno, nikt tego nie robi, więc będziemy robić za Męczenników Narodów Nieekologicznych. Każda obiereczka, każdy ogryzeczek ma zostać odłożony i skompostowany. To już widać im nie wstarczy nazej trawy, którą sai musimy ciąć – ustawowo na kilka centymetrów od ziemi – często, a potem wywozić na wysypisko… ciekawe jak sobie radzą ci, co nie mają jak odwieźć to wszystko pod Ronne? Zjadają oną trawę? Jeden z moich profesorów z numerem wytatuowanym na przedramieniu mówił, że da się spokojnie. Nawet nie w zupie. Ale… już oną trawę zabierają i robią kompost. Zdaje się fajna rzecz i tak dalej, ale jak głębej pomyśleć, to znowu człek pracuje, a ktoś inny na tym zarabia. Podobnie na papierach!!! Teraz chcą obierek. A co, jeśli akurat u mnie nawet głąb zostaje zeżarty, a pyry sporadycznie goszczą w menu?

No i co z ptaszkami? One tak kochają ludzką kuchnię!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.