Pan Tealight i Szukając Światła…

„Tu nie chodziło o krytykę Pani Wyspy, ale jednak… no dobra, czasem się sprzeczały i Wiedźma Wrona Pożarta nadal miała jej za złe skradzione kolczyki i dwa wisiorki, po których wciąż łkała nocami… świąteczność tutaj odnosiła się do ostatnich perełeczek mrozu na wciąż tkniętych porannym szronem mokrych gałązkach. Na onych owockowych krzaczkach, na czerwonych cudach jagód wszelakich… na kształtach i oczywiście kolorach gałęzi, zieleni pni i mchów, bieli i szarości, srebrzystości porostów… Ale Wiedźma Wrona chciała onej komercyjności.

Naprawdę chciała.

Chciała jej choć liznąć, choć się nasycić, choć pomacać, pomerdać, pomachać jej, może i z daleka. Chciała kolorów i choinek, bombek, bombeczek, ozdób wszelakich,  śnieżnistości, nawet jeśli sztucznej, jakiejś tam jarmarczności nawet. Mogła od razu pominąć jedzenie, nie, to nie miało znaczenia, tylko światła i oczywiście przedmioty. Jakoś tak. Bo przecież tutaj… trudno było to znaleźć w takich ilościach.

… więc pojechała.

Tak po prostu. Ale tym razem wiedzieli i zdążyli się przygotować. Jedni upiekli torty, ciastka, inni usmażyli kotlety, ci znowu zdecydowali się przespać całą dobę, tak na wszelki wypadek, inni zowu sprzątali jak szaleni. Tę ostatnią opcję wybrał właśnie Pan Tealight. Serio. Miał na sobie fartuszek z PRLu rodem, chusteczkę w kratkę na głowie, z frędzelkami opadającymi na kark… i mopa w łapie. Zestaw szmatek miał dopasowany do chusteczki, a mop raziście różowy, do tego jakieś płyny o nazbyt fluorescencyjnych kolorach i zapach i wiele zapału…

A w tym czasie Wiedźma Wrona Pożarta szukała światełek… jak co roku. W objęciach wszelkiego komercjonalizmu!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

I jak głoszą prognozy, wiać będzie dalej. I więcej i mocniej. I ogólnie mówiąc nadal też mokro i raz ciepło raz chłodno. Świat zwyczajnie pogodowo oszalał. Wyleźć na zewnątrz niby można, ale prawda jest taka, że tylko po chodniku i tylko betonowymi ścieżkami. A już naprawdę nie polecamy pływania!!! I to w jakiejkolwiek postaci. Żadnych surfów, turfów, promów  łódek wszelakich.

Naprawdę.

Ale mimo tego wiania i całej onej mokrości wciąż nie spadł śnieg. Coś tam wilgotnego niby leciało, ale wiecie, to nie było to. Dziwne ciepło też pojawia się coraz częściej, więc boję się, że znowu zimy nie będzie i smutno mi z tego powodu. W sklepach za to już święta przecenione, więc jakby co, to łapcie ostatnie choinki, bo więcej nie będzie. U nas nawet LIDL w końcu zrozumiał chyba, że coś nie teges, bo połowy towaru nie dowożą. Dziwactwa i tyle. Pchają się sklepy na Wyspę, jakby kurde wszyscy in tutaj byli od kupowania, a prawda taka, że ludziska biednieją i naprawdę już w nic nie wierzą…

Ale mimo wszystko nagle widzisz, że szalenie cieszy cię wyrwa w szarych chmurach i światło wydobywające się spomiędzy nich. Pięknie oświetlając naturę. Doskonałą sztukę i jedyną potrzebę człowieka. Taką… nagłą. Nie oszukujmy się. Bez powietrza, bez wody – czystej – i zieleniny nie przetrwamy. Mówcie se co chcecie, albo załóżcie worek na głowę i popatrzcie jak to jest…

Ale na razie… wieje.

Samochodem zarzuca, człowieka podrywa, wiatr wdziera się w każdą szparkę, jakkolwiek to świńsko brzmi, no ale taka prawda. A jednak i tak wyleziemy na zewnątrz. Jakoś tak. Popatrzeć, połazić. Psa wyprowadzić, bo kot nasra na trawnik sąsiada – czyli mój – niekoniecznie o to właśnie umiejscowienie kupska proszony. Dookoła coraz więcej domków oświetlone świątecznie. W większości lecą w biele i żółcienie, ale to nadal bo tak wygląda płomień… i fajno. Niektórzy mają nawet tipi przed domem świetliste. Bo jeśli postawicie światełka zbyt szeroko, to wychodzi tipi…

O co chodzi?

A wiecie, gdy nie ma drzewka, to zawsze przed domem jest maszt na flagę. I puszczone od niego w dół sznury światełek mogą stworzyć stożek przypominający choineczkę. Jeśli jednak przesadzisz z okręgiem, z promieniem… no to sorry, ale wychodzi tipi. Mi i tak się podoba. Lepiej mieć światło, niż go nie mieć, szczególnie w tym okresie czasu. Szczególnie w tę jesień, która okazała się tak ciemna i mokra…

Która wciąż pada, ale wiecie, nie mrozi się niestety. Czasem coś mokrego spadnie, przypomina śnieg, ale roztapia się gdzieś ponad moją głową… smuteczek straszny. Naprawdę. Wielki.

Przejeżdżając przez Wyspę człowiek ogląda sobie bardziej lub mniej szalone dekoracje. Są i takie, jakby święty się zwomitował, są i takie delikatne, są i odwalone, są i kolorowe – rzadkie bardzo, ale jednak… wszystkie cieszą. Bo przynajmniej wiadomo, że ktoś tam gdzieś jest. Że wciąż jeszcze coś tam żyje… że to nie tylko burżuje z Kopenhagi, które wykupili pół Wyspy za bezcen dzięki prawu do „niemieszkania”. A tak, jest i takie prawo. Długo by gadać, lepiej popatrzeć na własne światełka.

Święta pewno nie będą białe, ale co tam, popatrzę sobie a wzburzone fale, czy biały piasek plaży. W końcu to taka namiastka. Zieleń pól może troche zniszczy cały ten nastrój, ale jakoś damy radę. Bo czemu nie. W końcu to wciąż najpiękniejsze miejsce na tej ziemi. Serio!!! Najpiękniejsze. A co!

Bo muszą być i tyle!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.