Pan Tealight i Nocne przestawanie…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki powoli stawała się nocą, a wszystko przez kolejną Bezsenność, która ją dopadła i nie chciała puścić. A że spora była, choć i starszawa i ogólnie dziwnie babuleńkowata, to głupio było ją tak za kudły pociągnąć, za ten fartuszek dziwnie plastikowy w różyczki i fiołki, za chusteczkę, czy choć pończoszkę i zrobić z tym wszystkim porządek. Jak na razie nikt się nie odważył nawet mrugnąć, bo miała ciasteczka, co ponownie udowodniło tezę, i ci najbardziej niepotrzebni i uznawani za zbędnych oraz wszelako marginesowych, są najlepiej wychowani i wiedzą jak się do starszych odnosić.

Ale Wiedźma nie spała.

A jeśli nie spała to nie śniła, bo to, co wyrabiała w dzień ostatnio marnie jej śnieniu sprzyjało. No po prostu sypała się. Na całego. Ale miała już choinkę, światełka jej blimkały, wszelakie migdały w oddali się już pyrkoliły, przysmażały i cukrzyły i pachniały wszelaką zimowością… i oczywiście jeszcze te igły…

Przymrozki ją czarowały. Nie mogła się napatrzeć na one wzorki, kryształowości, nie potrafiła ich zatrzymać poza zdjęciami, a i tak zbyt dobrze wiedziała, że to przecież tylko są zdjęcia… ale jednak mimo to, mimo onej całej nibywolności… wkraczała w pełną ciemność, mroczność i nicość. Bez strachu, bo znowu zaczynała czuć nic. Kompletnie i idealnie nic. Poza niczym, więc Bezsenność to całkiem nieważna sprawa. Jest, czy jej nie ma, nic było, więc poza tym…

… żal było i na nią patrzeć. Zagubioną, pochyloną, chwiejącą się. Oj pewnie, że brała, ale co ona tam brała i za ile, to kogo miało obchodzić. A noc, noc tak ładnie wszystko ukrywała, więc lepiej było z nią przestawać. Nic to, że człek słaby i dziwnie nieruchawy, no i jakoś tak idealnie nieszczęśliwy…

I to teraz, gdy nie powinno tak być…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nocą na Wyspie jest cicho.

Znacie taką ciszę?

Gruba i włochata niczym najcieplejszy kożuch z jakiegoś stworzenia, co to swój kożuszek na zimę pożyczyć lubi człowiekowi, ale latem to woli go z powrotem. No to właśnie taka jest cisza. Ciemna i nocna. Za oknem świeci się już choinka, niczym garść zlepionych landrynek, a temperaturka skacze sobie od poniżej do powyżej radośnie gdzieś mając co o niej myślą wzelakiej maci ekolodzy, klimatolodzy i meteorolodzy.

Ta cisza jest jak kocyk, czy raczej chusta robiona przez Babcię. Ta, która czekała zawsze na ciebie, zaspanego strasznie dzieciaka, który spędził dzień cały w podróży pociągowej, co to pół stał, pół leżał, a o kibelku mógł pomarzyć, bo taki tłok był… wiecie, w czasach, gdy pociągi jeszcze stukały i jadło się jajka na twardo i jakoś strach był drugorzędny. I nawet matce z dzieckiem, co to nagle zapalenia spojówek dostała konduktorzy napar na oczy z ziółek robili, a dziecię ułożyli w swoim przedziale… no więc taka to jest cisza. Jak już cię wyjęli z pociągu, ucałowali, otulili tym kocykiem czy chustą i poprowadzili do domu. Większości nie pamiętasz, bo i po co, stara, znajoma droga, tu drzewa, tam cukrownia, tu domy, zakręt i prosto… budka z lodami tuż na przeciwko boczności kamieniczki… znowu drzewa, park…

Ciekawe, czy wciąż tam stoi?

Ktoś potem kładł do łóżka, magiczny kocyk czy chusta wracało na swoje miejsce do Szafowej Nibylandii, a ty wiedziałeś, że poznałeś ciszę. Gdy wzystko milknie i pachnie żelaziście a drzewa, drzewom ona w ogóle nie przeszkadza.

No więc taka jest cisza na Wyspie.

Ciemna i głęboka. Pierwotna lekko, chyba że mocniej wieje, ale teraz wiatr ucichł, podobno tylko na chwilę i deszcz pzestał padać, więc cisza aż dudni od wszelakich pomysłów, jak tu jeszcze swoją cichowość udoskonalić. Można by tego durnowatego człowieczka bębniącego w klawiszki usunąć, ale jak… niematerialnymi łapkami? Z drugiej strony, może z czasem ona Cisza wykształci z siebie cielesność? Znaczy cielesność większą, bo chyba już jakieś podstawy jej ma.

Namacalne.

A człowiek pływa w onej ciszy i gapi się na choinkę.

Tak, u nad choinka wcześniej to nic zdrożnego, nie wieszają za to za poślednie ziobro, czy inny element kostnej, ludzkiej układanki. Nie biją, nie palą, nie… właściwie, jak ktoś chce to się choinkuje i lampkuje, jak nie chce, to tego nie robi i tyle. Pewno, że wtedy dobitnie widać ile tak naprawdę ludzi mieszka tutaj przez cały rok, ale co tam. Może nie okradną tym razem? A nawet jeżeli, to może się przyznają? W końcu tutaj nie karzą. Popłaczą nad tobą, wytłumaczą sobie, że pewno nie masz co robić…

Nie no, serio!!! Takie czasy, że roboty można mieć masę, takie możliwości, a dzieci podobno biedne, bo toru wyścigowego brak… żesz… tu padły słowa odnoszące się do męskiej anatomii, ale jako nie chciały się napisać.

Za to powiem wam, że widziałam zwyczajową Turyściznę.

Znaczy pewno, nie taką zwyczajową, ale wiecie, parkę, naiwną. Taką, co to myślała, że drzwi się knajpki otworzą surferów. Aż mi ich się żal zrobiło. Widać, że nad morzem ich wywiało i teraz chcieli tak niewiele, odrobiny ciepła, ale nic z tego. No wiem, że napis głosi, że otwarte być powinno, al nie jest. Po prostu go nie zdjęli. Za to dziś Jul i Gudhjem. Jakby kto był zainteresowany. W wiatraku. Wot dygresja taka, ale miało być o herbacie. Bo widzicie kolejną zamykają. I się nie dziwię. Typowy Tubylec, czy Duńczyk w ogóle, takowych listków niezwyczajny. Kawa tak i owszem w jak największych ilościach, ale cała reszta… oj nie. Już prędzej joga w pracy. Bo wiecie, problemem największym pracowników jest stres. Nie złe zarządzanie i mała kasa ino stres. Zresztą, gdy tak spojrzeć, to miło, że się taki problem zauważa, ale rozwiązania, od dupy strony, po polsku. Z powodu stresu dostaniesz i urlop i zwolnienie i inne tam, jak z chorobą dzieci… że nadużywają, a kto im udowodni? Że robotę znowu przejmie Kopenhaga, co to nawet dokładnie nie wie, gdzie ta wyspa Wyspa leży… to już inny problem.

Nie… nie ma patriotyzmu na tej Wyspie.

Nołp. Nada!!!

Ale stres jest. W nadmiarze… i cisza i ciemność, gdy wyłączają o północy lampy na ulicy. Fajnie jest!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.