Pan Tealight i Cmentarzysko Meduz…

„Na niewielkim skrawku wilgotnej wciąż plaży, ogrodzone bursztynowymi patyczkami ostatnich traw. Grubych, pustych w środku, niczym żołnierze na warcie oddający im zasłużony honor…

… leżą.

Chełbie morskie.

Meduzy.

Galaretowate stworki.

Tak naprawdę po tej stronie świata zwykle zawsze martwe, gdzieś indziej, bardziej żwawe i żywe… w innych miejscach parzące, straszne, potwory…

Ale te tutaj tylko leżą.

Przytulone do siebie, jakby naprawdę się na wzajem szukały długo, by razem zlegnąć. By być już a zawsze jedną powierzchnią wyłącznie miejscami wybrzuszoną. Jedna, jedyna, lekko bursztynowa opiera się o kamień o podobnym odcieniu jak ona. Czy szukała kogoś twardszego, czy jednak się pomyliła? A może nie miała już siły, by dotrzeć do sióstr… A może braci? A może rodziny?

Jak to w ogóle z nimi jest?

Wiedźma Wrona Pożarta pochyla się nad nimi z kwiatami, aparatem, głaszcze je, mizia, jakby czuła się winna, że zwykle tak bardzo, paranoicznie się ich boi. Jakby w końcu się przełamała, a może, po prostu lubi takie pogrzeby. Inne. Wilgotne. Gdzie kamienie zdają się mięknąć, wodorosty tworzą całuny, a połamane trawy salutują. I ta muzyka? Połączenie szemrzących liści, leciutko tylko burzących się fal i łódek w oddali łkających o powierzchnię niebieskiej mocno wody.

Jest w nich tyle smutku i tyle piękna.

Były w wodzie, teraz układają się na piasku. A zaraz potem, za chwilę, gdy tylko się odwróci, one odejdą do morza. Czy zmienią się w wodę od razu, czy po prostu znikną? A może jednak stanie się coś więcej? Ale czy człowiek, choć i wiedźma… jest w stanie to zauważyć swym dziwnym zmysłem? Zresztą ludzi tutaj tak niewiele. Właściwie poza nią nikogo. Właściwie poza pustką… niczego.

Tylko ten cmentarzyk.

Niewielki taki, dziwnie ruchomy, gdy poziom wody zafaluje trącony zagubionym powiewem wiatru, albo Wyspa mocniej odetchnie, choć i ona dziwnie zapatrzona w te klejnoty galaretowate. Te pozostałości, ono przemijanie.

Czas je zostawić, ale jakoś tak nie można… ale jednak czas…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zła droga” – … druga. Druga powieść tego autora i wiecie co, facet strasznie się powtarza, ale świetnie się gościa czyta. Choć zawsze kończy się wszystko jednako, choć bohater zawsze gra i pisze, to jednak… czyta się dobrze.

Tym razem znowu muzyk, ale to pisarz wiedzie pierwsze skrzypce – tak, piję do jego pierwszej powieści, książki „Ostatnia noc w Tremore Beach”. To pisarz ma problemy z rodziną – ekhm, znowu? I to on za przyjaciela ma muzyka. Tym razem nie kompozytora, ale prawdziwego rockandrollowca. Wiecie, sex, drugs and music! Obydwaj są przyjaciółmi od dawna, ale tak naprawdę zamieszkanie tutaj, w tym miejscu było zaskoczeniem dla pisarza. On znalazł się tutaj trochę pod przymusem, a muzyk… cóż, nie do końca wiadomo. Bynajmniej obydwoje często spędzają czas, co nie podoba się małżonce pisarza i oczywiście rodzi konflikty i… Właściwie wszystko zaczyna się od wypadku i wątpliwości. Bo czy można wierzyć ćpunowi z maniakalnymi napadami? Muzykowi, niezbyt staremu, a jednak zużytemu i samotnemu? Pewnie nie. Zresztą… takie miejsca jak to ni skrywają sekretów, czyż nie?

A może jednak?

Wydaje się, że dla autora (muzyka i pisarza) Prowansja to miejsce ucieczki dla Amerykanów i Anglików, którzy nabroili w życiu. Dzięki niemu dowiadujemy się jak to wszystko naprawdę wygląda, jak widzą to Tubylcy i… jak bardzo obcokrajowcy mogą nabroić, ale… żeby aż tak? No więc odwyk, czy jednak śledztwo? A może i to i to? Tylko co z rodziną?

Powieść naprawdę jest nietypowa w wielu miejscach, choć czasem zdaje się być lekko wymuszona i strasznie niestraszna, niemal ludzka, życiowa. Oto historia o strachu, który się czai i pragnieniach innych, które pakują w nasze głowy. O manipulacji i zaufaniu, które tak łatwo utracić. O ludziach, którzy są inni i o tym, że tak naprawdę za każdymi drzwiami czaić się może potwór…

Warto.

I bum…

No tak, czas polowań.

Wiecie.

Stoją te samochody wzdłuż drogi, coby się bidoki w odpicowanych ciuszkach nie pomęczyły zbyt długim chodzeniem i słychać tylko ten koszmarny dźwięk. Bez urazy, ale nienawidzę go. Mieszkałam we Wrocławiu i bomba, czy seria z kałacha to norma dla mnie, uciekłam od tego, a raczej… tak mi się wydawało. I tak, oczywiście, że rozumiem, iż spieprzywszy łańcuch pokarmowy trzeba zmniejszać pogłowie niektórych zwierzaczków, ale tego nienawidzę. Wiem też, że lepiej i normalniej zjeść coś, co samemu się upolowało, co milunio żyło sobie w spokojnym świecie, bzykało się i piło wodę ze strumienia, podgryzało korę, ale jednak… nienawidzę polowań. Są durne. Jeszcze wyprawienie się samemu, tropienie, łuk i nóż, przetrwanie w namiocie, ale to.

Śmiech na sali.

A te ich ciuszki odpicowane. Kurde od czapeczki z piórkiem po specjalne buciki i dodatki, jakby robili paradę modową, a nie szli paćkać się krwią…

… więc sorry, że nie współczuję postrzelonemu kolesiowi.

Temu co źle celował też.

Chociaż… może nie celował źle? Przecież polowania na ludzi są jedną z najstarszych zabaw na świecie!!! Może więc należy przemyśleć sprawę onego WYPADKU? Wypadku, w którym człowiek ucierpiał przez człowieka celującego w zająca. Chyba raczej trudno pomieszać jedno z drugim, co nie? Kurna, weźcie zajmijcie się królikami, bo to parazyty, choć przeraźliwie słodziutkie, ale wiecie, pod mikroskopem niektóre wirusy i bakterie też są przemilusie, więc…

No mniejsza. Tego nie da się zmienić. Ale może wartałoby przemyśleć przynajmniej niewystawianie zdjęć swojego „uboju”? Nie, nie chodzi o mięso, ale o te uśmiechy i te biedne, małe zajączki ułożone w stosy. Zajączki które nie mogły się przecież bronić. A może i zajączek powinien dostać Kałasznikowa?

Hmmm?

A na plaży tym razem spokój…

Malutkie kamyczki, całkiem białe, zastąpiły sypki piaseczek. Jakby kryształy piachu zmieniły się magicznie w co większego i zmatowiły. Skąd się wzięły? Skąd przybyły? I gdzie były, co tam robiły gdzie wtedy były?

No?

Człowiek sobie się wlecze i nagle znajduje je… cmentarzysko meduz. Niewielkich, właściwie bardzo zbliżonych w rozmiarze zagłębionych częściowo, wciśniętych, ale czy całkowicie nieruchomych? Meduz. Cudownie odbijających niebieskość nieba, fioletowość dziwną, wszelakie bursztynowości nielicznych już morskich traw i jeszcze tą całą szklistość, którą zdają się z siebie emanować. Położone niczym kafelki, bliziutko, jakby ktoś specjalnie, ale jeżeli tak to po co i jak? Bo przecież one są już w takim stanie, że jak ruszysz jedną, to się rozpada. Powraca do stanu wodnistego…

Zachwycasz się, a przecież boisz się ich. Dziwnie z nimi tak jakoś razem w wodzie. Przerażająco. Choć podobno nie żyją już… choć podobno to tylko szkielety, umarlaki, ale co jeżeli zombie? Kurcze, może lepiej nie sprawdzać?!!

Wracam do domu, by otoczyły mnie ściany przed tym, co zaraz się zacznie. Wiatr i deszcz. Deszcz i wiatr. Zimność, mokrość, wszelaka ruchliwość, która zaraz zastąpi oną słoneczność i możliwości wszelkiego wpadnięcia w wodorosty. I w fale… bo przecież jak zwykle, gdy tylko zbliżasz się o linii brzegowej, do wody, ona przychodzi do ciebie chcąc być bliżej i bliżej. I jeszcze bliżej. I wracasz do domu mokra co najmniej do kolan, a częściej i z zalanym tyłkiem, bo robiąc zdjęcia znowu kucałaś…

Ale co tam. Wyschnie się…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.