Pan Tealight i Heyyourweeny…

„No właśnie.

Jako wiedźma, Wiedźma Wrona Pożarta powinna była wpasowywać się w ten cały dyniowy szał, ciasta, pająki i tak dalej, co nie? A jednak nie. Nie ona. Zresztą, przecież była dziwaczna, więc czemu tutaj się dziwić?

No czemu.

Powinna być opajęczyniona, pijana zielonkawym naparem w opiekuńczych ramionach Szkieletwego Księcia, z jakimiś cząstkami krwawymi zwisającymi ej z uszu, czy też uszkami choć nietoperzymi. No chociaż we snach, przecież kto ją tam sprawdzi? Gnijąca Wiedźma Niemłoda też by uszła, serio, a ona co? Popatrzyła na plastikowe kociołki i prychnęła, dobra, szkielet chciała, ale od pająka uciekła. Rzeczywiście, nie dość, że skurczybyk wielki ze świecącym odwłokiem, czy cokolwiek tam miał, to na dodatek na paluszki! A jak tutaj odgryźć brudnemu dzieciakowi takowe? Nosz przecież jakiś umiar w diecie trzeba mieć.

I higienę zachować!!!

Za to dynie sprawiła sobie wielkie, swego feriującego się usilnie, ale z przerwą na sprzątanie ogródka, Chowańca do drylowania ich zagoniła oczywiście, bo przecież i tak bezpieczniej… no i wiecie, ona kawałków ciała nie gubi w potrawkach potem… więc, on sam jakoś tak, drylował i wiercił, a potem obydwoje sobie je świecili. Wiedzieli, że krótko to będzie, bo przecież czas gnicia prędki, a to nie GMO, więc… nie, oni nawet się nie spieszyli. W końcu ona chciała teraz, wcześniej, a nie jak wszyscy. Jak zwykle nie na czas, jakby serio się nie pragnęła zgadzać z kalendarzami. Zresztą, kto mógł jej przykazać? No kto? W końcu julowe sangowanie kręciła już od lata…

A może zwyczajnie nie przerwała.

Mniejsza…

… chodziło o to, że Wiedźma Wrona Pożarta gdzieś to wszystko miała poza szkieletem i cudownym dzwonkiem do drzwi, który urywał dzwoniący palec i dzięki czemu miał zasilanie. Sprytne, czyż nie… wprost perpetum mobile!!! No więc poza tym i gnijącymi dyńkami była już po. Dwa tygodnia przed… i na dodatek wymyśliła nowe, wzbudzające dziwny rechot w każdym imię dla onego swego nieczekania na odpowiedni czas… Heyyourweeny… czyli Upyourass.

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pasterska korona” – … no tak.

Znaczy nadal no nie.

Nie przeczytam do końca i tyle. Nie ma takiej opcji. Odmawiam zakończenie i na pewno ma to związek z moim ogólnym bzikiem i wszelakim szaleństwem, ale nie mogę. Nie mogę tak po prostu zamknąć tego rozdziału. Onego czegoś, co kształtowało moje dorastanie w dorosłości. Pomogło mi przebrnąć przez studia… nie mogę. Odmawiam uznania GO za zmarłego.

Wolno mi.

I znowu maryśka…

Tym razem w stolicy policja skonfiskowała pięćdziesięciolatkowi niestety aż 38 roślinek, które podobno były na własny użytek. Ja tam jak najbardziej popieram i niech se pan kopci, czy piecze w czymś, ale serio tak mu od razu zabierać? Nosz na pewno będzie za nimi tęsknił!!! Przecież do roślin człek wykształca w sobie coś na miarę uczucia i tak dalej. No kochamy te nasze doniczusie i palemki i tak dalej!!!

A oni mu tak rach ciach i zabrali.

Ciekawe, czy spalą to jakoś komisyjnie, i po której stronie się ustawić, wiecie, no jak będzie wiało? Ekhm, no coby się do końca nie zmarnowało w myśl ekologicznej w końcu dewizy Wyspy, czyż nie? Nie rozumiem jak można tak zmarnować, na pewno z trudnością wypielęgnowane, roślinki. Kurcze… bezduszne to trochę. Ale za to odciąga człowieka od większych problemów, jak to, czy znowu jakieś cudactwo ustawią na rondzie i czy w końcu któreś z tych cudactw się rozpadnie i czy artystyczne prezenty rzeczywiście są takie obciążone… no wiecie, ekspresją pokazania? Czy prezentu nie można oddać? Albo na razie po prostu gdzieś schować?

Myślę, że w tym wszystkim przydałby się jakiś minimalizm. Naprawdę. Drzewa, kwiaty, wszelakie rośliny i tak dalej, ale potem basta!!! Naturalność wszelaka i piękno sztuki liściastej, pieniastej i wiecie, korzeniastej. No i kwiaty, choć okresowe, to jednak czad jest, co nie, więc dlaczego…?

Właściwie na Wyspie wszystko się kręci wokół natury. Biednej, maltretowanej i ogólnie poniewieranej. Powycinali tyle drzew trzymających nabrzeże w porządku względnym, że tylko czekać kolejnych tragedii. Jak nic coś się obsunie. Ludzie wciąż głupio walczą o to, by budować na piasku, a już Biblia mówiła, że to durnowaty pomysł. No co, każdego się chwytam już argumentu. A wycinanie drzew i pozwalanie na erozję – tak naprawdę miejscami zaskakująco szybką – skał, sprawi w końcu ze się nam Wyspa obłamie i tak dalej. A jak przyjdą znowu wyższe fale?

Co wtedy?

Tydzień „halloweenowy” w Gudhjem niestety po raz kolejny pojechał na pogodzie. Ja już nie wiem jaka to klątwa, ale skuteczna. Wszystko za to się pootwierało, ludzie dyńki sobie dziarają, pełno ich nawet jak pada, kropi, czy wieje. Łapią się za nożyki i dziarają, a potem dumnie kitraszą to do domu, albo sommerhusu, albo komuś po drodze upada i zostaje taki plaskaty, pomarańczowy kleks… aż chce się obrysować kredą i oskarżyć tego, czy innego o zbrodnię na dyniowej głowie.

No serio, ostatnio dziwne mam przemyślenia na temat onych głów. Jakieś takie żałosne, pieszczotliwe, jakieś pokręcone. Żal mi ich niczym tych choinek ostatnich, które stoją już w Wigilię, pewne, że nikt ich już nie weźmie…

Pokręcona jestem mocno.

Ale nic to…

… jeszcze kilka dni i wsio się zamknie. Lista julemarketów mi rośnie. Oczywiście, że bez zmian trzeba zobaczyć te co roku, ale może trafi się i coś nowego? Nigdy nie wiadomo. Może jednak ktoś się odważy? Może? No nic, pożyjemy, zobaczymy, na razie czekam na pustkę i ciszę. Na tą wszelaką nagość i zimno, które podobno już za rogiem. Na wycieczki, szalik i wielkie skarpetki, które sobie zanabyłam. Wielkie skarpetki są super. Szukam takich z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych… wiecie, takie ćwiczebne z harmonijkową górą. Ktoś coś? Wiecie w ogóle o czym mówię? No były takie skarpetki. Fajne były. Bawełniane oczywista…

No ale… piątek, weekend, dynie pewno znowu wylądują na polu ekologicznie gnijąc i odżywiając spokojnie ziemię, która w tym miejscu odpocznie. Bo cała reszta ziemi, znaczy pól, to wiecie, nie wiem… widzę zwykle traktory na nich przez cały rok i strasznie mnie to zaskakuje. Przecież wegetację mamy tutaj jednorazową w roku, ale jednak może w dzisiejszych czasach i to się zmieniło…

… wiecie, wszelkie traktorowanie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.