Pan Tealight i Kula z wiosny…

„Dostała ją.

Nie zimową, nie letnią, nie jesienną. Dostała z okazji wszelakiej i wielkiej, mocnej i niesamowitej. Dla wielu tak niemożliwej nawet do wyobrażenia sobie, nawet jeśli im się zdaje, że po prostu tak ot… się to ni zdarza.

Dostała ją.

Wielką.

Ogromną i gigantyczną.

Na czarnej, prostej podstawce, jakby potrzebowała całej siły i przestrzeni ciemności, by stać w miejscu, by się nie przechylić, nie stracić z nią łączności, nie odtoczyć się… nie zwiosennić tego, co ma być latem, jesienią, czy zimą. Nie zmienić kolejności, bo przecież co by to było, a w środku…

A w środku miała zielone krzaczki i błękitny strumyczek omiatany jasnym, radosnym światłem. Miała też wiśniowe drzewa obsypujące je płatkami przekwitających kwiatów, wszystko zatrzymane w chwili, wszystko połyskujące pyłkami i magią, i gdyby tak tylko ją otworzyć, na pewno można by poczuć zapach wiśni. I przejść się po tym srebrzystym mostu, łukowato wygiętym, przerzuconym ponad strumieniem, może i zostać tam, usiąść na nim, zabawić się a misie-patysie, a może i poczytać, wypić szklankę soczku, zanurzyć palce stóp w zawsze lodowatej wodzie… jakby ta cała strumienność, była znakiem wiekuistej zimy, a ten mostek lata, a znowu srebrzystości w powietrzu jesieni, a jednak kula przecież była wiosną, czyż nie?

Była wiosną…

No więc Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki dostała kulę pełną wiosny. I miała teraz władzę, o którą całkowicie nie dbała, bo co jak co, ale ona nigdy nie chciała władzy. Nigdy nie pragnęła by królową i nienawidziła odpowiedzialności. Strasznie jej nienawidziła, więc zwyczajnie tylko czasem nią poruszała. Wzbijała ruchem kolistym płatki, spoglądała na one srebrzystości, różowatości, na strumyczek, krzaczki radośnie zielne i te misterne gałązeczki i jeszcze…

Tylko patrzyła, a mogłaby…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ostatnio coś chora chyba jestem. Chyba bardzo, bo nie mogę czytać. Nie też, że miałam co… sorry, miesięczny odwyk, ale jednak, kurcze, co się dzieje? Może człowiek jednak powinien udać się do lekarza?

Nawet te słodkie nowości mnie nie ruszyły… Może jednak. No weź no kobieto wybudź się z onego marazmu bakteryjnego, wirusowego, czy kto wie czego – jeszcze wczoraj coś mnie użarło no!!! Hmmm… jak nic wampir, bo dwie dziurki!

I co teraz?

Szumi…

Kładziemy się do łóżka, czy tam ukochanego swego barłożka, no co kto lubi, co ma… łoże fakira, podłoga, karimata nawet. Jest ciemno. W końcu jest normalnie ciemno, różnica między dniem a nocą jest namacalna i zauważalna. W końcu człek odpoczywa od nadmiaru światła. Wszystko zdaje się oddychać rytmicznie poza Chowańcem, który od samego położenia, chrapie jak orkiestra wojska alienowskiego… no jak zwykle. Mniejsza. Kładziesz się i słyszę je – nawet przez ono chrapanie, przez wszelakie wiatry, księżyca pełni szemranie i dziwne szepty…

Morze.

Szumi.

Niby jednostajnie, a jednak wcale nie.

Niby ciągle, a przecież zatapiam się w tym odgłosie i wcale mnie nie wkurza. Nie jak buczenie kompa czy telewizora, jak dziwne dźwięki lodówki, czy innych tam rzeczy i spraw podobno wyłączonych… Jakoś zatapiasz się w tym odgłosie i pozwalasz mu się zgrać ze swoim wewnętrznym ja i tym zewnętrznym. I pierun wie czym jeszcze. A może tak naprawdę nie mam wyboru? No wiecie, przecież go nie wyłączę!!! Zresztą, co za wariat chciałby wyłączyć morze?

Idealne i cudowone.

Zawsze zaskakujące…

W końcu to morze.

Zawsze imponujące. Z jednej strony przeraża ogromem wody, z drugiej przyciąga i chce cię dla siebie, w sobie zatopić. Esencja pierwotności, może i pełna plastiku, ale kto z nas nie jest go pełen? Nagle i Dania odkryła, że plastik pijemy i jest wielkie halo! I tak sobie ponownie myślę, że znowu? Że serio? Mniejsza… zatopić się w onej pierwotności… choć czekajcie, dla jednych to pierwotność, dla innych obrazo burczy tekst. Wiecie co? Gdzieś to mam co sobie myślicie, wy macie prawo do swych opinii i ja mam. Wy możecie mieć swojego wieloryba kosmicznego, czy Potwora Spaghetti, który, przyznajmy, z sosem czy bez, jest bardzo intrygującym bóstwem.

Pociągającym mocno.

Zróżnicowanym.

Choć nie wiem… czy obejmuje też kluchy?

Bo wiecie, kluchy są ważne. Jak kopytka, czy leniwe i jeszcze pierogi. Niby prawie to samo ciasto, więc serio? Jak to jest?

Morze…

Zawsze przypomina mi się ten pierwszy raz na Wyspie, pierwsza noc… człowiek myślał, że kurcze to drzewa, no musowo drzewa, bo przecież nad namiotem wysokie sosny filuterne, a jednak… nie, to było ono. Morze.

Czadowe, pełne włochatych kamieni.

I ta plaża…

Człowiek nigdy nie myślał, że morze tak na niego podziała. Wiecie, tak go uzależni i zmieni, pozwoli oszaleć a jego punkcie, naprawdę i do końca. Szukać kamyczków, muszelek, zachwycać się piaskami i ich różnorodnością, eksplorować to ono całe wybrzeże, przedzierać się przez drzewa i skały, moczyć się i bać… ale jednak wciąż do przodu i obejść Wyspę tak dookoła.

Tak po prostu.

Bez żadnych wyzwań, startów i met, zmuszania, przyspieszania, z daniem sobie czasu na zmacanie jej każdego kawałeczka, jej każdej cząstki, z tą wiecie, powolnością, która… która sprawia, że chłoniesz w siebie wszystko. Kompletnie wszystko. Każdą roślinkę, drzewinkę i krzewinkę, każdą ścieżkę, nawet taką zapomnianą, pamiętaną tylko przez pewną sarnę, która zdaje się być starsza od wszystkiego i wszystkich, ale ma to gdzieś i nie zgadza się na status bóstwa. Wiecie, ofiary zawsze dają jej kijowe, nigdy to, co chce, czego pagnie, no i lubi być sama, a tacy wyznawcy to i śmiecą i głośni są i wszelako upierdliwością wobec niej i lasów grzeszą.

Morze… tak, morze to zrozumie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.