Pan Tealight i Szumi jej…

„Ogólnie mówiąc Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki uzależniona była od tak wielu rzeczy, że trzeba by stworzyć listę jakąś by to wyjaśnić, ale komu by się chciało. Bynajmniej morze wiedziało, że jest na niej i to w kilku miejscach, pozycjach, oraz oczywiście formach. Jako mrożone i płynne, jako stojące i się ruszające, jako wszelakie wodorostowe i kamienne, szczególnie to z grzywkami. Jako falujące… oj tak, jako ono brzmiące falami uderzającymi o brzeg i siebie na wzajem, tańczącymi z kamieniami, mającymi gdzieś prawa fizyki i wszelakie wymyślone przez ludzi definicje. Tak… Wiedźma Wrona była uzależniona od brzmienia morza. Od jego śpiewów, pień, tańców i wszelakich pomruków. Nawet pierdy Krakenów i Syrenic jej odpowiadały, naprawdę. W tym wymiarze nie miała obiekcji. Lubiła ono morze nawet stojące i lekko zalatujące, które tworzyło najpiękniejsze obrazy z błękitu obijającego się od góry w wodzie i świeżych, kolorowych wodorostów.

Tak… była uzależniona od morza nadmiernie.

Na tyle mocno i dziwacznie, że gdy miała przejechać przez środek Wyspy, zamykała oczy, nerwowo odliczała kilometry do ukazania się wilgotnej linii, i nuciła wkurzające mantry. A gdy ładowała się lasom w serce, miała zawsze przy sobie szum zamknięty w słoiczku i wodę w woreczku. Ależ oczywiście, że odwrotnie byłoby łatwiej, ale przecież nie o łatwiej chodziło, czyż nie?

Tak już było…

A gdy tylko morze ucichało, bo i ono czasem po prostu chciało posłuchać czegoś innego, wcale przecież nie było aż tak egoistycznie nastawione do swoich wszelakich, namacalnych i nienamacalnych dzieł, i wiecie, miało też zmysł artystyczny przekierowany na innych wykonawców, więc by nie zagłuszać, cichło… kładło się płasko, ni smuga nie niszczyła onego idealnego błękitu i zszarganej w swej opinii niebieskości, szczególnie o wschodach słońca, zimą… wtedy wiecie, Wiedźma Wrona Pożarta przychodziła sprawdzić, czy ono wciąż istnieje i czy tylko znowu słuchawki ma na uszach. Wiecie… wolała, znaczy z doświadczenia wiedziała, że czasem lepiej najpierw sprawdzić, niż krzyczeć niczym chłopiec od pożaru, że ktoś nam morze zajumał. Budząc tym przy okazji pół Wyspy. Drugie pół było świadome jej szaleństwa i nic onego nie budziło. Z czasem do wszystkiego można się przyzwyczaić, wierzcie… ”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Strażak” – … no cegła. To jest pierwsza myśl. I pomarańczowa, więc wiecie, wpasuje się w element dyniowy, obecny teraz aż nadmiernie, jak nic.

Oto jest powieść o zarazie. Pięknej, gdy spojrzy się na nią jedynie jak na sztukę pojawiającą się na twojej skórze, ale też i śmiertelną, jeżeli się jej nie zrozumie. Coś nie do wyleczenia, ale… może do przeżycia? Bo przecież nie może to być historia kompletnie bez nadziei, prawda? Nie może!!!

Właściwie mimo jednej głównej bohaterki mamy tutaj cały zestaw niesamowitych osobowości różnie reagujących na zagrożenie. Jedni zwracają się do istniejących bogów, inni tworzą sobie nowego, tworzą sekty, a jeszcze inni po prostu… strzelają. Nam dane jest obserwowanie społeczności, która uczy się panować nad nową chorobą. Przeżyć. Po prostu nie umrzeć. Nie spłonąć. nie zostać ludzką pochodnią. Ale czyż nie łatwo wykorzystać takich ludzi? I czy wykorzystani nie zmienią się w zło, które ich zaatakowało?

Czy utopia jest możliwa?

Czy życie ogniowych ludzi jest możliwe?

Niesamowita psychologiczno-socjologiczna rozprawa. Przewidywalna, aczkolwiek też i miejscami mocno zaskakująca. Pokazująca jak szybko się dorasta, tudzież i jak szybko można się zmienić pod wpływem… innych ludzi.

Nadziei.

Wiary.

Książka, która może przerazić objętością, ale świetnie napisana czyta się nazbyt szybko… i uczy się, by nigdy nie wierzyć, tak naprawdę. Nigdy. Bo choć to kolejna opowieść o zarazie, choć zdaje się być odbiciem tych gry o zombi, aż nadmierną, to jednak… jest w niej więcej mądrości. Więcej człowieczeństwa, więcej… wszystkiego.

Znowu pada.

Szmer kropel uderzających w okna jest tak dziwnie uspokajający. Dziwnie jakoś normalny. Zwyczajny. Starodawny. No dobra, przynajmniej tak dawny jak szklane szyby, czyli lekko niezbyt… kropel, które zdają się pragnąć tak bardzo wleźć do środka, ale człowiek, człowiek wie, że nie może im pozwolić. Nie, że nie są słodkie, ale jednak wiecie, pleśń, mokrości… i tak dalej. Człowiek stara się zatrzymać ciepło, ale wie dobrze, że już niedługo się podda i włączy ogrzewanie. No przecież nie ma innego wyjścia.

Tudzież nie będzie go miał.

A na razie popatrzmy na jeże przemierzające trawniki i kolejne posesje, starając się dostać do miejsc, do których tam planują się dostać. Choć dawno nie widziałam naszego zająca, to jednak wciąż wypatruję tej sarny z małym. Ciekawe, czy uda się ją znowu złapać – oczywiście na zdjęciu. Ustrzelić wiecie. Ekhm… tak bardzo dziwnie chce się człowiekowi do lasu, ale przemoknięcie, nie, na to nie może sobie pozwolić, no chyba że po prostu już wskoczy do tej wody, wtedy to ma jakąś logiczność. Czy coś w tym stylu. Wszyscy tak naprawdę czekają na ferie kartoflane a potem na spokój, przerwany jeszcze tylko wszelakimi marketami świątecznymi.

Nie mogę się ich doczekać.

Ale to już przecież październik!!!

Czas pędzi tak, że człowiekowi zaczyna się wydawać, że kompletnie nad niczym nie jest w stanie zapanować, więc sobie odpuszcza i goni kasztana, którego znalazł na drodze. Albo pigwę. No ale o pigwie już było. Była sobie kiedyś Genowefa o takim nazwisko, ale chyba już nie żyje. Czas pędzi i zabiera tak charakterystycznych ludzi, a nam zostaje co, Bieber? Podobno bidulkowi nikt nie chce chaty wynająć, osz jakże mi przykro!!!

Wyspa ma się serio dobrze.

Z tym jesiennym morzem, z tym czekaniem na kolorowe liście i wszelką, bogatą w nadzieję kiełkowania wilgotnością. I ostatnimi różami. Pięknymi, niesamowitymi, za którymi tak tęskniłam przez te dwa lata totalnej suszy.

Nic tylko rozpalić w kominku, ale nie mam.

Tia, brak jakiegokolwiek drewnowego systemu ogrzewania na Wyspie to rzadkość. Niestety tutaj czegoś takiego nie zaplanowano, a sam to sobie zrobić raczej chyba nie możesz. Dlatego piromanię uprawiasz tylko w świeczkach, dobrze wiedząc, że to nie to samo, ale światło jest. I ciepło jak zbliżysz nos do ognia i dziwny smrodek palonych włosów… uważajcie! A już w szczególności na dziwnie wybuchające ostatnio zapałki. Nie wiem co się dzieje, ale nie są takie jak za moich czasów… He he he!!! Nigdy nie rozumiałam tego powiedzenia, bo co to ma znaczyć: „za moich czasów”? Co to mój czas już się skończył i gadacie z uchem, czy jednak po prostu wciskam wam kit?

No serio?

Cóż… jak widać pełnia.

Jasno wszędzie, aż człekowi się zdaje, że mógłby tak przestać spać i pracować dwadzieścia i cztery na dobę. Oczywiście, gdy tylko księżyc skrywa się za chmurą, zaraz mu ochota do pracowitości nadmiernej i niezdrowej odchodzi, no ale jednak… przecież czyż nie o to chodzi światu. By się ludzie na śmierć zapracowali? W końcu oni najbogatsi będą mieli wszystko i dobrze wykonaną robotę i szybko wykonaną i na dodatek ludzkość wcześniej wymierającą. Nie oszukujmy się, przecież i tak nikt o nas nie dba. Pierniczą te mindfulnesowe teksty – a tak, tutaj też. Nagle odkryli, że w pracy należy i pochodzić i jogę potrzaskać, i może jeszcze kolorowanki i medytacje po pracy… Powiem wam, że śmiech na sali. Wystarczyłoby pracować sumiennie, wtedy stresu by nie było, świat by działał, a po robocie można by do rodziny…

Bo o niej tutaj to chyba dawno już zapomniano. Tylko wiecie, ba reklamach się ona lansuje. Ino patrzeć zimy, gdy na krowych łódeczkach wszystkich powyżej czterdziestki będą, ale oczywiście humanitarnie – odsyłać na wiekuisty i chłodny spoczynek. Ja tam przeciwko chłodnemu nic nie mam, ale… po kiego robicie tyle dzieci, jak nie myślicie o ich wychowaniu? Ogólnie w końcu świat w dziadków ubogi, a tutaj to już w ogóle, więc za rodziców nikt tego nie zrobi…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.