Pan Tealight i Wiedźma Kiblowa…

„Dokładnie to Wielka Mistrzyni Kiblowych Dam, no ale… kto tam pamiętał jej pełne miano… W pewnym czasie Niebieskie Skrzynki przejęły jej świat, zawalczyły, stały się wrogiem, a potem oczywiście wyzwolicielem i spisującym historię bohaterem, który w końcu zrodził nowego przywódcę i już ich nie było… Kiblowych Dam. Ale ich Mistrzyni się ostała. Przekleństwo nieśmiertelnych. Świat się im wali, a oni tylko patrzą, a potem jęczą, albo gorzej… Ostała się samotna, zapomniana, dziwnie niepotrzebna, w zbudowanym na wydmach domku z czerwonej cegły, z prostą wieżyczką, białymi oknami, widokiem na wszelakie pofałdowania piasków, mchy, porosty, wrzosy swą porą i wielką płaszczyznę morskości…

Właściwie Wiedźma Wrona Pożarta nawet nie zdawała sobie sprawy z istnienia Wielkiego Muszlowego Zakonu, wszelakich obrządków i wiecie, umiejętności krojenia toaletowego na jak najmniejsze, a jedna wciąż jeszcze użyteczne kawałki. Oj, oczywiście, że pamiętała czasy papieru, który można sobie było poczytać. Oddawało się gazety, a dostawało lekko ino miękciejszą podcierkę do pupy. I te malownicze wieńce papieru toaletowego na sznurku od snopowiązałki. Niegdyś wiele dam oddałoby to, co jedyne, za takowy przedmiot oddania męskiego, biżuterię jedyną w swym rodzaju… ale czasy się zmieniły. Tojtojki niczym Wielcy Eksterminatorzy wybili Babcie Kiblowe i ona sztuka uległa zapomnieniu, ale ona… pamiętająca czasy jaskiń do wynajęcia i krzaczków do wysadzania się, nadal trwała.

Oczywiście na Wyspie.

I może Wiedźma Wrona w drodze na Wielką Piaskową Patelnię – obecnie chłodniejszą – przeszłaby obok tego domku, gdyby nie charakterystyczny zapach, gdyby nie jakieś przeczucie, że kryje się za tym jakaś wielka historia. Gdyby nie smutna starsza pani w poliestrowym fartuszku w odcieniu zdechłego błękitu… i chustce na głowie kartkująca krzyżówki na małym, drewnianym stołeczku. Gdyby nie ono uczucie w pęcherzu, które miała już uwolnić w podcieniu starszych sosen i krzewinkach, podpatrywana przez czarniawego królika.

I tak poznała prawdę o małej i dużej sprawie. O walczących kobietach, o ich magii i przekleństwach… wielką prawdę codzienności, do której każdy chodzi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I słońce i wieje i deszcz…

Cudowna patchwokowa pogoda. Raz robisz pranie i wyłazisz na wszelką łazęgę, a w drugi dzień pracujesz przez cały czas. A co. W końcu trzeba korzystać. Ale jesieni nadal brak, aż zaskakujące. Liście twardo stoją w zieleni i tyle. Czadowa zmienność natury. Człowiek spogląda na oną wszelaką zieloność, zaorane pola i wszystko to niehalloweenowe i jakoś mu tak dobrze jest. W koc się zawinie i po prostu może odpuścić. Wyłączyć internet, załączyć muzykę, albo tylko szum uderzających o szkło szyby fal deszczu. Bo to znowu jak ze szlaucha puszczają…

Cudowny te deszcz.

Po dwóch latach wszelkiej suszy w końcu jakoś namakamy. Oczywiście, że będą podtopienia, ale czy na pewno? Przecież w rzekach wciąż niewiele tej wody, wciąż jeszcze jej brakuje, chociaż na polach pojawiają się te tymczasowe jeziorka. Odbijające niebo kiedyś w końcu, wszelako połyskujące srebrem przebijających się poprzez liście słońca. Zielone wciąż, zielone. I choć jagód wszelakich wciąż masa cała, to jednak nadal mało jesiennie poza morzem…

Bo morze ma teraz pobrązowione, pomiedzianowane brzegi. Piękne, niesamowite wodorosty zdają się zastępować kolorem liści nadrzewnych. Tych wszelakich pływających traw, liści, wszelakich roślinności jest cała masa. A kolory mają od czerwieni, przez różowatości i fiolety – i to takie ostre, razem z purpurami, po wszelkie żółcienie i brązy we wszelakich odcieniach. Po prostu coś pięknego. Jeśli załapiecie się  na bezwietrzny, lekko tylko falujący dzień, słoneczny, to możecie złapać na fotografiach całe obrazy. Niesamowite i jedyne w swoim rodzaju. Do tego jeszcze ten piasek pełen maciupkich patyczków w różnych kształtach i jeszcze… no śmieci niby, a jednak, tu łupiny orzecha, tam znowu kokosa, a tutaj pierun wie co za roślinki z cieplejszych krajów…

Może popływać?

Oczywiście jest też owrzosione wciąż Dueodde, gdzie trawy wyblakły, wciąż są ostre, dziwnie niebezpieczne, niczym wstydliwe mieczyki, które jednak chcą skosztować twojej krwi. Wybierając się na spacer w niedzielę, oczywiście spotkacie z kilka osób, ale przez większość czasu… jesteście sami.

I tylko ten piasek niczym cukier puder, albo miałka sól i kamyczki wydmuchane przez wiatr, czy raczej, piasek pod nimi wydmuchany w takie wieżyczki. Nikt tego nie zniszczy, więc takowa sztuka zostaje na dłużej… niesamowita, minimalistyczna, bo tutaj jakoś tak ni kamieni ni wodorostów, dwie maciupkie meduzy, które powaliły mnie swoi pięknem… w końcu pustka czarowna. W końcu coś takiego, coś spokojnego, wszelako mocno niedepresyjnego. Mimo onej pustki, z jednej strony napływa morskość, środkiem sól i piasek który oczywiście wciśnie się wszędzie i jeszcze oczywiście te sosny. Gdzieś tam chroniące sommerhusy. Może puste teraz bardziej, może wszystko to bardziej ciche, ale o to chodzi… A! Jeśli chodzi o sommerhusy, to nadejszło nowe prawo i jeśli się zestarzejecie, możecie sobie spokojnie w takowym mieszkać. Znaczy wiecie, na emeryturze przestaje was obowiązywać prawo mieszkania w domu całorocznym.

I fajno!

Jestem za!!!

Bo ten piasek na Dueodde taki ubity, więc na starość nie będzie trudno spacerować sobie od czasu do czasu. Chociaż na własną starość, to ja poproszę raczej u siebie, w Gudhjem, bo ja bez skał nie mogę. Lepiej mi się tutaj i chodzi i żyje i pływa i nawet pigwę znalazłam… przy pomocy pomyślunku, ale w końcu może i pigwę będę miała. Na starość jednak trzeba będzie jakieś zdrowotne naleweczki, czy coś, co nie?

Ekhm… może i teraz by się zdało?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.