Pan Tealight i Po co mi banery…

„Niby Pan Tealight dałby se głowę odciąć i zastąpić ją prawą nogą, że powiedział barany, no ale… przecież z kobietami nie można się kłócić. Od tego zaczynają się wojny, albo co gorzej: cisze na morzu. Dlatego tylko kiwał głową. Tylko kiwał głową, nawet nie potakiwał, wiecie, kiwał nią tak, jakby już lekko nieprzystawała do jego korpusu i… po prostu milczał. Jak zwykle… by już nie robić wyjątków.

No nie mógł jakoś tak teraz wtrącić, że wełna owcza go gryzie, no i że na święta wolałby skarpety wyłącznie z bawełny, albo czegoś, co nie gryzie. Nie dało się sprowadzić rozmów na niego w momencie, gdy one już ją przejęły i zaczęły myśleć o tym: jak, co, kiedy i dlaczego? Czy połączyć to z internetem, czy wyłącznie na patyczkach materiałowe i papierowe z patriotycznymi flagami oczywiście!!! No i czy mają reklamować wyłącznie strony, czy też wiedźmie, sklepikowe, królewnowe, księżniczkowe i jednorożcowe… no wiecie, obiekcje wobec świata.

Znaczy korzystanie, a nie płacenie.

Bo widzicie, ludzie lubili brać, ale nie chcieli płacić za magicznych pracę, Jakby to wszystko nie wymagało siły i wszelakich nocy spełnionych na wbijaniu w głowy i zadki zaklęć, zbieraniu ziółek, wszelakiego pieczenia, gotowania, bomblowania i bimbrowania. Jakby nie musieli kupować szklanek, kieliszków, czadowych kubeczków, bo bez gadżetów w dzisiejszych czasach to kiszka, nic nie zrobisz… no i oczywiście flaszek. Koniecznie szklanych, bo przecież… ekologia!!!

A Pan Tealight?

Nie no, oczywiście, że to wszystko rozumiał. Oczywiście, że miał w tym swój własnych, aczkolwiek często niechętny bardzo udział, ale na pewno rozumiał. Może jako Przedwiecznie Prawieczny nie potrzebował wszystkich tych rzeczy, ale miękkie skarpety dobre, ciepłe kapcie, kubki kochane i herbata najlepsza, razem z dolewką… też nie brały się z niczego.

No, a przynajmniej nie każda.

A o Świętach tak… w tym miejscu o Julu myślano przez cały rok, ale od września, zaczynał się totalny kociokwik. I wiecie co, fajnie było…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Najmroczniejszy sekret” – … dobra. Ona się z każdą książką, z każdą stronę robi coraz lepsza. Niesamowita!!! I oczywiście mówię o autorce. Doskonale się rozwija, wciąż próbuje czegoś nowego, szokuje, porusza…

Tym razem mamy główną bohaterkę, a dokładnie je dwie. Jedna nie żyje, druga jest jeszcze na tyle młoda by nie do końca zdawać sobie sprawę z tego, czym jest życie. Gdy umiera jej ojciec, osobnik, który zranił jej siostrę i matkę, który żenił się więcej razy niż zwyczajowy człek ma w zwyczaju, bogacz… jej imprezowe życie się zmienia. Ponownie spotyka rodzeństwo, którego nie widziała od dawna. Tylko po co? By uczcić znienawidzonego, czy kochanego jednak człowieka?

A może by wyjaśnić sprawę morderstwa.

Opowieść toczy się wielowątkowo pozwalając czytelnikowi samemu wysnuć wnioski, przemyśleć sprawę kary i winy, miłości, rodzinności oraz wszelakiego bogactwa. Piękna powieść, ale i szokująca. Pełna nienawiści, groźnych matactw, kłamstw, aż do końca. Ale też pełna rodzącego się uczucia, dość zaskakującego, a przecież i jakże naturalnego… rodzinnego. Uczymy się, że kasa ułatwia wszystko, a biednemu zawsze wiatr w oczy. Tutaj nie ma karmy. Nikt nie pogłaszcze nas po główce, nikt nie przytuli, ale też i nikt nie skopie tych złych… bo ta autorka nie jest tu by nas dopieszczać. U niej człowiek do końca jest tylko i wyłącznie człowiekiem.

Genialna!!!

To się nazywa propaganda wam powiem. LOL Co jak co, ale oczywiście z artykułu ino wynika, że dziadzio emigrował, że jego przodkowie coś tam, ale do czasów wikingowych nikt się nie dokopuje w papierach, runach czy czym tam, więc wiecie…

… bez jaj!

Że też ludzie jeszcze nie objęli umysłem tego, że wszyscy mamy dwóch przodków w sobie. Owego mitycznego, czy dla niektórych biblijnego Adama i Ewę. Każdy z nas ma w sobie oną cząstkę bzykającej się pary. Bleee… Ale cóż, nauka to nauka i trza jakoś z nią żyć. Tutaj tragedia. Z powodu po pierwsze rozłamu rakietowego, po drugie morderstwa, które popełnił jeden odłam, a drugi nie zebrał kasy… rakietowe wielkie europejskie niewiadomoco w Nexø nie wypali. Znaczy ogólnie w tym roku nic im nie wystrzeli. Hihihi. Nie żebym się nabijała, ale się chyba nabijam. Bo co roku nie wiadomo jakie halo, żeśmy kurna takie tak Canaveral. To, że rakietka mikrusia, to przeca nie ma znaczenia kompletnie. To, że zawsze fiasko też nie, bo przecież nauka na fiaskach stoi – co akurat jest prawdą, ale lubi to ukrywać a nie chwalić się wszystkim!!! No bynajmniej kosmosów nie będzie. Alieny mogą się czuć spokojne. Jak z malowaniem okien, których też nie będzie… podobno lato było zbyt wilgotne tego roku. Nie zauważyłam, ale co ja się znam na wilgotności. To, że jako baba kumuluję wodę może znaczyć, że nic a nic!

Byle by nam ten internet podłączyli. No wiecie, trzeci świat jak nic z tym internetem. Ale przecież jak mawiają Duńczycy: Bornholm, to nie Dania.

PS. Nasze wojska znowu pływają sobie. Pojawili się w porcie w Gudhjem i tak się zastanawiam, co robili, bo podejrzewam, że na lody podskoczyli bączkiem. Serio. Nie widziałam chłopaków z rożkami, ale jakoś szybko umykali spod lodziarni. A co tam niby innego mieli robić?

Ha?

A poza tym trochę pada, trochę świeci, ciepło wciąż. Mówię wam baja pogoda!!!

Nic ino iść na spacer, cieszyć się tym światłem, łapać pierwsze kolorowe liście, maciupkie, dzikie jabłuszka… i grzać się na skałach, które niczym baterie magazynują one słoneczne promienie, a potem przez dłuższy czas oddają ciepełko. No i co z tego, że promieniują. Człek przeca nie może mieć wszystkiego. Jakoś zwiększonego zachorowania na raka tutaj badania chyba nie wykazałay? Wprost przeciwnie babeczki dłużej młode, swarne takie dziouchy, ludziska dłużej żyją, spacerują, jakoś tak wiecie, wyprostowani, żywi, namacalne dowody… i skakają do zimnej wody. Ekhm. Nie chciałam zrymować. Dobra, zimnego morza.

Może to morze, może nie… ale działa coś, oj działa.

Hihihi!!!

Poza tym weekend się zbliża, znowu w końcu nadejdzie cisza jakaś przed ziemniaczanymi feriami i przedwczesną celebracją wiedźm, kotów i szkieletów. Ech, no wiecie, my mamy tutaj pewne rzeczy wcześniej. Wsio podporządkowane wolnemu dzieciaków. A o dorosłych to kurde nikt już nie dba, no ja nie wiem.

Niesprawiedliwość i tyle!!!

Ale czas mknie tak szybko, że ino chwile miną i już będzie zima. Ni człek się nie obejrzy znowu lato i tak w kółko Maciejowego kółka różańcowego. Wiecie, niby normalność i natura, ale jednak, jakoś tak bym chciała trochę wolniej. Bo nie da się wszystkiego zmacać, popodziwiać, zbadać, namalować, sfotografować… jakoś tak brak mi czasu ostatnio bardzo mocno. Bardzo…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.