Pan Tealight i Reminiscencje…

„Zebrało się mu na wspominki i tak siedział, dudlił herbatę majtał stopami w kapciach puchatych i mówił…

… i mówił,

i mówił…

Tak naprawdę nie przestawał.

Wiecie, może i były to intrygujące opowieści o czasach zaprzeszłych, o onych i onach, o wojnach i potyczkach, miłostkach, zemstach i tajemnicach największych, które ukształtowały ten świat? Na pewno było tam i o Bogach Zapomnianych, Bogach Śniących i władcach wszelakich. O półbóstwach, pół ludziach i pół zwierzakach oraz… na pewno bylo coś o wielkich pająkach tkających sieci czasu, o trzech kobietach, bo wiecie, one to zawsze muszą być trzy i o studiach. O młodości, starości i przejściowych czasach i jeszcze o zatrutych płaszczach, kordelasach i piórkach…

Gadał właściwie bez brania tchu, taki był zaaferowany, więc musiało być serio mocno i świetnie. Na pewno jakaś magia w tym była, jakieś owocki wszelako dodające mocy w tych miejscach, w których trzeba było, albo wiecie, takie ogólnie działające… no i jeszcze zamki znikające były i oczywiście na pewno te wyspy pojawiające się tylko dla tych, którzy wypowiedzieli odpowiednie słowa. I te potwory morskie i rzeczne i bagienne. Wszelakich rodzajów twory już teraz zapomniane, ale też i potknięcia. Wiecie, te wszystkie, które przydarzyły się na samym Początku.

Ale problem był taki, że gadał w jakimś zaprzeszłym języku, którego żadne z nich nie rozumiało, ale głupio było tak się po prostu przyznać, wiecie, no jakoś im było głupio, więc kiwali głowami i się uśmiechali, modląc się do Wszystkiego, by wypadało to w dobrych, odpowiednich miejscach.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Lokatorka” – … ona. Jedna jedyna. A potem następna i następna? A może i jeszcze jedna? W końcu każdy z nas szukał kiedyś mieszkania lub domu, albo będzie szukał?

Może teraz to robicie?

Robisz?

Dobra… książka jest intrygująca, ale i strasznie durna, tudzież głupia nawet. Z jednej strony super miejsce, z drugiej, jak można nie pomyśleć, że komputerowo naszpikowane miejsce nie zwróci się przeciwko tobie. No i jeszcze te bohaterki. Trzeba mieć naprawdę porąbane we łbie by wybrać tylko idiotki, a może ja już nie mam widoków na jakąkolwiek nadzieję pośród współczesności? Nie wiem. Oczywiście jest i ten Grey typ gość architekt i cała zbrodnia, której nie wiadomo czy była, czy jej nie było, no i szczątki… serio? Wiesz, gdzie są trupy i nic z tym nie robisz?

SERIO?

Pomysł intrygujący, wykonanie denne, do tego postacie kompletnie niedopracowane. Ta książka to porażka, ale jako film może wyjść nieźle. Naprawdę. I podobno ma być, więc zobaczymy jak to wyjdzie w praniu LOL Czy polecam? A to jak się komu podoba. Ja nadal nie rozumiem logiki, którą winien się przecież charakteryzować architekt z OCD. Ech… a zakończenie? I znaczy, że co teraz? Tak, czy nie? Czy on czy ona byli zbrodniarzami? A może nikt i żadnej zbrodni nie było? A obsesja? Eeee… może jej tam trochę, nie rozumiem jak można się na nią zgadzać. Nawet za niski czynsz.

Życie w zimnej chacie z listą zakazów.

Nie…

Prom…

Wiecie, że prom pachnie tak jakoś samolotowo.

Szczególnie gdy wybieracie sobie miejsce w dzielnicy dla astmatyków i wszelakich niewąchaczy jak ja. A i tak rąbany zapach cytrusów do mnie dochodzi. I łzawię. Mniejsza… pachnie tak, jakbyś leciał. I tylko te odgłosy inne i woda dookoła dziwna taka. I oczywiście prędkość, mimo iż katamaran, to jednak raczej nie samolotowa. Ekhm! I ten sklepik, fotele, możliwości wszelkich kupek, czy pryszniców. Kuchnia, brak stewardes… czy jak je teraz zwą, bo przecież świat wciąż szaleje z nazwami i definicjami, a ja leciałam ostatnio wieki temu, bo piekielnie się boję samolotów…

I choć podobne uczucie człek ma, gdy nagle na środku morza dziwaczny, metaliczny dźwięk tarcia rozlega się na pociemniałym morzu, gdy te tam perturbacje, masturbacje, no wiecie trzęsienia się wydarzają w powietrzu… to jednak, gdy na morzu fale ogromne i czujesz jak mózg nagle przestaje być przytwierdzony do czegokolwiek w twej czaszce i przesuwa ci się z prawej na lewo, z dołu do góry, gdy dołączają do tego twe własne wnętrzności… ech, przerażający jest ten prom choć Nutella 800 gram kosztuje tyle ile maciupka na lądzie!!!

To wciąż i tak strach obecny.

Strach…

Niby oglądasz te tam procedury awaryjne, za każdym razem widzisz one pomarańczowe kamizelki zakładane na różnorakich, bardzo prawdziwych i niemodelowych ludzików, to i tak się boisz. Boisz ośmiu bucznięć… ostatni długi. Bo choć i może istniałaby możliwość utrzymania się na wodzie, w końcu jakoś tam pływasz, to wciąż jednak… to pełne morze. To fale, a z nimi nie wygrasz. Sorry. Zaleją ci łeb, wepchną się w oczy, uszy i nos i po tobie. I choć naoglądałeś się i naczytałeś o podwodnych ludzikach, syrenach i krakenach, to jednak, jednak jakoś tak przestaje cię intrygować jak to tam na dole wygląda. I nagle się zastanawiasz, dlaczego tak bardzo wyciszyli sprawę onego naukowca od rakiet i jego łodzi podwodnej?

Serio!!!

Deszcze spokojne.

Się spojawiły. No i dobrze, bo mimo wszystko jednak mamy bardzo niski poziom wody. Trzeba nam czegoś w one strumienie i rzeczki wtłoczyć. Wilgotności umożliwiającej wszelakie kiełkowania i takie tam, wiecie, odchodzenia w przeszłość.

Murszenia, gnicia i inne tam…

A ponieważ wszędzie wieje, więc i u nas musi. No przecież nie możemy być gorsi, co nie? Nie możemy, więc wieje i pada. W pewnym momencie nawet mieliśmy regularną burzę z piorunami i błyskawicami, bo te jakoś tu się nie wydarzają, ale… co tam. Trochę drzew wyrwało, trochę rzeczy poleciało, jabłka spadły… liście, choć zielone też trochę odleciały. Ciekawe od kogo dostają prochy, bo też chcę takie fajne.

Mniejsza… dzień i noc były koszmarne. A przecież cała burza uderzyła od drugiej strony Wyspy. Stolicy oberwało się mocniej, a jednak słuchanie tego jak dach podskakuje i dachówki tańczą, jak te powietrzne kule uderzają w ściany i okna, szarpią drzwiami, jakby wiecie, wiedziały którędy się włazi… jak pajęczaki wszelakie pakują mi się na chatę, jakbym kurde kogoś spraszała, a przecież nie spraszałam!!!

Naprawdę!!!

Wynocha!!!

Wszyscy krzyczą, że wiatry właściwie październikowi i listopadowi teraz, wczesnym wrześniem to oczywiście dowód na efekt cieplarniany, ale wiecie co, niegdyś pogoda też szalała. Nie znaczy to, że ludzie nie są brudasy i marnotrawiciele wszelacy, bo są, ale kurde… tak serio, kto posłuchał dokładnie przemowy Jane Goodall, która wspominała o tym, że wsio jest jeszcze do odwrócenia, że możemy jeszcze wygrać? Tylko MUSIMY przestać produkować także dzieci? No kto? Białasy może i tak, w końcu myśmy tacy cywilizowani i w ogóle, chcemy wychować dzieci, a reszta świata. Ekhm… nosz przecież zaraz mnie zamkną za to co mam na myśli. A mam wiele. Wyzwą od Hitlerów i będzie, więc… uważam, że możecie se wsadzić efekt cieplarniany, który tylko gromadzi kasę w gaciach tych, co i tak kupę jej mają.

Bo się nie zmienicie ludzie.

Nigdy.

Od zawsze jesteście tacy sami. Ja jestem chyba jakiś rąbnięty odrzut… wcale nie lepszy. Wprost przeciwnie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.