Pan Tealight i Zmrożorożec…

„Był niebieskawo-seledynowy. Dziwnie mroczny, a jednak i połyskliwy… i oczywiście rogaty, no wiecie, bo w końcu był też jednorożcem. Jego wszelakie kontakty z Bogami Mrozów i Śnieżyc, wysoko aprobowane przez Wiedźmę Wronę Pożartą, wiecie z jej bzikiem w temacie wszelakiej zimowości… oczywiście sprawiły, że cała jego rogowatość i sierść nawet, czy i ogon, połyskiwały tęczami zamrożonych kropel wody i płatkami śniegu. Był gotowy. Był gotowy na wszelkie zawieje i śnieżyce, na wszystkie kry i odmrożenia, na malowanie na szkle, na chuchy i podmuchy, na bałwany i inne, dość zboczone śnieżne kreacje. I ludzi dziwnie nimi przerażonych. Zakutanych w płaszcze, kożuszki i swetry, oraz buty sięgające miejsc tajemnych, tudzież i te czapki, albo rękawiczki… dlaczego tak bardzo się ich bano?

Przecież nie gryźli!!!

Może trochę szczypali, czasem ciągnęli za uszy, włosy i wszelakie odstające części? A może i więcej? Ale przecież byli tylko elementem natury. Elementem czegoś, co było całkowicie znajome, świadome i tak dalej…

Ale Zmrożorożec teraz?

Tuż pod oknem sypialni Wiedźmy Wrony? Gdy jeszcze nie wybiła połowa września, gdy ona sama czekała na czerwone i bursztynowe liście, na wszelkie odcienie żółcieni i pomarańczy… No spojawił się, tak jakoś dziwnie nagle, bez zapowiedzi, liścików i kwiatów zostawianych na progu, często nadgryzionych, szczególnie, gdy były żółtawe i ładnie pachniały. A już lilie, to zjadali z łodyżkami, zostawiając tylko celofan i wstążeczkę z karteczką, że nie przepraszają.

Bo smaczne było.

Widzicie, zmrożorożce zwykle pojawiały się z Panią Zimą. Oczywiście sporadycznie ostatnimi czasy, a już na Wyspie, to właściwie nigdy. Ale ten jeden był aż nazbyt rzeczywisty i oczywisty. I nikt nie wiedział co o nim myśleć. Co prawda czas huraganowy przeniósł się na wrzesień, ale czy to oznaczało, że zima jako taka przyjdzie wcześniej? Że będzie w ogóle zimna i biała w tym roku?

Że w ogóle będzie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dyskretne szaleństwo” – … dyskretne. A raczej może dyskretne ukrywanie niewygodnych? W tamtych czasach przecież najłatwiej było tak powiedzieć o kobiecie. Szalona! Ukryć ją na mityczne 9 miesięcy.

Szalona… i zabrać jej posag.

Szalona.

Chora?

Oto opowieść gotycka w swej całej odsłonie. Opowieść o pierwszych detektywach, o ludziach myślących, ale też i o tych, którzy zwyczajnie posiadali dary. Wiedzieli. Oraz o szpitalach psychiatrycznych, które były koszmarem. Szczególnie dla kobiet. Ale też i miejscem, w którym odnajdywali się ci, którym dany został dar inteligencji. I taka jest nasza bohaterka. Może skazana na życie z koszmarem, może tak naprawdę nawet po powrocie do domu nic się nie zmieni, ale ona wciąż ma w sobie siłę. I taki jest mężczyzna, z którym wiążą go jej losy. Pierwotny myśliciel, badacz, detektyw. Osobnik, który postawi na swej szali reputację, a może i życie…

Nie doszukujcie się w tej historii opowieści miłosnej, bo jej tutaj nie ma. Raczej są intrygujące kobiece postacie, trochę przytłumione męskie oraz świat dziwnie ciemny, brudny i pogrążony w smutku.

To opowieść smutna, a jednak przynosząca też nadzieję. Dobrze napisana, ale jednak czegoś jej brakuje. Jakiejś głębi, większej ilości słów, napięcia… ale jako czytadło mroczne i gotyckie, naprawdę się nadaje.

No dobra.

Na 20 rocznicę ślubu dostałam cmentarzysko, Kivik i misia. Czyli wiecie, właściwie tak jak być powinno jeśli jest się mną. Bo przecież kobiety jak ja nie chcą diamentów, kolacji przy świecach – chociaż mój świat zawsze jest przy świecach, no i całej onej dorosłej otoczki. Dlatego dostała kawałek Szwecji w dość pochmurny dzień.

Ale ja tam lubię pochmurnie.

Szwecja wraz z końcem sierpnia się zamyka. No wiecie, w wymiarze turystycznym. Jadąc mija się zamknięte czerwone, żółte i zielonkawe domki… Odciśnięte kręgi na trawie, zamknięte kościoły, które wszystkie zdają się być jednakie, na lekkim planie krzyża, albo zwyczajnie proste, z jednej strony drzwi, z drugiej absyda zaokrąglona… dookoła groby. Jedne bielone inne znowu tyko kamienne. Jakieś takie, pierwotne, dziwnie bliższe naturze niż cała reszta. I oczywiście ta pustka, zamknięcie. Środkwa Europa przystosowuje człeka do miejsc takich, do których wejść można właściwie o każdej porze dnia i nocy, ale tutaj nie. I ta surowość. Poprawna z lekko odmienną religijnością, ale… nie wiem. Takie te kościoły wciąż przerażające.

Jakby były wściekłe, bo nikt się z nimi nie bawi.

Kompletnie nikt.

A może takie są?

Na ulicy właściwie tylko ciężarówki.

Przepełnione wszelkim dobrem, czy złem raczej. Pakują się na promy i z promów. I wożą to i tamto w te i wewte. Może i jakiegoś aliena w którejś właśnie rozczłonkowują? Może i przemycają tam coś, o czym nawet nie wiemy, że jest zakazane. Ale przede wszystkim, ten pogłębiający się upadek miejsc wszelako nie do końca rolniczych-wioskowych-ruralnych. Wiecie, onych domków i chatek, nielicznych pól, lasów i podmokłości. Tu straszą dzikami, tam znowu w końcu pojawiają się słynne znaki z łosiami!!!

Uwielbiam je!!!

Cmentarzysko.

Vätteryds gravfält… po prostu zapierający dech w piersi. Widać, że miejscami strasznie zniszczony, widać, że wynieśli stąd co najmniej połowę kamieni, ale i tak porusza. Niczym łodzie zanurzone w pofałdowanej ziemi naznaczonej owczymi bobkami, no bo przecież, darmowe kosiarki, co nie? LOL Niczym kamienne łodzie, które kiedyś w końcu wydostaną się z ziemi i popłyną… tylko gdzie?

Niby nie moje pierwsze cmentarzysko takich rozmiarów – pamiętacie, jakoś właśnie rok temu pisałam o tym duńskim – ale jednak jest w nim coś tak bardzo przerażająco porzuconego i zapomnianego, że fascynuje, ale i smuci. Jakby każdy z kamieni domagał się pogłaskania. Jakby wszystko tutaj wołało o pamięć.

Oczywiście  w pobliżu lasek, szosa, w oddali domek no i kawiarenka z kolorowymi kibelkami, ale już zamknięta, bo to przecież wrzesień już. Wiecie, a wrzesień sprawia, że turyzmowi wyłącza się zasilanie!!! Oj oczywiście, że pada, ale komu to może przeszkadzać. Przecież jesień jest tak niesamowita! Nawet jeżeli w tym roku nie jest spalona i wciąż jeszcze poraża zielenią. Nawet jeżeli róże wciąż kwitną, a wszelkie polne cudowności mienią się bursztynowymi odcieniami. Przecież… jak można kochać tylko lato, a nie doceniać tego spokojnego oczekiwania na odpoczynek. Ale współczesność przecież nie odpoczywa, czyż nie jest tak? Zawsze podłączeni do jakiegoś urządzenia, zwyczajnie wciąż jesteśmy mode on!!!

Przechadzam się między kamieniami, muskam i macam, dotykam… myślę, jak to było? Czy wracali i jedli ze zmarłymi, czy pamiętali, czy jednak jak współcześni Duńczycy chcieli być pochowani w grobach anonimowych? A tak, taka nowa fanaberia starszych osób, choć moim zdaniem to zemsta na młodszych. Starsi chcą, by pochowano ich w grobach oznaczonych tylko kamieniem, albo zwyczajnie zwalić na kupę gdzieś, spalić… a młodsi, oni nagle uświadamiają sobie, że potrzebują jakichś sznurków, pępowin, więzów. Że nie chcą, by zostać tutaj jakoś tak bez historii. Ale… chyba dla Danii jest już za późno by to odnowić. Jak zwykle. Ten kraj posiada niesamowitą umiejętność niszczenia czegoś w kilka sekund, mgnienie oka, a potem wielkie rozdzieranie szat, że ups… nie da się już do tego wrócić. Tak było z pociągami, z pocztą, z wszelaką duńskowością…

I tak między tymi kamieniami… jakoś tak nagle nic już nie ma znaczenia. Czy wyjdą te łodzie, czy nie? Zombie czy nie zombie? Stojące kamienia zdają się łkać nad przeszłością zapomnianą, ale jak radzić sobie z teraźniejszością z tym całym bagażem? A może jednak… może chodzi tylko i wyłącznie właśnie o tę pamięć, by nie popełniać tych samych błędów? By uczyć się, ale kto tam wierzy starym kamieniom.

Przemoknięta macham im na pożegnanie.

Będę za nimi tęskniła.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.