Pan Tealight i Kobiałka snów…

„Pod ruinami zamku, pod wodnym jeziorkiem, pod drzewem mocno pochylonym i pomiędzy korzeniami dziwnie splątanych sitowi… gdzieś tam, gdzie nikt już grzebać nie będzie, gdzieś tam, gdzie po prostu życie jakoś tak inaczej biegnie, a może i wcale? Wiecie, no gdzieś w tym baśniowym TAM, które nigdy nie ma imienia łatwowymawialnego, leży właśnie ona.

Kobiałka Snów.

Jasna, całkowicie pleciona według wszelkich, nadanych temu wymiarowi przestrzeni rozmiarów… perfekcyjnie ukształtowana, ale widać, że już lekko znoszona. Pochyla się w prawą stronę, jakby naprawdę chciała się pozbyć swojej zawartości. Jakby była pewna, że w okolicy jest ktoś śpiący lekko, umęczony, a może li tylko znużony? Taki, który chce tylko na chwilę przyłożyć głowę do poduszki, miedzy, kamienia czy pnia drzewa. A może taki, który woli jednak i poduszki i łóżka, piernaty wszelakie, materace i groszki pod nimi. Wiecie, gwili ścisłości tradycji. A może taki od koców? Ten leżący zawsze na wznak, nie ten, który wli pozycję płodową. A może ten, który wstydliwie wciąż sypia ze swoim misiem z dzieciństwa, poznaczonym łzami i ślinotokiem nadmiernym.

Lub ten z dmuchaną lalką.

Bo wiecie, ona nie ocenia…

Kobiałka Snów.

Zresztą i tak jest przepełniona, więc chce się ich pozbyć, a nie może tak po prostu rozrzucić snów… a może i może? Tylko nie chce, bo bałagan, bo one jak jej dzieci, a może jednak w końcu to zrobi i pozwoli im zadecydować? I po prostu udorośli je, nada im imiona i będzie wysyłać same w świat? Bo przecież może one potrafią, może wiedzą więcej niż ona, zawsze siedząca w tym samym zapomnianym miejscu, na skraju lasu, tuż przy ścieżce zbyt rzadko użytkowanej niestety. Przy strumieniu, przy papierowych łódkach, które tutaj mają swoją sekretną bardzo przystań?!! W końcu w zamku nie ma już nikogo, kto by chciał ją pozbawić zawartości…

… oni odeszli…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Egzorcysta” – … o bo kto nie oglądał. Tak serio! Kto nie oglądał Egzorcysty? No dobra… ja nie. A przynajmniej nie na tyle, by mnie przeraził. W ogóle go nie pamiętam. Próbowałam teraz oglądać, ale jakoś nie mogę. Jest serial, ale też mnie nie przekonuje. Carrie za to pamiętam aż nazbyt dobrze… więc sięgnęłam po powieść. I to niezwyczajną.

Wersję ulepszoną!!!

Książka jest… niesamowita. Całkiem inna niż film, miejscami bardziej ludzka, potem znowu bardziej przerażająca. Raz nie da się jej czytać wieczorem, a potem nagle nie możecie się oderwać. Pewnikiem zależy to od tego, czy na kogoś bardziej działają słowa czy obrazy, ale… gdy czytasz tak dobrze złożone słowa, poprawnie przetłumaczone i na dodatek ulepszone, to jakoś tak… Książka mija pierunem i zaczynacie inaczej patrzeć na świat. Może straszniej – niezależnie od religii jaką wyznajecie, czy nie wyznajecie, a może bardziej ludzko. Może bardziej zaczniecie postrzegać człowieka jako energię, a może nic się nie zmieni.

Trzeba przeczytać.

Niekoniecznie jako horror.

Szaro i pada.

Cudowna pogoda, ale oczywiście każdy Duńczyk jęczy na brak lata, na to lato, którego podobno nie było. Ja tam nie wiem o co im chodzi, bo moim zdaniem było i to było całkiem niezłe. Ludzisków była masa, morze nam nie zakwitło, a dodatkowo upały nie wymęczyły, ale też i nie padało. Poziom wód dość niski, ale może teraz się podniesie i nie będzie kijowo… no wiecie. Kukurydza na polach wzrasta sobie, cała reszta już zaorana, albo w formie ściernisk i takich tam. Czyli wiecie, powracamy do zwyczajnej domowości. Do zwykłej codzienności.

Sklepiska się zamykają, co do niektórych to nawet się sprzedają i tak dalej. A zewnętrze namaka. Namaka cudownie, spokojnie tak jakoś, tak wiecie, że nie wymywa nam gleby, ale za to słodko podlewa. Aż człekowi się chce przesadzić to, czy tamto, bo jak zebrane, jak obrodziło, to już można… i trza się szykować na zimę. No dobra, może jeszcze nie do końca, ale wiecie, oferty świąteczne już obecne w gazetach. Jeżeli chcecie się zapisać na najlepszy julefrokost, to jest to najwyższy czas!!! Inaczej trafią się wam same odpadki. Choć… nigdy nie byłam na takowej uroczystości, ni knajpiana nie jestem, to co ja tam wiem. Poza tym, że julemarkety też już się reklamują!!! Jak zwykle chcę wszystkie, bo tak. Bo mogę i tyle.

Bo… no w ogóle.

Pada.

Tak fajnie jest na zewnątrz, tak milusio wewnątrz. Po prostu aż chce się żyć. I choć wciąż jeszcze cała okoliczność drzewnie-przyrodnicza raczej wyłącznie zielonkawa, to jednak i tak czuć jesienność w aurze. Choć podparasolową, ale jednak. Milunią. Taką do zawinięcia się w kocyk, popracowania przy kompie, poczytania, popicia gorącej herbatki, czy czego tam chcecie sobie popić, bo wiecie, każdy ma swoje, co nie? Popicie… Pojedzenie i może. Może wypróbowanie nowego przepisu, dość dziwnego, ale słodkiego i z kruszonką, więc wiecie, w temacie!!!

… i pada.

Czasem mocniej, czasem mniej mocno, czasem aż te krople szaleją, jakby wyzwoliły się w końcu z nazbyt nietypowo rozentuzjazmowanego tłumu, i były sobą. Wiecie, wolnymi kroplami głodnymi moich czystych szyb!!!

Ech, no cóż.

Pada może i sobie pada, ale też wiecie, wszelaka morskość się mulusio morskuje. Czasem coś przyfaluje, czasem nie, najważniejsze, że człek na spacer się może wybrać i już mu ludzie zbytnio drogi nie zachodzą, no i jakoś nikt się nie zarecholi, jak znowu szukając jednego, niewidzianego nigdy miejsca, znowu się je ominie. A tak. Zdarza mi się. Mimo całego tego łażenie, wciąż jakoś są miejsca, których nie widziałam, które nie do końca zbadałam, obfotografowałam i tak dalej. No wiecie, nie poznaliśmy się tak bliżej…

Bo widzicie, wciąż są takie miejsca.

Wciąż jeszcze są takie, których nie widziałam w danym sezonie, danym świetle, danej odsłonie dnia. Może gdy tak człek odpocznie w ciągu tych kilku deszczowych dni, to znowu wybierze się na całodzienną wycieczkę. Bo takie wyprawy są sio mega. Bez telefonów, komputerów. Tylko rąbana natura i ja. Wiecie, w końcu przecież nie mam połączenia, więc nie uratuję świata. Zresztą ten świat chyba sobie beze mnie poradzi spokojnie, więc…

… niech se się kołuje.

I to w końcu ten najcudowniejszy okres w roku, poza zimą śnieżną oczywiście, gdy wszystko się koloruje. Gdy człek nie może się napatrzyć i nacykać i namalować, bo chce te wszystkie cienie, kolory i wschody słońca zachować… a pamięć bywa ulotna. Czasem pozostaje wyłącznie uczucie.

Tylko i wyłącznie jakieś dziwne mgnienie.

Wyspa teraz jest po prostu to die for! Nie dość, że ludziny mniej, nie dość, że cisza jakaś taka, nie dość, że sklepy pozamykane… to jeszcze na dodatek to wszystko jest tylko dla ciebie. Wciąż jeszcze jest ciepło, wciąż można wskoczyć w fale, wciąż można udawać po robocie, że jest się na wiecznych wakacjach, wciąż… więc dlaczego ludzie tak nie trawią jesieni i zimy? No serio? Dlaczego?

Czy spokojność i lenistwo liściowe was odpycha?

Hmmmm…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.