Pan Tealight i Bosonoga…

„… bezbutna.

Bezskarpetna i bezpończoszna. Ale obranzelotkowana. Bo przecież trzeba mieć swoją dumę, co nie? A sreberko dookoła kostki tak ślicznie wygląda, no i podkreśla lekko obgryzione, ale malowane we wzorki palce u stóp.

A tak…

Sięga tam!!!

Bo po prostu jakoś tak widzicie, ona nie mogła w butach. Skarpetki ledwo co znosiła, a i to wyłącznie mroźną zimą, która tutaj na Wyspie sporadycznie się zdarzała. Jakoś tak wiecie, wsio było raczej pomiędzy. Ona jednak była pewna, że jest i będzie Bosonogą. No ale tak to chyba jest, gdy się po prostu czuje wszystko stopami. Gdy to one mówią jaka pogoda, jaka nawierzchnia, jaka myśl, marzenie, pamięć… Mówią jacy ludzie przed tobą i jacy za tobą i gdzie uciekać, a gdzie nie sikać. I których miejsc naprawdę unikać. I to najlepiej wyraziście i zawsze.

Naciskali na nią, więc zaczęła nosić długie spódnice. Szeroki i kwietne, zasłaniające stopy prawie całkowicie. Do ego tatuaże. Wiecie, takie na poły zmywalne, henna czy inne jakieś tam mazaki. Zwykle Ojeblik – mała, ucięta główka siadała i pisała jej coś na nogach, tymi grubymi mazakami, które Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki tak kochała wąchać… narkomanka jedna.

Klej też lubiła wąchać i lakier do paznokci…

Bosonoga właściwie nie miała żadnych dziwnych mocy. po prostu jako druga ze znanych Panu Tealightowi kobiet, nie szalała na punkcie obuwia. Wiecie, Wiedźma Wrona miała dwie pary!!! W tym jedne na nogach, a drugie to zwykłe adidaski, więc niezbyt w tym obcasów i wszelakiej lakierowatości! Bo w tym całym świecie wydawało się, że buty są takie ważne. Wiecie, zawsze do pary, niektóre tak drogi jak samochody, czy domy. Inne znowu aż nadmiernie modne i widoczne wszędzie. W tych nie dawało się chodzić, w tamtych znowu ogólnie można było tylko stać lub siedzieć. A te zakładało się tylko na chwilę, a potem zdejmowało i podziwiało… jakby było w nich coś dziwnego…

Magicznego.

A może chodziło tylko o bunt? Może ona tylko w ten sposób potrafiła powiedzieć nie, bo poza swoją bosonogością była i ślepa i głucha i niema… ale miała najpiękniejszy na świecie uśmiech. Naprawdę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Skrytobójca błazna” – … czekałam. Naprawdę czekałam. I to bardzo długo. Liczyłam tomy tego wznowienia, ślicznego w swej twardości, ale też dziwnie powolnego…

I się doczekałam!!! I wiecie co, pojawił się strach, że przecież zaraz może się wszystko zawalić. Bo z czasem człekowi gust się zmienia, z czasem autorowi się i bhaterzy…

,,, nudzą i…

Ale na szczęście nie.

I choć brak zwierząt, brak starych bohaterów, nic się nie poradzi na upływ czasu. No nie ma mocnych. I nasz przyjaciel się postarzał i zmienił i stracił Błazna. Choć czy na pewno? Czy naprawdę jest aż taki głupi? No doprawdy!!! To ja po tak długiej przerwie od razu się domyśliłam co z czym, a on nie? Jak mógł? Czyżby stracił część siebie?

Powieść wciąga, mami, denerwuje.

Warto.

Naprawdę.

Nawet jeżeli jesteście właścicielami tej zielonkawej serii, wiecie, dzielonej na dwa tomy. Wróćcie do tego świata, czasu, względnej spokojności, rajskości nawet!!! Wróćcie do świata, w którym z łatwością wielu z nas mogłoby zamieszkać. Wróćcie, bo nastało nowe, ale spisane starym sposobem. Tak jak kiedyś. Delikatnie i wrażliwie, a jednak też odważnie i silnie. Przede wszystkim jednak niesamowicie pięknie!!! Bo książki Hobb właśnie takie są. Opisowe i głębokie, mamiące innymi światami, a ludźmi jednak dziwnie podobnymi. A może… może coś was jednak w tej kontynuacji zaskoczy? Może nie jesteście mną i poczujecie się strwożeni nawet? Bo choć brak zwierząt – bardzo – to jednak to ta sama stara opowieść. Niczym niesamowity obraz w pięknych ramach, w którym w każdej chwili można się spodziewać magii.

Oczywiście serię należy czytać od początku. Inne czytanie sensu nie ma. Głębię sie traci…

Książki nowiutkie, pachniutkie, smaczniutkie!!! Nom nom nom.

Ale kiła i mogiła.

Początek sierpnia to prawdziwa tropikalność przetykana dziwnym północnym wiatrem. Po prostu idzie uświergnąć. Najpierw trochę popadało, potem przez chwilę duchota i zimno… piekielne, pieruńskie, milusie zimno, a potem znowu duchota. Co najbardziej dziwaczne? Gorąco robi się późnym wieczorem. No chyba ich tych Płanetników pogrzało, czy co? Nie daje się tego wytrzymać. To tak miesza człowiekowi w głowie, że zapomina kto jego królową…

A mówiąc o królowej, to są problemy z królewskim małżonkiem. Wiecie, podobnie jak w przypadku Elżbiety II nastąpiło ono tarcie w stylu: ja się nie będę kłaniał, jesteś moją żoną i tak dalej. Duńska królowa przez lata uciszała i ugłaskiwała swojego męża, ale tym razem sprawa jest poważniejsza, gdyż wieczysta. No chodzi o pochówek. Wiecie, królową położą w głównym kościele: katedrze w Roskilde i tyle. Tam gdzie innych. Będzie leżała pomiędzy rodziną, ale mąż… Okazuje się, że spora część ludzi myślała, że on chce się złożyć, czy raczej rozłożyć, no razem z nią. A tutaj bombka wybuchła, że nie. Że on sobie nie wyobraża co prawda życia gdzieś indziej i chce być przy królowej, ale jednak lata dyskryminacji i to w takim kraju jak Dania – czytaj: nie zrobiliście mnie królem, to dla niego dość. Co prawda jest już na emeryturze, no ale… Jak dla mnie logiczna sprawa. Spędzasz z kimś życie, kochasz go, więc jeśli wierzysz… kładziesz się przy niej/nim. No ale zgodnie z protokołem miało być Roskilde i nie będzie. Ciekawe jak nasza królowa się poczuła. Bo ona zbyt często robi dobrą minę do złej gry. Wiadomo, nie ma wyjścia. Ciekawe jak to rozwiążą w Anglii? Po tym jak książę angielski przeszedł na emeryturę i dość słabowicie wygląda, zresztą błagam, facet jest wiekowy, więc można się spodziewać, no wiecie… jego śmierci. No to… jak to będzie? Co będzie? Gdzie Filipie? I gdzie Henryku? Choć, gdy się ma za żonę głowę kościoła, to chyba jest inaczej, co nie? Przymusi go i tyle. Śmiesznie tak… jak nasz ksiądz, znaczy pastor kobieta. Niby człeka nie interesuje ni kościół, ni gadanie, ale chciałby dla samej ciekawości zaspokojenia zobaczyć ją w akcji…

… jak nic wybiorę się na mszę.

Polak to jednak chowany na męskich księdzach, co nie? Ekhm… nie wieloznaczniujmy może tego zdania, co? Proszę… ekhm.

Pożyjemy, zobaczymy. Na razie wiem tyle, że poczytałam sobie więcej o tej sprawie małżeńskiej z 2002 roku, gdy to królowa i książę Danii zniknęli na 3 tygodnie, a potem dzieci zyskały nazwisko i tytuł: de Monpezat. Widzicie, wszyscy mają problemy. Jedni już wieczyste i skarżą się z nich, a inni trzymają je w sobie i tyle.

Gorąco…

Tak w ogóle, to ja rozumiem, że lato, ale roślinki nie chcą słonka. Parzą się i buntują. Zdychają w kontakcie i ogólnie, jakby ktoś nas nie informował o jakichś rąbanych flarach słonecznych, rozbłyskach, czy pierun wie czym?

Słońce ostatnio mnie przeraża i to tak totalnie. Gdybym mogła chodziłabym w jakimś kombinezonie, wiecie jak ci na filmach o wirusach wszelakich. Dziwaczne? Kiedyś człeka cieszyło ciepło na twarzy i las i dzicz, teraz wszystko kojarzy się mu wyłącznie z kleszczami, rakiem i wszelaką zarazą. No jak nic odebrali nam wolność. Nagle zdrowsze są telefony i aplikacje leśne niż zwykłe drzewka? Prawdziwe i naturalne? No serio? Co się z nami stało? Chyba się nam coś popiętroliło, no ale… przecież w telewizji mówili, że to zdrowsze. A nie przychodzi wam do łbów że wsio w tej telewizji i internecie to jebana reklama. Każdy chce coś sprzedać, każdy chce siebie sprzedać…

Ja też. Ale kijowo mi idzie. Nie umiem pobierać opłat!!!

Gorąco…

Morze wzburzone, ale od razu się mocniej nagrzało. Aż człek nie chce z niego wychodzić. Na horyzoncie goły facet i wiecie co, takie to już dziwne, jak człek widzi ubranego. Bo po tej stronie Wyspy to normalka. Jeśli chodzi o przebieranie, to przypominamy, że większy cyrk robicie tworząc one namiociki niż zwyczajnie ściągnąć mokre i założyć suche. Bo tutaj parawanków nie sprzedają. Każdy wraca do siebie z piaskiem w miejscach intymnych i tyle. Wiecie, taka forma pillingu i samoumęczania się.

Tudzież natura…

A natura jest spoko!!! Choć często uwiera lub chce nas zjeść.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.