Pożarta Przez Książki i wrony…

Pan Tealight dobrze wiedział dlaczego przez cała zimę, a i cząstkę jesieni, zbierał pieczołowicie małe kawałki gałązek, piórka, puch i lekkie szmatki. Nawet teraz idąc do swojego „Sklepiku z Niepotrzebnymi”, gdy potknął się o spory konar, pomyślał o nich.

WRONY.

Ech, były tak samo jego, jak Sklepik, który, nie oszukujmy się, był właściwie nader komplikowanym, aczkolwiek rozbrykanym i rozpieszczonym, w pełni samowystarczalnym organizmem. Bytem, który czasem pozwalał mu myśleć, że mają coś wspólnego i są sobie nawzajem potrzebni.

Zamyślony kopnął konar i podniósł odłamaną gałązkę. Nawet nie doniósł jej do składziku. Wrony już tam były. Zatrzymała go przed Sklepikiem rozszalała, ruchoma chmura szarości, czerni i kobaltów. Jakieś skrzydła wyrwały mu drewienko z ręki i oddaliły się niosąc ze sobą tylko szum, niepewność i wielki pośpiech.

Pan Tealight obrócił się i zmrużył oczy, które nie istniały. Odbudowa zniszczonych przez zimowe wiatry gniazd, miała się dobrze. Wrony pracowały cierpliwie, czasem tylko przysiadając w głównym, wielkim gnieździe spotkań, które na szczęście ocalało. Ocalało wraz z najważniejszymi pamiątkami i Najstarszą z Wron. Pomachał, choć jej nie widział. Musiała tam być.

To jedno się nie zmieniało nigdy…

Dobrze, że Pożarta Przez Książki dostała jakąś przesyłkę, pomyślał. Wiedział o tym, gdyż było wystarczająco cicho i mniej niż zwykle depresyjnie, a to oznaczało o wiele mniej znerwicowane eksponaty w „Sklepiku z Nieporzebnymi”. Pan Tealight wciąż nie rozumiał, dlaczego całe jego życie zmieniło się przez jedną, wronią wiedźmę… I jakoś nie spiedzył się do owej wiedzy. Choć zdawało się, iż ona puka i wszelkimi dostępnymi jej metodami stara się zwrócić na siebie uwagę, uprzejmie negował jej istnienie. Tak było lepiej. I to z tego powodu odwrócił się dyskretnie, gdy zza węgła Sklepiku wychylił się Chochel – chochlik pisarski wroniej wiedźmy. Jak zwykle ubrany w za duże majtki, zapewne należące do wiedźy Chowańca Wątpiącego, chochlik niósł coś opiekuńczo w ramionach. Pan Tealight odetchnął głęboko i grzecznie, choć stanowczo, odsunął od siebie pragnienie wiedzy i z ulgą przyjął świadomość pełnego niezrozumienia otoczenia, w którym ostatnio przebywał.

Mała, odcięta główka, zwykle tocząca się wokół jego stóp zgadzała się z nim w pełni. Tej większej pełni.”

PS. Niespodziankę dnia dzisiejszego funduje nakanapie.pl.

PS2. Wygrałam… 🙂 dziękuję Wydawnictwu MG.

„Mój ogród…

On nie jest do końca mój, ale gdy go mijam, a staram sie robić to jak najczęściej myślę o tym moim. I domu, który będzie chronił. Bo tak będzie. Każdy musi mieć dom, każdy zasługuje na tę oazę bezpieczeństwa… a ogród, jakikolwiek, może taki właśnie, pełen niepewności, piękna odchodzących róż… będzie stał na straży potrzebnej czasem samotności. Będzie ową ostrożnością, ochroną, barierą, przez którą przejdą tylko ci chciany, potrzebni i pożądani.

Sitem, może łapaczem snów?

Tym co pozwoli ludziom cieszyć się nim, ale przede wszystkim chronić.

…i miejscem by czytać… przeżywać przygody mimo upływu lat, choć wielu uważa, iż to „nie przystoi w tym wieku”… i by zawsze był tam ktoś kto kocha, ramię by się oprzeć i dłoń by ją pogłaskać… i pies…

Chepcher Jones”

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz