Pan Tealight i Nocne Traktory…

„Wypełzają nocą ze swoich nor ciemnych, złożonych ze starych desek, opon i wszelkich metalowych, rdzewiejących części, z lekko wytłumionymi dźwiękami i jeżdżą po polach migając światełkami niczym kosmiczne talerze. No, chyba że zastawy stołowe robią teraz takie migające, więc wiecie, nie tylko…

… jeżdżą właściwie nie do końca wiadomo, co robią.

Nocną ciszę i nie do końca ciemność przesyca dziwny zapach, wcale nie benzyny, ropy, czy oleju z Netto, ale czegoś bardziej ozonowego, czegoś, co wydalały burze dziesiątki lat temu. Czegoś… zapomnianego. I światła. Te zdają się składać w jakieś wiadomości, w jakieś opowieści, może nawet prawdziwe legendy, ale nie umiem ich odczytać. I te odgłosy. Są jakieś… na pewno są, ale to bardziej ruchy powietrza, bardziej uderzenia liści o liście, bardziej coś, co się czuje, niż słyszy, więc…

Nocne Traktory.

Maszyny, czy jednak jakieś dziwne, kosmiczne byty? A może jednak coś, co po prostu od zawsze tutaj istnieje, ale większość woli tego nie widzieć, bo przecież… bo przecież tak jest lepiej, wygodniej, spokojniej pod czaszką. Jeśli się ją ma. Pod włosiem na niej, a może tylko czapką skrywającą dziwnie mechanizmy napędzane mieszanką z mrówek i dżdżownic, na lekkiej jesionowej wódce? Zresztą, czy to ważne? Czy tak naprawdę ważne czym są, może istotniejsze jest to, co robią?

A może lepiej nie wiedzieć?

Czy sieją, czy zbierają?

A może i jedno i drugie, a potem one wyklute stworzenia wtapiane są w ludzkie ciała? A może to tylko dusze, bo Drzewo Dusz przepuszcza korzeniami?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8648 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ludzie doskonali” – … trzecia? Serio, jakoś ostatnio namnożyło się tych książek o poprawianych dzieciach. A może czwarta? Kurcze, musiałabym sprawdzić, ale nie ważne. Ważne, że genetyka mnie przeraża. A przecież jestem naukowcem. Przecież nie powinna, a jednak… ponieważ ludzie dookoła raczej głupi, to w rękach głupców cud staje się przekleństwem.

Tym razem, to opowieść o rodzinie.

Dwójce wciąż kochających się ludzi, którzy przeszli tak wiele. Którzy pragną tylko zdrowego dziecka. Ale jako nosiciele pewnego genu, nie mogą na nie liczyć, więc… zwracają się o pomoc do kontrowersyjnego naukowca – genetyka. Wszystko przez co przechodzą, cały koszmar, niepokój, nagle wzmocniony zostaje sferą tajemniczości, ogromną sumą pieniędzy oraz ludźmi, którzy przebijają ich bańkę sekretu. Nagle to, co miało być szczęściem zmienia się w koszmar…

A to tak naprawdę początek.

Po tylu książkach poruszających temat „ulepszania” rodzaju ludzkiego przez sam rodzaj, sprzeciwiania się nauce, czy też religii, ta jest odrobinę inna. Ta powieść doprowadza sprawę do końca. Pokazuje naszą siłę tkwiącą właśnie w niedoskonałości, oraz doskonałość, która przeraża, ale też obarczona jest ogromnym bagażem. Czy jest tego warta? I tak naprawdę… czy jeżeli człowiek jako taki nie zmienił się od kilku tysięcy lat, pogrążając się obecnie w kosmicznym lenistwie i dbaniu o to, co nie jest ważne… zasługuje na ulepszenie? A może jednak powinniśmy wymrzeć? Może homo novus pojawi się sam? Bo jeżeli niczego nie zrobiliśmy ze swoją zawiścią, mściwością i innymi elementami naszych osobowości określanymi jako „złe”… więc może one są w nas umieszczone w jakimś celu? Bo przecież tak naprawdę wciąż TAK NIEWIELE wiemy o nas samych. O naszym DNA, mózgu, o tym, co naprawdę tworzy… człowieka.

Dobra powieść, ale nie błyskotliwa. Miejscami wkurzająca. Miejscami… ech, zbyt przydługa, potem znowu dziwnie niewdzięczna, ale warta przeczytania, by zrozumieć, że wciąż nie dorośliśmy.

IMG_5672

Popadało.

Naprawdę.

Jeden dzień wszelkiej wodnistości, a potem noc pełna zacinającego deszczu. Dziwny wiatr spowity pełnią księżyca. Trochę przerażający, ale względnie usypiający i narzucający dziwne sny. A jednak, gdy człek wylazł do ogródka, to jakoś tak wcale nie jest mokrzej. Może i wszystko jest czystsze i bardziej zielone, ale nie bardziej nawodnione. Rośliny zdają się wciąż marne i dziwnie przestraszone. Jakby wolały się schować, wrócić do ziemi i tyle, nie wychylać listka ponad powierzchnię. Jakby potrzebowały, by ktoś je przytulił. By zmienił to co na zewnątrz. By wszystko było jak kiedyś, jak wiecie, gdy były nasionkami, czy kłączami…

Ale najważniejsze, że popadało.

Jednak mimo deszczu poziom wody w rzekach mikry. A w morzu to już w ogóle. Gdzie kurna te topiące się lodowce. Serio rozumiem tych, którzy nie wierzą w globalne ocieplenie. Ale pogoda się zmieniła. Może jednak scenariusz z „Pojutrza” będzie tym, który nas kiedyś zastanie? A może nie?

Na razie najważniejsze, że słońce nie pali, a cała ona wietrzność cudownie chłodzi lico. Oj wiem, marzy się wam wszystkim wrzątek spadający z nieba i wakacje na plaży. Smażenie wszelakie i takie tam, ale dla mnie to wizja piekła. Każdy ma swoje piekiełko, co nie? Gorące, długie lato, to moja wersja koszmarnej wieczności. To palenie, ono nadmierne świecenie, ta wszelaka jasność i tak dalej. Bleeee… coś strasznego!!! Dobrze, że przynajmniej tak blisko do równonocy. A potem znowu powinna wracać ciemność. Hurrrraaaa!!!

IMG_6647

Połowa czerwca.

Nie wiem kiedy ten czas minął.

Serio, nie mam pojęcia. Jakby wszystko działo się gdzieś obok mnie, poza mną, gdzieś, gdzie nie mogę sięgnąć. Gdzieś, gdzie istnieje czas, a ja… tylko się starzeję, ale poza tym, to raczej nic. Nic kompletnie. Pory roku się zmieniają, ludzie przybywają, odchodzą, wymijają się na przystankach autobusowych, mijają się na promach, czy tylko zerkając na siebie przez okienka samochodów, czy autobusów. Nawet kupując cukierki zdają się być tacy jacyś bezczasowi. Wiecie, koło się toczy, wsio mija i tak dalej, ale jednak, jakoś tak… gdzieś indziej. Jakoś tak kompletnie poza mną.

Zieleń dookoła, jeżeli lekki chłodek was nie męczy, to spokojnie możecie skakać w fale, tudzież spędzać czas na wszelakich podziwianiach natury i architektury. Możecie zajrzeć do muzeów, tym bardziej, że Królowa nam pożyczyła trochę ze swoich dzieł, albo zwyczajnie siedzieć i gapić się w horyzont. To podobno dobrze działa na mdłości. Ale jakoś nie w moim przypadku. Ja tam mam wiekuistą chorobę morską. A na was działa?

No nic… lato prawie.

To jak?

Wakacje?

Macie jakieś? Czy w ogóle u osobników dorosłych występuje coś takiego, jak naprawdę wolny czas? Jak, naprawdę moment, choć chwila, gdy wszystko odchodzi, nawet podatki, choroby, śmierci, no i oczywiście komornicy?

No to, cokolwiek, miłego czerwca!

IMG_6807

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.