Pan Tealight i Wiedźma Kiszot…

„No wiedzieli, że się jej od tego podróżowania we łbie poprzewracało, wiedzieli, ale jak tu jej nie puścić gdy sama se kasę uskładała, gdy się zmusiła, zmedykowała, no jak?

Więc ją puścili.

Ale wróciła, choć trochę to trwało, dłużej niż zwyczajnie, przerażająco długo, zbyt nawet; wróciła dziwnie znarowiona.

Bardziej.

Bo widzicie, jeśli chodzi o Wiedźmę Wronę Pożartą, to z nią nigdy nie wiadomo. Nigdy nie możesz być pewnym, czy nagle nie będzie latała dookoła z siecią rybacką, by łapać pomysły nudnych ludzi i robić z nich szarlotkę. Bo jej zdaniem smakują jak jabłka z ogrodu cioci Zosi, które to miały taką żółtą skórkę, mocno żółtą i grubą i rosły w niewielkim sadzie, mikrym nawet… skórkę miejscami pomarańczową, z czerwonawo-pomarańczową plamką. I takie krwiste kropeczki jeszcze miały. No tak właśnie wyglądały, a te pomysły nudnych ludzi tak właśnie jej zdaniem smakowały… Pan Tealight zresztą nie narzekał, chociaż to on sam musiał piec ciasto.

I obierać pomysły.

Albo biegała po plaży i udawała nietoperza dziennego, który wciąż ślepy, obija się od każdej skały i drzewa, bo się mu te wszelakie echa wyłączyły. Wiecie, no bakteryjek nie naładował na słonku, bo działa w dzień… no dobra, dla niej to miało sens i tyle. Albo dojenie stokrotek, walki z fiołkami i wojny wszelakie krokusów, lub szycie liści. No serio… na jesień je haftowała w pajęczynki oraz te takie pończoszki kabaretki. Serio… na pewno widzieliście jej dzieła. Ma wielu naśladowców też!!!

Ale żeby nagle siadać na łopatę i wzbijać się w powietrze, które przecież tak ją przeraża na wysokości powyżej półtora metra, no i wpadać na nie, odbijać się, a potem pleść im ze skrzydełek warkoczyki? No serio, warkoczyki, z kokardkami i wszelakimi krajkami przyczepionymi, jeśli skrzydełka wiecie, odmawiały współpracy, to oczywiście doczepiała im masę tych włóczkowych cudactw, wszelako bawełnianych i ogólnie barwnych, nader przeraźliwie pstrokato…

No po co to?

Tak się jej porobiło po tej całej wyprawie w macanie naskalnych rysuneczków kłutych. A może to dopiero początek jej prawdziwego szaleństwa?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1931 (2)

Pada…

W pewnym sensie człowiek w to nie wierzy, więc lezie na zewnątrz i wiecie, no organoleptycznie sprawdza. I nawet jak mu już moknie nie tylko głowa, nogi w skarpetkach, goły połowicznie tyłek i cała reszta korpusiku… to wciąż nie wierzy. Czarne myśli go nachodzą, że zaraz przestanie, że przecież dopiero zaczęło, więc co to tam jest, nie zatrzyma suszy przecież… ale tak cudnie jest, jak pada. Wszystko się czyści, wszystko się zieleni, wszystko nagle doznaje oczyszczenia, zapomniane baptysteria się wypełniają i znowu każdy ma poukładane pod deklem.

Jeżeli tylko nie przestanie padać… zbyt szybko.

Gdy mija południe nadal pada.

Cudnie i wszelako niesamowicie.

I jest chłodno.

I oczywiście zimno prawie i…

… nie mogę się napatrzyć na oną zieleń. Wiem, że nie wystarczy tego deszczu, że nikt się dostatecznie nie napije. Wiecie, pada, a jednak wiesz, że nic z tego nie będzie. Że ta susza pozostanie z nami na jeszcze dłużej. Kurcze. Wszystkie roślinki zdają się mikre, nawet dzikie trawy. Te trawy, które wyrastają zewsząd gdziekolwiek się da. Jakkolwiek można. Bzy jeszcze pachną, do tego lipy zaczęły szaleć i nawet jeśli człowiek puchnie od tego całego pylenia – już nie wiem od czego bardziej – to i tak nawąchać się nie może. Tak jakoś wiecie, na zapas nawciągać w siebie onych wszelakich aromatów.

I wciąż pada, choć już szarość wieczoru się pojawia. Bo wiecie, mamy teraz czas tylko szarości, jeszcze przez miesiąc. Żadnej prawdziwej ciemności. Tak naprawdę zero pełnej, głębokiej, niesamowicie aksamitnej nocy. Tęsknię za nią. I choć to połowa czerwca, to jednak jakoś wcale, ale to wcale nie ciągnie mnie ku latości. Chcę zimy… ja to muszę być dopiero nudna z tymi ciągotami do sopelów i oczywiście wszelkiej, nader bardzo niskiej temperatury. Pewno, że to niemożliwe… ale jednak…

Czekam na zimę!!!

IMG_2151

Nowy bizon z Polski.

No więc sprowadzili jednego… wiecie, wielki i młody. Wiadomo, początkowo się cykał patrząc na stado i samca alfa, ale w końcu jakoś no zaczęli ze sobą chodzić. W końcu się oczywiście zaczęli naparzać, w końcu doszło do tego, do czego zwykle dochodzi, ale i nie udało się oczywiście, znaczy w sposób oczywisty rozgryźć, który jest najsuperniejszy i w ogóle cudny, więc się skumali ze sobą tak wiecie na amen i na zawsze – podejrzewam, że świeżak z kontynentu wciąż pamięta jak tam fermentować elementy, więc wiecie… dodatkowo skołowali sobie młodzika i tak chodzą w trójkę. Ekhm, no wiecie, taki klub ino przez panów dla panów.

Ciekawe, czy w końcu się pokłócą, albo wiecie, założą spółkę z o.o. Tudzież jakiś tam związek i będą promować trójkąty jednopłciowe? Pierun ich wie. Ten Polaczek nieźle sobie pociąga tutaj… znaczy no postępuje no! Poczynia! Kurcze, że też człowiekowi te słowa tak uciekają. Jak nic starość. Bo na pewno nie za mało książek przeczytanych!

Oj nie…

Ale wiecie, warto na nich tak popatrzeć… aczkolwiek z większej odległości. Pamiętajcie, żeby nie włazić im pod kopyta. Ani nie zasypiać za kierownicą!!! Tia, znowu doniesienia z kroniki policyjnej. Komuś się tam zasnęło. W rzeczywistości wspominając dzisiejszą wyprawę na Hammershus, to mogłabym powiedzieć, że wielu spało za kierownicą, tudzież było pod wpływem silnych napojów, wszelakich środków stałych, tudzież mniej lub bardziej proszkowanych. Uwierzcie mi. Lepiej wybrać ścieżki wyłącznie tuptające, niż cokolwiek innego, bo kurcze na drogach piekło i szatani i wszelaki upadli aniołowie po pijaku se pląsy uskuteczniają.

IMG_2088

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.