Pan Tealight i Zdarzyło się…

„Wszystko było ciszą i wszystko było spokojem.

Na wpół goława Wiedźma Wrona Pożarta leżała na kocu, na przeciwko drzwi tarasowych i swoim odwłokiem wdychała i bez i pierwszy letni deszcz. Krople uderzające w rozgrzane tarasowe płytki pobrzękiwały głosem Chowańca, który głośno wdzięczył się światu i opadowi, że zdążył skosić trawę przed nim… Wiedźma leżała i prawie zasypiała. Była w tym świecie pomiędzy, który zaskoczony wielkim bukietem bzu wzmocnionym wiosennym deszczem, zatrzymał się na dłużej. A potem zaczął myśleć, czy jednak nie zostać.

Wiecie, na zawsze?

Na jasnofioletowych płatkach bzowych kwiatów umieszczonych w wielkim słoiku z przezroczystego szkiełka, połyskiwały wzorzyste mokrości. Jakoś tak wszystko błyszczało i pachniało jednocześnie. Jakoś tak w końcu leniwiło się, bo ile można przesadzać te roślinki, kopać, wsadzać, podlewać i wpatrywać się w nowe, cudowne szyszeczki na choinkach?

No ile można?

Dobra, można długo. Można właściwie przez cały czas, gdy ktoś ma nadmiar potrzeb, by wciąż być w ruchu, by wciąż coś robić, zmieniać, sprzątać, kształtować, psuć, niszczyć, a potem znowu budować… i taka była właśnie Wiedźma Wrona, ale w tej chwili była tylko deszczowością, bzem, pierwszymi kwiatami lipy i kasztanowców. Była po prostu mnóstwem aromatów, które nie do końca rozumiały w jaki sposób udaje im się zegrać razem w taką doskonałość. Była onym zezwłokiem, częścią wszystkich Wszechświatów, który nie robił nic, tylko leżał niczym ona przeszkadzająca kłoda pod drzwiami, tudzież wycieraczka, która wcale nie działa i psie gówno nadal jest na twoim bucie. A mogłeś je sobie wydrapać na plaży patykiem, no.

I w onej cichej muzyce deszczowych kropel wszystkie światy i bariery były połączone, wszystkie smaki i zapachy tworzyły doskonałą i spójną całość. I wszystko było powolnością i cudowną wolnością oddychania i wszelakich prac wewnątrzcielesnych, w których nie do końca się brało udział…

A trwało ono piękne wszystko tylko pięć sekund.

Ale jednak trwało…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1299

Zastanawiacie się czasem nad ciszą?

Że tak sporadycznie ludzie w ogóle ją słyszą? Że może serio ona już nie istnieje? W tym świecie wypełnionym plimkaniem i blimkaniem, muzyką, telefonami, słuchawkami, telewizją, wszelkiej maści urządzeniami, które zawsze słychać i oczywiście ruchem ulicznym, ludźmi, którzy robią wszystko, by tylko nie pozwolić ciszy żyć? Brzęczą, dźwięczą, wszelako trzaskają i brzmią. Jakby bali się być sami ze sobą? Jakby… może tak naprawdę nie znali ciszy? Może nawet, gdyby im się przytrafiła, nie wiedzieliby jak jej używać?

Bo czasem widzę tutaj ludzi nieobytych z ciszą.

Z wyłącznie wiatrem i falami, a czasem nawet bez tego. Z taką ciszą, która przejmuje, dociera do środka, wtłacza się w nas i wszelako zmienia. I wszelako uzależnia od siebie. Wszelako… Widzicie, tutaj często jest tak, że nawet ptaki nie śpiewają. Że wiatr nagle odchodzi, nic się nie porusza, wszystko zamiera i zostajecie sami ze sobą. Sami ze swoimi myślami i wspomnieniami. Sami.

Kompletnie.

Chyba dla wielu okazuje się to testem nie do przejścia. Nie mogą wytrzymać tego braku wszelkich dźwięków, jakby nie potrafili po prostu wsłuchać się w coś więcej. Tyle chrzanienia o odnajdywaniu siebie, tyle tej jogi i innych tam czynności na poły eterycznych, a jednak wciąż nie potrafią po prostu być? Zabawić się sobą? Nosz przecież nie o tym myślałam?!!! No serio nie o tym!!! A może i o tym, no co w TYM złego? Bo widzicie, na Wyspie cisza się zdarza. Jest pełna, głęboka i piękna i pozwala naprawdę na więcej. Musicie być na nią gotowi, bo napitki u nas raczej słabiutkie, a aptek mało, więc wspomożenie jakby co, to ino melisa i mięta z ogródka komuś podwędzona. Albo nadmiar cukru. Choć tego nie polecam.

Tudzież lakrids… ech!!!

IMG_1280

No więc cicho jest.

I nagle, gdy człek wybywa z Wyspy i wpada w hałasy, czuje się jak ten Indianin w Paryżu i kompletnie nie wie o co chodzi. Kompletnie nie umie się odnaleźć w świecie, w którym natłok dźwięków zabija jego samego. Jego myśli, jego przemyślenia. Jego wszelkie wrażliwości zostają wystawione na tak koszmary ból psychiczny… że trudno to dźwignąć. I nagle siedzisz pod pierwszym, ułapanym drzewem i zwyczajnie się kiwasz. Jak jakiś psychol totalny.

Wyspa jest straszna.

A może nie? Może to świat jest nie do końca taki, jakim być powinien? Ale kto ma wiedzieć jaki on powinien być? No kto?

Teraz Wyspa wchodzi w oną kwitnącą fazę i kurcze, wsio ma kwiatki. I chwastek pod stopami i ocierające się o ciebie krzaki. Te białe, które wyglądają jak panny młode, wiecie rządkiem ustawione, które już wyciągają łapki, by ucapić jakiegoś młodziana. Kwitnące niesamowicie włochato jarzębiny i różaneczniki. Ostatnie jakieś grusze i jabłonie… cuda, o których człek nie wie jak się nazywają, ale cuchną straszliwie. A do tego wiatr wraca i wszystko buzuje w powietrzu. Wszystko się miesza i tworzy dziwny, specyficzny koktajl, a przechodząc przez Gudhjem wpadasz na miliony wycieczek szkolnych. No dobra, pewno że nie miliony, ale cztery wielkie autobusy na takie małe miejsce, to serio zbyt wiele… więc uciekam.

Jak zwykle.

Szukać ciszy.

IMG_0929

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.