Pan Tealight i Trolle Zagraniczne…

„Dziwnie gładkie.

Dziwnie wyłącznie brzozowe, a na dodatek wielkie i ciemnoszare jakoś tak. I wiecie, całkiem niepodmostowe. Oj nie. Głównie przydrożne, jakby ktoś im zabrał mosty, zostawił podmokłości i zabrał wolę życia.

Smutne lekko…

Takie były, gdy Wiedźma Wrona Pożarta je poznała.

Takimi nie zostały.

Widzicie, spotkanie z kimś takim jak ona zawsze się jakoś odciska i to na każdym. Czy to na duszy, czy na umyślę, czy na tyłku po zapodanym kopniaku w tym terenie, a wiecie, że ona jeśli chodzi o buty, to woli wersję przyciężką i z traktorową podeszwą. Ale one… one się jakoś dziwnie zmieniły. Jakoś tak lekko pokręcenie. Jakoś tak, bardziej na jej modłę. A może zwyczajnie, trochę Wyspy w nie wlała? Któż to teraz może wiedzieć? Przecież ni one się nie ruszą, choć może kartkę wyślą, lista napiszą jakiegoś, paczkę żywnościową z kotlecikami z IKEA prześlą, ale raczej nie przyjdą pogadać. Raczej mocniej się nie ruszą, chociaż od tego momentu, gdy ona je dotykała, coś w nich serio się mutowało i zmieniało… coś… Jakby nagle wiedziały, że nie tylko nie są same, że jednak te inne trolle też wciąż istnieją, ale też nagle…

CHCIAŁY MOSTÓW!

A nie tylko te skały i skały.

Pewno, że większość to oni sami, ale jednak kurcze nic ino brzozy i mokradła, skały i głazy, jakieś bazania na nich i skałach, jakieś ludzkie pozostałości, no i te brzozy wszędzie, kurcze. Jakby nie można było przerzucić się na coś innego? Trawy jakieś, iglaki może ubierane w okresie zimowym w światełka…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1095

Z cyklu przeczytane: „Zapach domów innych ludzi” – … dobra. Jedna z najciekawszych książek, jakie przeczytałam ostatnio. A przecież to YA. Czyli coś, co zwykle prowadzać się w ścisłych ramach swej definicji, a jednak, tym razem, jest jakby mocniej i lepiej.

I poważniej.

Oto jest opowieść z niedalekiej przeszłości, z krainy, w której lody z tłuszczu są istotne, a rodzina niejedno ma imię. Niby mamy jedną, główną bohaterkę, ale tak naprawdę przed waszymi oczami rozegrają się historie garści nastolatków i ich opiekunów. Nie te szkolne, bardziej te poważne, te wstrząsające, te, które zmieniają życie na zawsze. Te, które zmieniają nastolatka w dorosłego w ciągu sekundy. Wszystkie postacie tutaj są intrygujące, są prawdziwe aż do kości i przesączone oczywiście Alaską. Bo w końcu miejsce, w którym żyjecie, naprawdę wpływa na waszą codzienność.

Oto jest książka o prawdziwych ludziach, którzy teraz pewnie są dziadkami, jeśli wciąż żyją. Ludziach, którzy wiedzą, że większym strachem napawa ich natura niż USA. Nie ma tutaj miejsca na pierdoły, ale też powieść nie różni się jakoś mocno od innych tego gatunku. Znowu nastolatkowie, znowu rodzinne problemy, ale jednak spisane jakoś tak inaczej, że… płacze się i czyta.

Jedna wada?

Książka jest YA, co oznacza, że nie jest gruba, rozwinięta bardziej, a szkoda. Można by ją wzbogacić o tak wiele opisów i dygresji, że dotarłaby do każdego odbiorcy.

IMG_5827

Zamknięte ulice z okazji wyścigów.

Ludziska biegające, rowerujące się, sapiące i pocące się. Depczące trawę i ogólnie śmiecące. Ale to minie. Bo przecież zawsze mija, czyż nie? Da się przeżyć, można przecież ten jeden dzień spędzić w domu… ale… no właśnie, jest ono jedno ale… Ale wciąż sporo miejsc na Wyspie jest tak rozkopane, że nie da się przejechać. Wszelakie utrudnienia w ruchu ciągną się, jakby wciąż nie było komu zasypać tych dziur, zasmołować, asfaltnąć, czy co tam. Nic ino asfalt dla biedaków kładą, kamyczki latają w powietrzu, ubij sobie kierowco sam swoją nawierzchnię.

Ech… Rzymianie by się przydali, serio.

Ich drogi do dziś jakoś działają.

Maj powoli zbliża się do końca, a to oznacza małe święta, no i właściwie początek lata. Co prawda w tej chwili chłodny wiaterek sprawia, że wszystko się zimni, ale akurat mi się to podoba. No i te biele i żółcienie aromatyczne. W końcu są!!! Pola rzepaku wybijają się spod onych mocnych zieleni, bo w tym roku zieleń najpierw, potem kwiatki. Zapach jak zawsze intensywny, ale i widocze wskazówki, że mało ekologiczny. Nic już nie jest jak kiedyś. Ni pszczół bzyczenia, ni kurcze motylich skrzydeł. Nic nie pyli, chemia wzrasta. Za to czosnek niedźwiedzi… no temu to wiecie wspomagania nie trzeba. Zakwitnął i ślicznie wyglądają te rowy, niczym lekko ośnieżone. Gdy tylko człek wyłącza zmysł powonienia… nawet może w to uwierzyć. Przez chwilę. Potem mu się przypomina, że przecież lato za pasem, że przecież wszystko rzuca się już w bycie owockami. Chociaż… kurcze, brak pszczół może lekko mocno zniszczyć oną naszą nadzieję na czereśnie i jabłuszka.

Dosadnie mówiąc… moich nikt nie zapylił!!!

Ekhm, ale to brzmi!!!

IMG_1003

Oczywiście po małym szaleństwie ogródkowym, sorry i mi się co roku udziela, człowiek odsapuje i patrzy na te swoje sadzonki. Pewno, że w tym naszym klimacie, na braku ziemi i w ogólnej degrengoladzie, która zdaje się sprzyjać wyłącznie mchom, to niewiele roślin czuje sę dobrze. Niektóre nawet wprost buntują się przeciwko próbom wszelkiego udomowienia. Inne znowu mają rok przerwy, podczas której wyglądają jakby zdechły. Straszne to. Ale już przywykłam. Tym razem stawiam wyłącznie na zioła. Melisa kocha to miejsce, drzewka też są… a choineczki mają te maciupkie cudne odrostki, które chciałoby się głaskać jak małe kotki! Wiecie co, kapitalne to uczucie, jak człek patrzy na drzewko, które zrobił sam od początku… znaczy od nasionka no!

Prawda jest taka, że rośliny przestały lubić słonko i tyle.

Ale… jak już człek ubacha się w ziemi, potem popląsa w dziwnych, rzepakowych ścieżkach, no i na dodatek wpadnie w dziwne bagienko starając se cyknąć odpowiednio kwitnący czosnek niedźwiedzi… serio, nie wiem co i jak, pewno warstwa ziemi jest niewielka, a pod spodem skała, bo wspinając się zwyczajnie się zapadłam. I to dość głęboko. W dziwną torfowość. Aż przez sekundę zbyt długą zastanawiałam się, czy nie ucapi mnie za kostkę jakieś torfowe cało? Ale przecież nie na skale.

Ale przecież nie na czosnku.

Ale przecież…

No mniejsza. Kwitniemy!!!

Do not use my photos without my permission. Of course you can buy them! This could really help me!!! They cost 150DKK each, I use paypal 🙂 You pay = you get a full size photo on your email!!!

IMG_1008

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.