Pan Tealight i Obora Wszelkiego Hejtu…

„No właśnie…

… bo widzicie był to jedyny towar, na który było prawdziwe i niecichnące zapotrzebowanie. Można go było hodować, wzrastać, wysiewać, a nawet pączkować, czy grzybować ale to ten dojony był najmocniejszy. No i nawoził całkiem nieźle. Serio na serio! W formie kupowej był nie do pobicia! Te pomidory na nim wzrastające nawet miały skrzydełka!!! A gdy chodziło o kapustne, ech, po zjedzeniu pierdy tworzyły mgławice!!! I światy równoległe. I ogólnie mówiąc…

… hejt był na czasie.

A jeśli coś było na czasie, to Ojeblik – mała, ucięta główka, chciała na tym zarobić. Jedyna świadoma tego, że choć mieszka w Sklepiku, to on marne dochody przynosi: co tam Wiedźmy z Pieca i ich eliksiry, czy też ta karczma koronowanych dziewiczych… Kasa była potrzebna i tyle. Każdy miał marzenia, a nie każde marzenie mogła spełnić magia. Zresztą, z tą magią to i tak nigdy nie było wiadomo czy i jak, z kim i po co, no i czy na pewno, więc… postanowiła zainwestować. W czerwoniutką, cegłówkowo i krwiście czerwonobłyskającą, drewnianą, łukowo  oble skopuloną, oborę. Na kamiennej podmurówce, z kwiatuszkami w oknach składających się z mlecznych szybek, bo liczył się wygląd dla inwestorów, no i z odrzwiami, zza których nie dochodziło nic. Bo przecież towar nie mógł się ot tak wiecie…

… za friko ulatniać.

Szopa naprawdę miło wkomponowała się w las i rzeczkę, w skałki i pola w oddali. Tak naprawdę dziwnie nikt nie zdawał się jej dostrzegać. Ale kupcy byli. Zlatywali się niczym muchy do świeżutkiej, wrzącej kupencji. Brali na spróbowanie, na kilogramy, na tony, a Hejterówki tylko wcinały wszelakie zapisane strony, albo ssały internet z kabelków i wiecie, produkowały hejt. Ogólnie mówiąc interes zdawał się być obiecującym w końcu zakończeniem wiekuistych problemów z kasiorą, ale…

Ale wtedy nadeszło Wielkie Grube Ale i nagle wszystko się zrypało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7591 (2)

Z cyklu przeczytane: „Przewodnik pani Bradshaw” – … no tak. Wiecie, te wszystkie dodatki do popularnych serii, do książek, które sie sprzedały… jakoś nigdy mnie nie kręciły. Skusiłam się na kilka Tolkienowskich, kilka Potterowych i zrozumiałam, że to niczego nie wnosi, ale jednak… kupiłam kolorowankę Kidby’ego, mimo że nie mam zamiaru jej kolorować, ale on ma tak specyficzną kreskę i też ten przewodnik.

Bo pociągi… widzicie, pochodzę z czasów, gdy często był to jedyny środek transportu, więc… musiałam mieć. A wydanie dodatkowo jest prześliczne i cudnie dopracowane: twarda okładka, rysuneczki i zdobienia, ale nie spodziewałam się tego, że to ona, sama pani Bradshaw będzie nas po kolei oprowadzać. I to dosłownie do końca i na amen. Powie co w nich grzeczna i niegrzeczne, tym swoim ostrym językiem. Wiecie, jak te starsze panie, które wyglądają, że przecież nie powinny, a jednak potrafią polecieć z taką wiązanką, że uszy więdną!!!

Tu jest po prostu wszystko od biletów, stacji i ich specjalności, poprzez wypatrywaczy pociągów, same pociągi, towarzyszy podróży, po… tęsknotę za nim. Za Terry’m bo nie da się, no wiecie. Ech, sentymentalna się robię na starość i tyle.

Warto!!! Bardzo bardzo bardzo warto. Bo to zwykła książka, z treścią i humorem, tylko obrazków trochę więcej!!!

IMG_1450 (2)

Na promie buja, na szosie buja, ale gdy człek ma fioła i zwyczajnie mu zależy, to daje się bujać, co nie?

No dobra, autostrady mnie przerażają, a ta prowadząca na północ od Ystad ma dziwy dźwięk. Ciekawe, czy innym to też przeszkadza. No wiecie, dźwięk nawierzchni. Ale nic to… jedzie człek w miejsce, które widział ino na mapce w Google, coby sobie wiecie smaka nie popsuć, i o którym wie, że się nazywa Hamburgsund. Duński pomaga, ale też i przeszkadza, zresztą ten kapitalny zaśpiew, ta skoczność szwedzkiego mnie tak oszałamia, że jak tona przygłupa wpatruję się w ludzi chcąc, by gadali do mnie więcej. Oj pewno, że coś da się zrozumieć, ale jedna zafascynowanie bierze górę i jak nic, znowu jestem wariatem.

Ale najpierw dużo kilometrów. Dookoła nadal brzozy i skały. Skały mają inne. Niby podobne miejscami, a jednak inne. Znaki z łosiem. Ale żadnego na drodze – na szczęście, ale i jakoś dziwnie. Nawet żadnego za płotem, czy na skałach. Płaskie przewija się ze skalistym, gdzieś w oddali jakaś woda. I czerwone domki. I te naczepy i przyczepy robiące za reklamy. O co w tym chodzi? Wnioskuję, że prawo zabrania bilbordów, do se wykombinowali, że postawią starą przyczepę, okleją znakami w typie McDonald 3 minuty tudzież: IKEA za rogiem i będzie. Ciekawe ile za to im płacą. Szpetne to strasznie, ale… stoją. Z każdym kilometrem jednak człek sobie uświadamia, że po pierwsze tutaj już rzepak kwitnie, a po drugie tych pól coraz mniej. Drzewka, laski, ale młodniaki, widać, że często cięte. Zamiast pól łąki i trochę mokradełek. Wciąż żadnych łosi, ale skały zaczynają wyglądać na takie dziwnie wylizane. No serio, jakby ktoś je tak jęzorem. Gładziny wielkie, gigantyczne, ale brzózki się w nie wgryzą.

Te to chyba wszędzie wlezą…

No i w końcu koniec autostrady, jedno siku na Shellu!

Obrzydliwa kawa, nawet przez zapach czuć. I co teraz? Tego nie do końca rozumiem, ale nawigacja – bo przeca mapy papierowej mi nikt nie dał – poprowadziła nas tymi drogami… wiece tymi, o których piszą, że istnieją, ale człek w nie nie wierzył. Głupi człek. Wyboiste, wąziutkie. Po prawej kościół zdający się być wmurowanym w skałę, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że już nie uda mi się go znaleźć, po lewej… stareńkie domeczki. Drewniane. Też już ich nie znajdę, ale taki gorąc, że człek nagle myśli, że mu się kierunki pomyliły i tylko błaga o prysznic, więc jedzie dalej. Żadnych przystanków. No dobra, siku może? Tak z widokiem na stodołę… Wiecie, że tutaj sporo domów i budynków ogólnikowo zwanych gospodarczymi nie stoi na fundamentach, ale buja się na podstawionych, ułożonych w kolumienki skałach? No serio!!! Wybierają najbardziej płaskate, jedna na drugiej i to ma tak stać. Buja się, oczywista, niektóre widać, że nie wytrzymała z którejś strony, ale nic to… jak upadną, stawia się nową.

Czerwoną!!!

Dlaczego czerwone w większości są właśnie stodoły i te rybakowe chatki? A domki to raczej sporadycznie, w większości białe i kremowe. Co to? Moda na pastele? A może chodzi o widoczność, bo większość wybiera stanie sobie pod skałami. Wielkimi murami za plecami domów, otwartą przestrzenią z frontu. Z przodu wilgoć i z tyłu wilgoć, dodatkowo skałę lepiej pociągnąć jakimś cementem, no i siatką opleść, bo choć wylizana, to czasem coś spaść może… hmmm, nie rozumiem tej logiki.

IMG_5686 (2)

Hamburgsund.

Kościół, prom i domki wyglądające, jakby w nich jeszcze nikt nie nakręcił onych stepfordzkich żon. Z jednej strony dziura położona w regionie Bohuslän z drugiej w komunie Tanum, o którą mi chodziło, blisko stąd wszędzie… Z drugiej, dziwne miejsce, gdzie wszystko dopiero budują i to dziwnie na siłę. Białe domki stojące pod skałą, jakby się bały podejść bliżej do zatoki, masa planów na nowe osiedla… ludzi niet. Jeden żebrak. Trochę łodzi. Gdy podchodzicie do portu, zaskakuje zapach – rzeczny, jeziorny, niemorski, no i mała ilość łódek. Niby rozumiem, że nie sezon i tak dalej, ale na parkingach stoją samochody, więc gdzie ci ludzie? To wszystko tak bardzo przypomina jakieś pokazowe osiedle mieszkaniowe złożone z różnych dzielnic, bo teren górkowaty, że aż człek szuka wzrokiem i zapachem ekipy filmowej.

Co dowcipne?

Na górce na przeciwko portu, tudzież okolony portem, stoi kościół, ale żeby się do niego dostać musicie wsiąść na pomarańczowo-żółty prom i właściwie to tylko go przejść. Serio. Prom płynie 2 minuty, większość z nich to tylko przeciąganie tej linki, jest darmowy, bo innej drogi nie ma, chyba że wpław, ale kolor wody odstrasza… ciepełko jednak mnie nęci, ale nic to. Na prom. Nie wiem czemu, ale bujał koleś. A przecież tak naprawdę przesunął się o ile? Metr, może trzy… no nic. Biały kościół, w którym jak w większości kościołów w okolicy: nic się nie dzieje. Kompletnie nic.

Po prostu stoją sobie i tyle.

Fajnie.

Nie płonę przy nich, jakby z ich sakralności nic nie zostało. Nie mieliśmy tyle czasu by przejechać, tudzież przejść raczej na drugą stronę cieśniny, ale czerwone domki rybacki były. Siecie na raki, z których Bohuslän jest słynne też… fajne te sieci, chociaż ani jednego raka nie widziałam. Ale wiecie, nie sezon. Za to w ICA’e miastowej w zamrażarkach masa wszelakiego morskiego szaleństwa. Dla koneserów: raczki, krewetki i pierun wie co jeszcze, nie jestem koneserem… i wódka. No tak, ekhm, wódkę sprzedają w okienku pocztowym. Wiecie, no monopol przecież. Człek nie pije, to się musiał dokształcić w temacie. Najgorsze, że magnesów brak… sklepów kilka z ciuchami, jakieś tam cuda jak bank… co dziwi mnie wyspiarza – brak artystów!!!

Naprawdę dziwaczne miejsce. Kiepska woda, skóra boli… to wszystko wygląda tak bardzo nierealnie! Jakby serio wszędzie były nienakręcone jeszcze roboty, no i tylko my pośród tej pustki nowych domków jednorodzinnych, bloczków… i tej skały. Straszne są te skały, duszą i tłamszą, coś jest nie tak.

IMG_5689

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.