Pożartej Przez Książki horror vacui…

Tak już mam.

Jakaś fobia czy tam nerwica natręctw? Z jednej strony kocham pisać tak najbardziej, tylko w cudownych notesikach, ale mimo wszystko łapczywie i nadmiernie natrętnie, zapełniam wszystkie puste strony. Kawałki wolne od druku brudzę hieroglifami, pismem niezbyt linearnym, glifami, bazgrołami, szlaczkami… których i tak potem nie czytam. Najczęściej nawet Champollion by ich nie ruszył. Ale to nie jest ważne. Ważne by zapełnić biel, wolne miejsca, by wykorzystać każdą szansę, nie odpuszczać, ciagle walczyć…

Nie…

Jednak w dziwny sposób nie to jest ważne. Po prostu trzeba opróżniać głowę, inaczej sie przeleje… I tak na kartki dostają się dziwne historie, umykają spod długopisu czy ołówka postacie, które niekoniecznie powinny mieć ofiarowaną wolność i swobodę wszelkich występków.

Czy to moja wina?

Czy to nasza wina?

Zastanowimy się nad tym, gdy moje twory nabroją. Jak na razie Chochel – mój chochlik pisarski – stara się je wyłapywać. Także te, które omsknęły mi się, naprawdę zupełnie przypadkowo, na marginesy „Rycerz zakonu. Spadkobierca zakonu” Siergieja Sadowa.

Wspaniała historia. Po prostu świetna, nie rozumiem dlaczego tak niewiele się o niej mówi. Tyle w niej tego dawnego dobrego pisania, a jednocześnie nowatorskich pomysłów. Swobodny język, ale wcale nie bagatelizujący historii. Z jednej strony to baśń o wyprawie w świat magii, z drugiej opowieść o specyficznych przyjaźniach, wyborach, przeznaczeniu i losie…

Teraz czas na „Błękitnokrwistych”. Trochę czekałam na ciąg dalszy wampiro-aniołów, ale za to teraz od razu trzy tomy 😉

PS. Recenzje z bardzo cudownych, ale bolesnych historii, co to tak zmieniają człowieka, że potem musi zmienić definicję bycia nim: „Kochający na marginesie” i „Sztuka bycia Elą”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz