Pan Tealight i Wojna Kwiatów…

Pan Kokorycz napierdalał się z Panem Krokusem… na ostro.

Właściwie nikt by tego nie zauważył, gdyby nie ona… jak zwykle wszystko zepsuła. A mogło być tak ślicznie. A mogło być spokojnie, bo czasem przecież łatwiej nie patrzeć i zwyczajnie pójść swoją drogą. I wiecie, nie być zainteresowanym. Przecież każdy ma prawo do swojego życia, czyż nie? Niezakłóconego czyimiś problemami, dziwnymi zachowaniami, powalonymi ideami i religiami!!! No przecież każdy ma prawo do fotela, kieliszeczka, czy kubeczka z czymś mocniejszym obok, ciasteczka, cukiereczka, albo i fajeczki z nader Zakazanym Ziołem. Każdy… ale nie, ona musiała akurat przyleźć i ich zobaczyć i od razu zainteresować się poranionymi listkami, obsypanymi pyłkami, złamanymi pręcikami i zatkana tubką sztuk jedna.

Musiała.

Rąbane współczucie się w niej odezwało i zwyczajnie zaczęła wiązać i zszywać. Potem się dowiedziała, że Stokrotki stoczyły bitwę na wszystko z Fiołkową Armią, która ledwo co odbiła się od ziemi, więc zajrzała i do nich. Nie rozumiała, a może wszyscy inni rozumieli, a ona tylko nie chciała słuchać? Możliwe, ale najprawdopodobniejszym jest to, że jak zwykle tłumaczyła sobie świat po swojemu…

Wiedźma Wrona Pożarta.

Słuchawki w uszach ostatnio silnie oddzielały ją od reszty świata. Nie chciała słuchać, nie chciała dyskutować, tak naprawdę chciała różnych rzeczy, ale naprawdę nie chciała… tego wszystkiego. Tego dookolnego chaosu. Tego całego człowieczeństwa. Tego humanizmu niehumanitarnego… tego… co było. Ale nie mogąc tego zmienić, zajęła się rannymi Wojny Kwiatów. Corocznej bijatyki o to, kto wylazł pierwszy, kto wylazł ładniejszy, kto znowu złamał cebulki i kto wypuścił najwięcej młodych… Kto przybrał nowe kolory, kto się samoistnie skrzyżował, kto znowu zawarł dziwne związki i miał zamiar coś spłodzić. Kto od dziś będzie wyższy, a kto dumny jest ze swojej niskopienności.

Proste, wiecie, jak z ludźmi! Choć nie, kwiaty są o wiele mądrzejsze. Gdy już sobie nawtykają i podgrzeją atmosferę olewają swoje wzajemne rodzinności i tylko patrzą w słońce. Niebo. Chmury…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1028

Z cyklu przeczytane: „W ciemnym mrocznym lesie” – … to już było. Nie wiem gdzie, nie pamiętam jak. Na pewno w filmie, na pewno w książce. Wiecie, spotkanie po latach. Nieznajomi i znajomi. Mroczne dookolności, do tego oczywiście ona, główna bohaterka z przeszłością przewidywalną. No przecież to już było…

Ale spróbuję jeszcze raz.

Główna bohaterka jest tak przewidywalna i oczywiście uzależniona od biegania – ach jakie to nowatorskie – plus pisze – co druga bohaterka samotniczka to robi ludzie, że niczego się po niej nie spodziewam!!! Gorzej, gdy akcja się rozwija i dostaje zaproszenie, ja już wiem jak to wszystko się skończy. Ale czytam dalej, bo przecież może jednak. No może jednak ktoś mnie zaskoczy?

Znaczy autorka… ale nie.

Nope, niente, nada… nic z tego.

Brak zaskoczenia.

Totalnie, masakrująco przewidywalne zakończenie. Po prostu to już było. Kotlet nawet nie odgrzewany, co wyciągnięty ze śmietnika i pokrojony na talerzu z nieświeżą sałatką. I tyle. Można przeczytać dla lasu i architektury. Choć akurat ten element przeraził mnie naprawdę, więcej, kurcze, moje koszmary się nią karmią!!! Wiecie, jeżeli może nie jesteście w stanie przewidzieć jak to się skończy, to polecam. Lekkie, mało logiczne może, ale czytadło jak czytadło.

IMG_6448

Spaceruje się…

Czasem mi się wydaje, że ludzie tutaj robią to z większej liczby powodów, niz zwyczajowi ludzie. Tak jakby tkwiła w nich jakaś dziwna, podświadoma potrzeba, że muszą wyjść z domu, odrzucić codzienność, zawalić domowe obowiązki, które przecież mogą poczekać i wyjść. Czasem nawet nie zastanawiają się gdzie iść. Znaczy, w którą stronę. Czasem po prostu pozwalają nogom się prowadzić. Przechodzą obok wciąż pustych domów, wciąż niepełnych domów, zamkniętych okien. Po prostu idą… przed siebie. Bez celu, bez miejsca, w którym muszą się pojawić, a może jednak mają takie miejsca? Bo przecież każdy ma swoje ulubione miejsce. Takie, które jakoś go ładuje. Może to i dowód na to, że jesteśmy li ino maszynami?

Po prostu wstajesz i idziesz.

Czasem chcesz coś zobaczyć ponownie, czasem coś cię przywołuje, a czasem… nie zwracasz na to uwagi. Po prostu idziesz. Jakbyś miał wydeptać pewną, tygodniową ilość kroków. A może tylko robimy za tych, co utrzymują Wyspę w jednej pozycji, bo jeśli nie będziemy chodzić, to ona poleci… więc idę.

Mokry pies wpada na mnie i jakoś, w dziwaczny całkiem sposób po raz pierwszy od dawna sprawia, że się uśmiecham. Pewno, że wracam do domu z mokrymi gaciami, ale co tam… czy to jest ważne? Czy to ma znaczenie? Przecież Turyścizny wciąż niewiele, więc nikt mnie nie będzie oceniał. Tutaj zwyczajnie nikt tego nie robi. Nie obchodzi mnie co nosi sąsiadka, kompletnie nie interesuje co ma teraz na sobie, gdy idzie na spacer. Bo przecież to nie ma znaczenia. Tak naprawdę w tym miejscu to, co ma znaczenie…

… nie jest znaczeniem.

IMG_1005

Gråmyr jest taki cichy o tej porze roku. Nie no, oczywiście, że ptaszki śpiewają. Listki buzują w pączkach, pojawiły się pierwsze kwiatki na gałązkach drzewek owocowych… ale cisza muska człowiekowi wszystko co na zewnątrz i co wewnątrz. Czyści trybiki, jakoś tak natłuszcza to i tamto, osusza coś innego. Pozwala wpatrywać się w przyszłe żabki i tego psa, co zmoczył mi portki. Tyle radości mieć z rzuconej piłki w wodne odmęty i pogoni za patykiem… kurcze, może tak spróbować? No może?

Pobyć psem raz?

Nie chce się stąd wychodzić. Czasem człek myśli, że może dobrze by było zapuścić korzenie i zostać drzewem, ale i u nas są porąbańcy, więc możliwość wycięcia istnieje. Ale przecież fajnie by było, gdyby tak ptaszki wiły sobie gniazdka na naszych gałęziach, czuć buzujące soki, widzieć te własne cudowności powstające z naszych, zdających się przez zimę martwymi, rączek… znaczy gałązek. Tak po prostu być i pozwalać naturze robić z nami, co się zwykle robi z drzewami.

Prostota życia…

Ale jak tu myśleć o prostocie życia, gdy UFOki nadal w natarciu!!!

No serio!!! Jak tutaj po prostu być tylko onym Wyspiarzem, który pada na pyszczek zadziwiony odcieniami błękitności i niebieskości powstałymi nad morzem? No jak? Może i naprawdę proste z nas ludki. Z tych wszystkich, którzy wybierają Wyspę? Albo tych, których Wyspa sama wybiera? A może jednak mamy to w krwi po jakichś dziwnych przodkach, nieznanych całkiem. Może tak odległych, że zostawili w nas wyłącznie to pragnienie bycia tutaj i spacerowania. Wydeptywania ścieżek, podążania tymi, które pozostawiły zwierzęta…

Po prostu.

IMG_3786 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.