Pan Tealight i Kopleks Wiedźmiej Niższości…

„Ostatnio, gdy go mierzyli, to miał ponad 2,3o cm. A przecież zwyczajowo kompleksy rosły, no wiecie, od onego zapisanego w każdym ziarenka, tylko do średniej krajowej wzrostu człowieczego. Ale nie ten. Nie no. Pewno… skurczybyk musiał się wyróżnić!!! Kompleks Wiedźmy Wrony Pożartej był oczywiście inny. Był specyficzny i jedyny w swoim rodzaju. Wiecie, udzieliło mu się od niej widać… No przecież jak mogło być inaczej? Jak mógł tak wyrosnąć? Tak się ubogacić na długość, ale i na szerokość. A tak… Kompleks Wiedźmy Wrony był też tłuścutki. Coś pomiędzy zwyczajowym wojownikiem sumo, a figurką Michelina. I na dodatek był różowy.

W malutkie stokrotki.

Był wszystkim tym, czym ona sama nie była.

Był wielką, mocarną i przesilną pewnością siebie, w swojej wysokiej, kulistej, kompleksowej cielesności. A przecież chodziło o niższość, czyż nie? O ono dziwne uczucie, które sprawia, że od razu wiesz, iż jesteś niczym, więc wtaczasz się pod najbliższy stół i udajesz, że nie umiesz oddychać i jesteś li ino matą tatami, tudzież czymś w rodzaju dywanika. Wiecie… czymś, co niby jest potrzebne i wymagane w domu, ale po pierwsze w tej szerokości geograficznej tego się nie używa, a po drugie, to raczej wolicie podłogę drewnianą. Taka była Wiedźma Wrona. Osobnik dostrzegany wyłącznie przez mokre psy, które uznają zawsze za najistotniejsze wytarcie się o nią, a jeśli ucieka, to chociaż otrzepanie się… i sorry, ale ona to jakoś akceptowała. Żyła w końcu z sobą przez jakiś już długi czas i zwyczajnie nie chciała tego zmieniać. Była w tym jakaś nuta bezpieczeństwa, była ona znajomość… no i Kompleks serio potrafił opowiadać żarty. Niestety tylko po procentach, no ale…

Dlatego Ona i Jej Kompleks żyli ze sobą zwyczajnie. I choć czasem nie mogli serio jakoś tak zwyczajnie żyć, oddychać i funkcjonować we wszystkich wymiarach, to jednak wiecie, jednak… byli sobą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2999

Z cyklu przeczytane: „Czterdzieści i cztery” – … zaskoczenie. Znaczy niewielkie, ale jednak. Bo wiecie, z jednej strony człek wiedział czego się spodziewać, przeczytał opis, czekał na świat prawdziwy, historyczny, a jednak i histeryczny i jeszcze steampunk i oczywiście wszelaką magiczność maszynową, a jednak…

Zaskoczenie.

Książkę czyta się całkiem fajnie.

Wciąga, czaruje.

Mocno na początku miesza retrospekcjami, ale jak już załapiecie rytm, to nie uwierzycie, w jaki sposób tego wszystkiego nie łapaliście? Bohaterkę… no cóż, albo polubicie i zrozumiecie, albo nie. To niestety coś, czego nie da się przewidzieć. Sama mam co do niej mieszane uczucia. Wciąż nie wiem, czy czasem bym jej nogi nie podłożyła, ale z drugiej strony dziewuszka skrywa tak wiele tajemnic, że warto dać jej szansę. Bo to w końcu skarb tej powieści. One tajemnice, których jest coraz więcej i jeszcze więcej.

Dobra książka dla zwolenników tematyki i autora. Niech nie przerazi historyczność tych, którzy od historyczności dostają wysypki. To nie do końca wszystko jest tak!

Dig in!

IMG_8492

Tak…

Na Wyspie czasem zdarzają się dni, które określa w całości słowo gloomy.

Pochmurne i ciemne. Dziwnie pomroczne. Takie wiecie, że jedyne, co możecie zrobić, to czekać na to, co spadnie z nieba, ale nic nie spada. Ni deszcz ni śnieg ni kosmici. Ni nawet aniołkowie, którzy to już mieli dość onej ambrozji i nektaru i wiecie, chcieli poszaleć na ludzko. Jest tylko pochmurno. Jakby światło było, ale ktoś nakrył je gęstą, ciężką szmatą. Możliwe, że nawet smrodliwą. Możliwe, że taką, która nie przepuszcza niczego. Możliwe… ale też z drugiej strony światłem, które zdaje się przenikać przez wszystkie gałązki i listki. Które jakby z nich wyłazi i zdaje się bawić z całą oną naturą. Wiecie, no światło, które naładowało wcześniej Wyspę, teraz powraca. Jakby wiedziało dokładnie do kiedy się zachować. Ukryć, przytulić do płatków i listków, wtulić w gałęzie i korę. I nagle… nagle wszystko jest takie inne. Takie magicznie napromieniowane, ale wiecie, całkiem nieszkodliwe!

Świetnie się wtedy idzie przez las, nawet taki wczesnowiosenny, nagusi jeszcze, pełen zeszłorocznych liści. Bo wszystko staje się światłem. I kora, która dziwnie pulsuje na rubinowo i bursztynowo i gałęzie, zielonkawe od mchów i srebrzyste od porostów. Człowiek może odkryć całkiem inny świat. Goły, ciekawy, odrobinę sprośny miejscami, gdy tak się nagle dotrze na plażę i spojrzy na niektóre głazy i niektóre drewienka wyrzucone przez morze.

Nader sprośne.

A może tylko filuternie zachęcające do wiosny. No i te łabędzie. Te ich kupry czochrające się o fale, podnoszące się do góry, gdy nurkują… ekhm. Nadmiar czystego powietrza, czy co?

IMG_7173 (3)

Wyspa się remontuje i czyści na święta.

Serio. Okna pucują, drogi łatają. Oczywiście robią to w momencie, gdy ty człowieku chcesz sie w końcu przespać, ale nic to. Przecież na to nie poradzę nic kompletnie. Trzeba przecierpieć. Oczywiście, iż widocznym jeszcze bardziej staje się to, że nakłady państwa na wszelaką infrastrukturę i to po czym chodzimy i jeździmy są nie tylko cięte, ale i nie łatane, więc gładkie, cudowne szosy wyspowe, to już tylko wspomnienie. One grupy mężczyzn w wyprasowanych ubrankach zamykający kawałek drogi na dokładnie od do, też wspomnienie. Wszystko się wali i szmaci. Ino przyroda wciąż piękna, choć jej życie utrudniają wycinając co popadnie. Nosz po prostu kurcze nie mogę już. Chodziłabym i mordowała idiotów, ale wiecie, nie wolno. Bo przecież tacy jesteśmy wszyscy cywilizowani, czyż nie?

Pierwsi Turyściznowi już przybyli. Oczywiście tacy wiecie znajomi, duńscy, nie bojący się błota i wiosennych deszczów. Tacy, którzy polują na czosnek niedźwiedzi i kochają marznąć. Bo co jak co, ale typowy Tubylec jest nader ciepłolubny, serio. Przykręcają te kaloryferki i dmuchawki na takie numerki, że człowiekowi po prostu się poci na samą myśl… wszystko się poci. Ale widać próbują nadrobić coś po wikińskich czasach. Wiecie, ciągnęło od wody, nabawili się pradziadkowie jakiś rwów kulszowych, czy czego i teraz atawistycznie wszyscy wolą przedobrzyć i przecieplić.

Niby rozumiem, ale… nie rozumiem.

PS. Co myślicie o całorocznych campingach? Oczywiście nie pod namiotem, ale w tych drewnianych domkach? Przyjechalibyście?

IMG_6928

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.