Pan Tealight i Półtuszy ze szczurzyny…

„Właściwie, to mieli przypuszczenia.

Pogryzione firanki, poranione zasłonki, dziura w najnowszych wielkich gatkach jednej z Księżniczek, no i oczywiście dziwne dziurki we wstążeczkach Ojeblika – małej, uciętej główki… Białe Domostwo miało problem.

Ale jaki?

Napad tkaninożernych potworów?

Klątwę powracających dziur? A może jednak ataki wilczego głodu w światach osnów i wątków? Oczywiście nic tak egzotycznego. Jak się szybko przekonali, po pozostawionych, lekko lepkich, czarniawych kuleczkach, Białe Domostwo nawiedził Szczurzyn. Ale nie byle jaki – co wyczytali w odchodach, niestety! Książę Szczurzynów. Pan Wszelkich Zębiszczów, ale też i Najwyższy z Tkaczy. Ten, co to nie gryzie, jeśli nie było błędów. Jeśli tkaczka, a w dzisiejszych czasach zapewne najzwyczajniejsza maszyna z całkiem innego świata, nie popełniła wtopy. Oj pewno, że był bóstwem i to dość upierdliwym, ale jednak długo z nim nie mogli mieszkać… no do czasu aż się dobrał do ukochanego szalika Wiedźmy Wrony Pożartej, która, choć niemięsnieżerna, zaczęła się domagać niczym mityczna Salome, zażądała ubicia stwora… I doprawienia jego półtuszy, podpieczenia i tak dalej…

Nie mogli tego zrobić. Pan Tealight miał wobec niego dług i całą masę tajemnic, których nawet grobowa deska by nie skryła… ale nie mógł tak po prostu pozwolić mu na pożeranie, nadgryzanie i nie cerowanie. Nie mógł. Tylko co z nim zrobić? Jak powiedzieć NIE, ale jednocześnie nie urazić? I to kogoś z takim ogonem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0276

Z cyklu przeczytane: „Ruchome obrazki” – … Hollywood. No wiecie, to miejsce pełnej magii, wszelkich obrazków. Zdjęć, ujęć i taśm… Pamiętacie, gdy filmy nagrywano na szpule? Pewnie nie. Ja to jak zapalały się w kinach? Pewnie nie. No mniejsza, Pratchett pamięta. Pamiętał…

Tak, wciąż sięgam do znanych i najukochańszych książek. Dla onego bezpieczeństwa fabuły i bohaterów. Znaczy wiecie, oni czują się bezpieczni, bo ich nie pogryzę, jeśli mi się nie spodobają, a fabuła… chociaż znana, to jednak za każdym razem odnajduję w niej coś innego. Coś nowego, coś głębszego.

Ta część „Świata Dysku” to opowieść o obsesji. O pragnieniach, magii, no i życiu całkiem innym. O byciu kimś, kim się nie jest i o zaskakującym niebezpieczeństwie oraz wieczności onych pragnień. Powieść ma dwójkę całkiem nowych bohaterów, wyrazisty nurt melodramatyczny oraz psa, który mówi. I Śmierć. I GSP. I oczywiście plażę i trolle i nowe zachowania i tradycje, które nie są takie dobre, gdy się zalecasz… I wiele więcej. I oczywiście obrazki i jeszcze…

1000 słoni!!!

img_9545

Recenzja: „Magia ludowa z Pomorza i Kujaw”

img_0908

No to tak…

U nas w Gudhjem była sobie restauracja, która zwała się Black Pearl. Była, bo widzicie, już jej nie będzie. Teraz będzie coś, co się będzie nazywało po duńsku, no i wiecie, będzie nacjonalistycznie, b gdybyście jeszcze nie wiedzieli, Dania jest bardzo nacjonalistyczna, gdy jej tak pasuje. Dlatego zmienili Joboland na coś, czego nazwy i tak nikt nie potrafi wymówić. Serio. No cóż. Po tym jak się żarli od kilku lat… właściwie nie do końca wiadomo o co, i tak naprawdę tylko kilka osób robiło dziwnego dymu. A to im się napis menu nie podobał na ich murku, prosty i logiczny, trudno obrazić kogoś smacznym daniem, albo doczepili sie do Rogera. I dlatego przestał chyba być Jolly. Jakoś im nie pasowało piractwo. Trudno to wytłumaczyć, gdy nie pasuje taka flaga komuś, kto nie jest religijnym ekstremistą, ale… może oni jednak powinni się do jakiegoś ekstremizmu przyznać? Bo widzicie, ostatnio w ten sposób wszelakie dobre rzeczy w Gudhjem o kant tyłka można potłuc. Tak samo było z Oluf Høst Museet. Kupili domek, mieli poszerzyć sale, ale co… ale kilku nie spodobało się, że coś tam na ścianie domku napisali na okres wakacyjny. Wiecie, żeby Muzeum lepiej było widać, bo lekko skryte… i od razu larum. A przecież same dobroci by z tego były, więcej turystów, domek tez zostałby w rodzinie a tak, zmuszono ich do sprzedania, bo nie kupuję tekstów o braku kasy. Serio, nie kupuję. Bo widzicie, tutaj ludzie kłamią z łatwością Oskarowych Galii.

Ech…

Dlatego wiecie co, mam dość. Prywatnie i publicznie, osobiście i w kupie swoich rozpierniczonych schizoosobowości. Dość ludzi. I naprawdę działa na mnie radośnie niczym najlepsze prochy to, iż mogę wyjść i spotkać tylko duchy, krasnale, jednorożce i zimnolubne syrenice. A tak, a ludzi to nie nic a nic… I wyjść i szukać jemioły. Nie wiem jak to jest, ale wiecie co, kurcze znam tylko jedno lub dwa miejsca, a dokładniej drzewa, które ją mają. Tak wiem, że to parazyt, no ale… jemioła na święta musi być. A dziwnie tak wleźć pod osłoną nocy do sąsiadów z całkiem innej ulicy i im opędzlować lekko jabłonkę? Tym bardziej, że ta ich jemioła, to wygląda, jakby ktoś ją zwyczajnie, no i całkiem dla mnie fascynująco… tam zaszczepił.

Ech. Jemioły!!!

img_0520-2

Zimy nadal brak.

Oficjalnie troszkę wieje, ale jest względnie ciepło. Może jak usiądziesz, to ten wiater troszku ci po nerach daje, ale jednak… ciepło. I wcale mi się ono ciepło nie podoba. Rok temu po świętach dostaliśmy trochę śniegu… głównie tylko w Almindingen, no ale był. A w tym roku to raczej chyba nic a nic. Nawet wiecie, no na ono lekarstwo przysłowiowe. Przyznaję, że totalnie mnie to dołuje, ale po prostu TOTALNIE. Nie umiem żyć bez śniegu. Jestem w stanie przetrwać to chrzanione lato tylko i wyłącznie dzięki śnieżnym wspomnieniom i śnieżnym nadziejom na więcej. Kurcze… a tak to ino mogę sobie pooglądac podkolorowane zdjątka z bardzo dalekiej przeszłości, kiedy kobiety te dziwne suknie nosiły i czepki i wszystko pachniało rybami. Jakbyście chcieli tez poogląda, to jest taka fajna stronka na FB History of Photography – gamle billeder.  Zdjęcia z Wyspy trafiają się tam bardzo często, więc serio warto. Szczególnie, jeśli chcecie spojrzeć na Wyspę, która miejscami wcale się nie zmieniła.

I dobrze!!!

Ale ten śnieg… ocieplenie klimatu obiecane przez film „Pojutrze” miało wiązać się ze śniezycą fascynującą, a tutaj co? No kurna zielony trawnik. Ale… do karmnika w końcu zaglądają ptaki, więc może one coś wiedzą więcej niż ja? Może przeczuwają w piórach jakieś minusowe temperaturki? Jak myślicie? Może?

No nic… podobno znowu dzień wraca do jasności od dziś, więc jako jedyny osobnik na świecie wcale sie z tego nie cieszę. Bo mi tam dobrze z mrokiem, lepiej się ubierać, łatwiej się chować, przesmykowywać przez świat i w ogóle. Słońce nie pali ryjka, szaleństwo sie w ludziach nie gotuje, ino wiecie, mroczy się i zamarza… Jak to mówią: Merry Yule. Nie mówią? Mówią… ja tam nocą obtańczyłam stadko stojących głazów, bo tak, bo mogę. Bo i tak nikt mnie nie widział, a i nawet jakby widział, to co go to, przecież mnie nie złapie. W taką pogodę wiedźmom lata się najlepiej. Ale też wiecie, kiepsko zakręty łapiemy, więc uwaga!!! Można oberwać dyszelkiem!

img_5580

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.