Pan Tealight i Skansen…

Ojeblik – mała, ucięta główka, ostatnimi czasy nie dość, że była nazbytnio i niebezpiecznie cicha oraz wszelako spokojna, to jeszcze… robiła wydzieranki. No wiecie z papierów, starych i nowszych gazet. A miejscami to nawet zębianki. No gdy się nie dało porwać jak miało być, to wiecie, dogryzała… ale bez urazy, nie śliniła, żadnej machlojki, po prostu… robiła małe cuda. Jednakowoż… po pewnym czasie jakoś tak wszyscy zaczęli mieć dość tej walającej sie makulatury dookoła i…

… i trzeba było jakoś to ogarnąć. Najpierw wklejali je w zeszyty. Różnokolorowe tła sprawiały, że wydzieranki ożywiały. Że wyłaziły z kartek i szlajały się wieczorami po Wyspie. I wiecie co, no Wyspa się ich bała. Bo sami pomyślcie, cóż takiego mogło się zaląc w głowie, która nie potrzebuje korpusika? No co…

Wiedźma Wrona Pożarta wpadła na pomysł, by obdarować wydzierankami cały świat, a dokładnie wysłac to wszystko tam, gdzie nas nie ma, więc dodatkowo Białe Domostwo było pełne kopert i znaczków i lizania. Wszyscy brali w tym udział, oczywiście poza Ojeblikiem, która to cały czas wydzierała. Trzeba było ją jakoś, no wiecie, trzeba było ją jakoś zwyczajnie od tego odciągnąć. Tylko jak? Jak odebrać główce pasję? Jej własny, choć nowy wciąż, świat?

No jak?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3478

Z cyklu przeczytane: „Ściana sekretów” – … wisi. Ściana. Rozwiązanie dyskusyjne, ale jak inaczej zlikwidować internetowy bulling? Problem się pojawia, gdy na tej ścianie pojawia się informacja nawiązująca do morderstwa popełnionego rok temu…

Czy to żart?

Nasza skomplikowana para bohaterów musi ponownie przesłuchać specyficzne uczennice elitarnej szkoły. Właściwie, chodzi nie tyle o nie wszystkie, a o dwie antagonistyczne grupy, w których naprawdę zawiera się cały wachlarz nastoletnich hormonów. Ale hormony buzują nie tylko w dziewczętach, ale i w naszej parze detektywów. On, choć ma już ustaloną ścieżkę kariery, chce czegoś nowego, a ona… cóż, od jakiegoś czasu musi udowadniać męskiej części komisariatu, że cokolwiek potrafi i nie zdobyła swojego stanowiska poprzez ładną dupę i wszelkie łóżkowe renesanse. Przywołani dziwną informacją na szkolnej Ścianie Sekretów… od nowa badają sprawę brutalnej śmierci młodego chłopaka.

I nie byłoby źle, gdyby… widzicie, cała powieść to gadanie. Pytania i odpowiedzi, kłamstwa i wyduszane z nastolatek półprawdy. Trochę smaczku dodają retrospekcje naszej głównej grupy dziewcząt, ale… no właśnie, ale tak naprawdę od razu zawężacie grupę podejrzanych. Tak w połowie już wiecie. Sorry, ale trudno się nie domyśleć. A potem, znowu gadanie i zakończenie, którego kompletnie nie rozumiem…

A może o to w tym chodziło? O portrety nastolatek współczesnych? Hmmm, to po kiego zwali to kryminałem? Można przeczytać, wiecie, no można, ale serio bez zbytnich wzlotów, raczej cały czas w pobliżu gleby…

img_3083-2

Mrok i rozmrok.

Tak wiem.

Zima idzie, mrok zapada wcześniej wszędzie, normalność, a jednak… widzicie, u nas na Wyspie i jedno i drugie ostatnio wiąże się ze światłem. Najpierw wschód, który wcale nie oznacza słonecznego dnia, o nie… to raczej łuna na niebie, więc zakładam długie gacie i z totalnie nieumytą szczęką biegnę. Gonię światło, a może ino kolorki naniebne? Gonię, pędzę, ludzie jadący do pracy gapią się na mnie wcale nie dziwnie. Połowa z nich rozumie, kolejni żałują, że sami o tym nie pomyśleli…

Lecę.

Gubię sny, bo przecież tak naprawdę się wcale nie obudziłam, one wciąż są we mnie zaplątane, zamieszane, we włosach pióra z poduszki, na twarzy odciśnięte szlaczki od poduszki… i już jestem. Nad morzem. Na plaży. Wciąż sporo wodorostów, w powietrzu cudowny aromat morskiego rozkładu i nikogo. Nikogusieńko. Kurde, ale fajnie! No po prostu bajka. Ta cała różowość już dała nogę i te ostre czerwienie, pozostała ino ona pomarańczowość kąpiąca się w stalowo-mlecznej wodzie. Takiej dość spokojnej, wiecie, fal niewiele, ale coś na kształt przypływu chyba, bo robiąc zdjęcia i gapiąc się w obiektyw nie zauważasz, jak nagle zapadasz się w piach i wodorosty…

… i buty do suszenia.

Ale to morze takie niesamowite. Z jednej strony ona pomarańczowość je plami, ale się nie miesza, więc cudne mazy na falach, z drugiej strony to wszystko tak do siebie pasuje, że aż się rozglądam za tłumem kreatorów mody, którzy chłonni są jakiejś czadowej, impresjonistycznej inspiracji. Ale nie, nie ma nikogo. Tylko ja i w oddali, na niewielkim kamieniu stojąca mewa. Stoi tak, jak ja, już od dwóch godzin i za nic ma fale. No dobra, tak naprawdę jej kamień maleńki, ale fale jakoś omijają to miejsce, jakoś tak dziwnie mewa stoi na wodzie, niczym skrzydlaty Jezusek i za nic ma plaski, rozpluski i wschód słońca też. W końcu to dla niej codzienność pewno.

img_3324

I tak zaczyna się dzień.

Mazami na intensywnym niebie… znaczy nie zawsze, ale wiecie czasem i często. Dzień oczywiście okazuje się być bardziej szary, niż słoneczny. Wilgotno trochę, listopadowo tak naprawdę. Tak mocno… chłodniutko też, ale bez urazy, nie mroźnie. Grozili nam dwucyfrowymi temperaturkami, ale chyba się obyło bez takowych upałów. Co nie znaczy, że dziś rano nie chciało mi się skoczyć do tego morza… no ale, miało być o wieczorze, a ten andchodzi nagle.

I wcześnie.

Niby gdzieś tam na horyzoncie taka cudowna budyniowa smuga, to jednak nagle, nie wiadomo skąd wyłazi słonko i teraz… gonisz je w drugą stronę. Co innego mieszkać po wschodniej, a co innego mieszkać po zachodniej stronie Wyspy. Mi się trafiła ta pierwsza, dla mnie lepsza, chyba bardziej odpowiednia. No i te wschody. Może trzeba wstawać rano, ale… miało być o zachodach. No to wiadomo, goni się światło. Wychodzi na to, że główną dyscypliną życiową Tubylców na Wyspie w okresie przedzimowym jest gonienie światła. Nic w tym złego, fajne to. W oknach świeczki i wszelakie lampeczki, na skwerkach stoją już choinki, gdzie niegdzie nawet usadzone w trzymadełka na flagi…

Ot taki to przecież inny świat.

Całkowicie specyficzny.

Gdy tak człek świtem strasznym, czy pomrokiem mocnym szlaja się po ulicach, to się zaczyna zastanawiać, a co robią inni? A może ktoś tam siedzi za sztalugami, może ktoś pisze lub czyta, a może w tym żółtym domku mieszka wybitny kucharz, ale wiecie, sam wszystko zjada? Czy w tym białym z fajnym, kolorowym karmnikiem mieszkają podglądacze ptaszydełek? A może… a może tak naprawdę zawładnęły tymi domkami elfy i gdzieś mają wszelkie ludzkie zachowania? No nie wiadomo. W końcu nawet, jeżeli zapukasz, to przecież mogą cię omamić, narzucić iluzję… mogą…

Nie no, to przecież na pewno sommerhusy… prawda?

img_3461

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.