Pan Tealight i Wyspowy Dżungla…

„No a kto włochatemu zabroni, co?

Może i nie był tak do samego końca onym sławetnym zagubionym nasieniem Tarzana… znaczy wiecie, potomkiem, no ale nasieniem też, bo przecież… ekhm, chyba był człekokształtnym? A może on tak z jaja? Wiecie, puk puk puk w skorupeczkę i włala jest dzidzia? A może jednak to przez te wiatropylne bocianice? Wiedźma Wrona Pożarta to od zawsze mówiła, że kurde ich nie lubi, z gał im dziwnie patrzy, a na dodatek ta wrzaskliwa czerwień i francuskie jedzenie…

… nosz kurna…

Ale był.

Był na Wyspie i na imię miał Dżungla.

No co, imię jak imię.

Z każdego można się pośmiać i z Jaromira i Zbigniewa, i z Jarka… On był Dżungla i tyle. I był wysoki, muskularny i szalenie włochaty, ale nie jak małpa, a raczej jak człowiek w dziwnym kombinezonie szydełkowanym takową nitką ze strzępkami czarnymi. I niczym poza tym. No może i biegał leciutko pochylony, może i zdawać się mógł niektórym jakimś tam orangutanem, ale też pisał wiersze, tańczył wybornie i wyrywał wszystkie księżniczki. Czy te osadzone głębiej, czy płyciej, no wyrywał!

Wiedźma Wrona Pożarta uznawała go za przyjaciela. Może i nie spotykali się często, nie spraszali się na herbatki, ale on zawsze ją śledził, gdy wychodziła na spacery, a ona… ona mu na to pozwalała i starała się nie krzyczeć, gdy ten z wyciem odbijał się od pnia do pnia, straszył ją własnym cieniem… i tak dalej. Nie żeby ze sobą rozmawiali, ale on czasem podrzucał jej swoje wiersze, a ona, ona zostawiała cukierki nie tylko dla trollów i nissenów. Wiecie, dla niego zostawiała takie specjalne.

Wyspa niegdyś uznawała go za ducha, ale jak to od nadejścia Wiedźmy Wrony było, cóż, nie była już onej duchowości taka pewna. Coś w Wiedźmie sprawiało, że to, co duchowe, nazbyt wymiernie się ucieleśniało. Coś, co było myślą, nagle stawało się kamieniem, a kamień łzami, więc… cóż, Dżungla.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3231

Z cyklu przeczytane: „Zaginione” – … duńskie. Ale angielskie. Ale… No kurcze nie mam pojęcia, bo tak podziałała mi na nerwy papierowa, niedopracowana główna bohaterka, żesz mną dotąd telepie.

Oto jest opowieśc o walizce, zdjęciach i seryjnym mordercy, który siedzi. I oczywiście o kobiecie – dziennikarce – której się wydaje, że wszystko może. Na dodatek duńskiej dziennikarce nieczęsto czytanego pisemka, w Anglii właściwie wiecie, całkiem nieznanego. Oczywiście to ona kupuje walizkę i rozpoznaje na zdjęciach dziewczyny ze sprawy aż nadmiernie głośnej w Danii… I wtedy się zaczyna. Kursowanie między Danią a Anglią, i ono czytelnika zagubienie. W pewnym momencie człowiek już nie wie gdzie jest, kto z kim i co… a wątek miłosny – oh please!!!

Nie wiem, czy za największy błąd wyrzucić tej książce zakończenie płaskie, przewidywalne i nadmiernie duńskie, olewające uczucia innych, czy jednak totalne niedopracowanie samego wątku kryminalnego. A może głupotę tych, którzy niby mieli być geniuszami? Nie wiem. Gdyby nie to… Widzicie, sama historia ma ogromny potencjał, ale napisana w onym duńskim stylu, pod szablonik dostępny na każdym kursie pisarskim – a tak, Duńczycy pozazdrościli Islandczykom sławy pisarskiej i też chcą, więc na potęgę rodzą się szkoły, szkółki i kursy – jest przewidywalna. Totalnie. Na dodatek niedopracowanie bohaterów razi tak mocno i ten  język… w tym nie ma pasji! Ale sama historia, kurcze… gdyby tylko dano jej więcej miejsca, więcej czasu, przemyślenia…

Ech… niby można przeczytać, ale zagubienie i wkurzenie gwarantowane.

img_3077

Julemarket…

Pierwszy w tym roku… był niesamowity. Tym razem jako pierwszy obył sie ten u nas w Gudhjem. Jul på Lauregård. No po prostu bajka. Wyobraźcie sobie biały gard stojący między polami, z widokiem na linię brzegową, lekko w dołku, z milusią drogą prowadząca do zabudowań, a wszystko w choinkach i białych światełkach. A do tego oczywiście dość wczesny wieczór, więc i mocno kobaltowe niebo…

No bajka.

Wchodzi człek między budynki, a tam świerki się prężą. Wiadomo, kazdy chce zostać choinką i być Kradashianką pośród iglaków. Najbardziej obwieszoną, obłyszczoną i wszelako dostrojoną. Piękne sa jeden w drugi, a trzeci w czwarty. Do tego oczywiście masa stroików i wszelkich cudów łącznie z przemiłym, czarny psiakiem. A właściwie, to suką. stoi sobie człek pomiędzy budynkami i myśli, że niegdyś, to były tutaj i zwierzyny i ludzie i jakaś taka zmiennoporowa normalność, która wołała o światło i zieleń w tym okresie, a teraz wszyscy jakoś tak zajmują się dupami wszelkich Maryń…

Nic to.

Lepiej nie myśleć. Lepiej zapatrzeć się w skrzynkę pełną czerwonuśkich jabłek, w one okna tchnące lekko złotawą poświata świeczek i lampek i w końcu… wejść do środka. Do miejsca, które niegdyś pewno żywiznę chowało. Grube mury bielone, drewienka stropowe ładnie oczyszczone, a do tego gwar lekki, zapachy i drobinki do upiększenia domostwa. Tutaj ramki – nabyłam jedną, cudna jest: stare drewno, drewno pływalne, drewno zapomniane i nowe, wszystko powiązane w jedno… do tego bukiety suchych kwiatów i oczywiście wszelkie wieńce na okno, na drzwi, na ścianę. Tak niesamowite. I z kwiatów i orzeszków i liści i… czegosię da. I papier czerpany, wszystko co pszczółki dają i jeszcze… oczopląs oczywiście. Pomieszczeń w tym roku udostępniono więcej, więc nie da się, po prostu nie da się wyleźć. Napatrzeć i nakupić. Chcesz sztuki, a proszę jest: kolorowa cudownie, więc na pewno zima ci się rozświetli, a może ozdoby, albo coś do kuchni. No jest wszystko, a nawet i więcej.

Ale przede wszystkim jest ono hyggeligt. To uczucie bardziej niż słowo… to, co smera cię w duszy i głaskuje po czółku.

img_5812

Rejs po sklepach…

Oczywiście, jak się człek dokuma w swej małej mądrości, że już się julemarketowanie zaczęło, to zabiera tyłek w troki i robi rejs po sklepach. Bo wiecie co, bo kurde u nas to pod koniec listopada raczej święta znikają z półek. Już teraz mało co możesz dostać, a jak nie załapałeś się na cudowności wcześniej, to ino ochłapy cię czekają. No niestety, taka dziwna polityka sklepowa. Nie rozumiem jej kompletnie. Nie no, pewno chodzi o cały ten cyrk, że Wyspa to wyspa, że przechowywanie… bo wiecie co, mam nadzieję, że nie chodzi o coś innego, bo bym się wkurwiła.

No dobra.

Kartki mam, światełka są i jeszcze choinka. Aj czadowa jest w tym roku. Zamiast smerka świerka mamy sosenkę. Trochę inaczej cudo ono sie ubiera, ale jak niesamowicie wygląda. No po prostu bajecznie! No i wiecie, ponieważ raczej ino ekscentryczne osobniki na coś takiego się skuszą, więc w cenie tez lepsza. Aczkolwiek te piękności za prawie 4000 DKK zniewalały mnie. Ale kieszeń nie ta… niewypchana.

Jedno, małe spostrzeżenie – nie wiem, czy to wszędzie, ale u nas zatrzęsienie biało-czarnych ozdób. Nie jest zwolennikiem, no ale. Czuję się dziwnie… wiecie, no rasistowska w wybieraniu ino tych co drewniane, niemalowane i na dodatek jeszcze, jak się da, to kurna niebieskie! Ha ha ha!!! Ale tam. Nosz każdy ma jakieś problemy, co nie? Może ja mam takie.

Co mnie najbardziej przytłoczyło to to, że w Lidlu nie ma już pierników!!! No kurde ludzie popierniczyło was, czy co? Przecież to winien być produkt całoroczny! A i jeszcze jedno: osobnicy jęczący, że to już… że za wcześnie. Wiecie co, przestańcie innym psuć zabawę i żyjcie w swoim biało-czarnym telewizyjnym świecie. Jebane marudy! Ciekawe co byście zrobili w takim miejscu jak Wyspa, gdzie to nie sklep rzuca ci się w ramiona, ale ty musisz znaleźć jakieś coś ciekawego…

img_3189

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.