Sosnowe dziew(dz)ictwo?…

„Sosnowe dziedzictwo” Marii Ulatowskiej, które ma zamiar na dniach nawiedzić księgarnie… dla mnie to na wieki wieków pozostanie dziewictwem. No cóż, człowiek skojarzenia ma i tyle… nic na to nie poradzę. Szczególnie wtedy jak się człowiekowi fragment daje okrutnie, takowe preludium na dodatek co to jeździ bestialsko i rozpustnie po duszy, bombarduje emocjami… a potem zostawia z tym okrutnym napisem: CIĄG DALSZY NASTĄPI!!!

To powinno być karalne!!!

Aby się nie powtarzać przytoczę słowa, które wygrały dla mnie tę książkę 🙂 a są owym wspomnianym pięknym, ale jakże drapiącym w gardle i wykopującym z zasp nasze własne przewiny… wstępem do mającego się ukazać: „Sosnowego dziedzictwa” 🙂

„Nie napiszę, że mi się podoba, bo wcale tak nie jest… w dziwny sposób ten fragment skradł mi kawałek czasu, a z tej pozazmysłowej wycieczki wróciłam z żywicą na palcach i igiełkami sosny we włosach. Bo to musi być sosna… na pewno nie świerk, a moja choinka już szykuje sie do wysadzenia w ogródek, więc nie mam tego z domu 🙂 więc nie podoba mi się, nie TYLKO podoba 😉

Trochę też zalatuję psem, co jest dziwne, bo… nie mam psa…

Ale za to mam chrapkę na tę opowieść. Bo ona jest taka prawdziwa.

Nie wymuszona, sympatyczna… wcale nie ciepła, ale taka przynosząca wiarę w to, że są na tym świecie jeszcze ludzie, którzy potrafią tak pisać. Tak, jakby wciąż wierzyli w innych ludzi i nie krzywdzili ich. A dzięki temu dawali czytelnikowi nie tylo wytchnienie, ciepło, dobrą opowieść, ale pewność, iż takie rzeczy wciąż się zdarzaja, choć swiat wydaje się być taki, taki, no taki straszny… Że w tych wszystkich koszmarach jest nadzieja! Tym chyba będzie ta opowieść. Obrazem tego, co może się wydarzyć. Nadzieją, że życie to jednak coś więcej.

Zresztą punkt widzenia z łap czterech jest jedynym właściwym i prawdziwym. Tylko tak można rozpoznać dwunoga 🙂 Tylko tak znajdziemy tych, którzy jeszcze zasługują na miłość zwierzaka. Bezwarunkową, ufną i pełną, tą do końca…

Nie wydaje się Wam, że fajny film by z tego był?”

No i tak siedzę po tym fragmencie, w ogóle doła mam, świat szaleje… a Autorka – nomen omen naprawdę sympatyczna osoba, taka wiecie, no pluszowa i specyficznie szalejąca po zakątkach życia… Wydaje się, iż to ów zagrożony wymarciem typ, który wierzy wciąż, że ludzie są dobrzy… No bynajmniej owa Rysia przysłała mi drugi tom opowieści o Szyszce. Ale jak ja mam to przeczytać bez pierwszego?

No oszaleję – nie wróć, to już się wydarzyło – albo gorzej… znormalnieję?

Bynajmniej dla Was link do fragmentu historii cudnej Szyszki!


A ja wracam do „Akacji”, autor to David Anthony Durham… Oj naprawdę coś mi się wydaje, że szykuje się kolejny epos na miarę: „Pieśni Lodu i Ognia”. Ale dopiero zaczynam. Nie wiadomo jak się wszystko rozwinie. Na razie wciąga. Księga jest obszerna, trzeba się pilnować, by nie zagubić się w gąszczu nazw i zwyczajów, pochłaniająca lektura, ale warto!!! Z tych, które wrzucają czytelnika w sam środek wydarzeń, czy to powódź, śnieżyca, czy pole bitwy… trzeba mieć się na baczności.

Ale myślami…

O Maat, boska równowago… miej w opiece Kemet.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Sosnowe dziew(dz)ictwo?…

  1. archer pisze:

    moja mama pochłonęła dzisiaj właśnie to preludium i… no właśnie… bo moja mama normalnie książek nie czyta, ostatnio czytała też taki mały wstęp do „Cukierni…” no i jej się nie spodobało, więc „wcisnęłam” jej sosenkę i… zniknęła, pochłonęła ją w trybie natychmiastowym a na zakończenie usłyszałam, że „całkiem fajna, ale za dużo w niej o psie”… no to teraz moja kolej 🙂 pozdrawiam

  2. chepcher pisze:

    Ahahaaaa 🙂 Oj aqle podobno cała reszta ma być bardziej typowa 🙂 Książka wychodzi za kilka dni, może Mama się skusi 😉 To jednak inna proza niż „Cukiernia”, ale za to dowód, że w tym polskim pisaniu każdy może znaleźć coś dla siebie… miłego czytania 😉 Ja jeszcze czekam na „Sosnowe dziedzictwo”.

Dodaj komentarz