Pan Tealight i Wstydliwe Żądze Pana Tealighta…

„Właściwie to trzeba to powiedzieć raz a dobrze! Szczerze i w pełni otwarcie. Donośnie nawet! Najlepiej może wykrzyczeć, albo coś takiego? Nadać telegrafem, wystrzelić w kosmos, opleść wokół Saturna? A może wypisać na niebie? Chociaż, kto tam w dzisiejszych czasach na niebo patrzy? Z drugiej strony, jeżeli zrobią z tego filmik na YouTube’a, to może ktoś zauważy…

No chodzi o to, by się w końcu przyznać. Step out, come out, ogólnie i z szafy i łazienki i garderoby! Ale zakrywając elementy intymne oczywiście. I umywając ręce, znaczy myjąc!!! I to koniecznie! I papier toaletowy przykleił się do łapy, przy ogonie jakieś zamieszanie, no i serio, ale psiknijcie…

Mniejsza…

Zwłoki to leżały wszędzie.

I tu i tam. Pod tą kupką mchu, pod rozwalonym pniem i w nim nawet, pod schodami, na schodach – ale bez urazy, takie już mocno przesuszone, nie nadawały się nawet na gryzak dla Wilkołaczka! Na dachu i pod dachem, te pod to się nawet czasem ruszały, ale co tam, nikogo nie oskarżamy o nadmierną pobudliwość. W studni, pod studnią, w korzeniach i na krzakach. Widoczne mniej lub bardziej, wyżarte, wyssane i wylizane, niektóre nawet obgotowane i w sosie…

Wszędzie!!!

Zwłoki były wszędzie. W mniej, lub bardzie widocznym stanie ożywienia, ale jednak. Były. I serio nie nadawały się na patyczki w ogródku. Na te do pomidorów, czy nawet kurna na chmiel. Na patyczki z nazwami posianych cudów i na te, które miały odstraszać ortodoksyjnych osobników. No i nawożenie, oj tak, nawożenie było też bardzo ważne, w końcu Wiosna wrednie od miesiąca zerkała zza węgła. W tym roku była małą, piegowatą dziewczynką, wredną przemądrzałą smarkulą, co to zawsze wyrywa się do odpowiedzi i kocha pouczac każdego… Recycling przede wszystkim, a i bierki się nimi fajnie grało, no i co najważniejsze… przecież nikt ich nie potrzebował, nikt za nimi nie tęsknił, a większość sama przyszła, więc dlaczego Ojeblik miała ich sobie nie kolekcjonować? Nawet małe ucięte główki potrzebowały hobby!!! To, co wyprawiał z nimi Pan Tealight nie powinno was obchodzić. W ogóle.

Lepiej nie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3749

Z cyklu przeczytane: „Martwy rewir” – … pokręcone. Naprawdę… Pokręcone wybitnie. Jakby wszystko chciało dokopać jednemu facetowi. Jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu! A może tak naprawdę zło w końcu postanowiło przejąć władzę nad światem?

W końcu zombie zombie zombie, co nie?

To już siódmy tom chyba? A raczej nie chyba, tylko na pewno. I taki miło gruby, niesamowicie opisowy, ale znowu z garścią komizmu, bo przecież nasz główny bohater wciąż śmieje się śmierci w kościstą dupę! Chociaż… oj pewno, że znowu wielokrotnie jest na granicy śmierci, pewno, że demon go pragnie, ale i Elfy z chęcią cos by z nim porobiły… to nie jest ważne, w końcu teraz ma brata – na głodzie – cudnego psa i nowego, dziwnie bliższego przyjaciela.

Tak, ta część trzyma formę, fason i szyk wszelaki aprzestawny. Magia wycieka ze stron, ale też i opowieść o tym, czym jest strach i odwaga. Czym jest odpowiedzialność, której nikt nie wymaga i za którą nie będzie nagrody. I dobra, może można się domyślić pewnych szczegółów, ale…

WARTO!!!

IMG_6663

Wiatr i chmury…

Zwyczajność, codzienność. Na niebie błękitne plamy i szare i białe. Wszelaka chmurność lekko zamieszana. Przenikająca się tylko miejscami, zwykle jakaś taka wyobcowana. Jak wiecie, dzieci pierwszego dnia szkoły, gdy nikt jeszcze nikogo nie zna, gdy wszystko jest takie obce, nowe i mało znajome. Gdy wracają do nas wspomnienia tego, co opowiadali starsi, dziwnych histoii, cudze demony i strachy. Zwykle szarość, ciemność dzienna, specyficzna, dopasowana do zimnego, porywistego wiatru, miejscami splamiona białawą poświatą. Tańczą te plamy, ganiają sie na zielonkawości, dotykają młodziutkich pączków i nagle… i nagle złoto sie wylewa zza chmur i już nic nie jest takie, jakie było. Wszystko się zmienia, wszystko sprawia wrażenie tak bardzo…

… ciepłego.

Ale w tym czasie słońce to wciąż względne ciepło. Raczej wishful thinking, niż coś odczuwalnego. W głowa ludzi roją się myśli o plaży i falach, ale jednak niewielu jest się w stanie przemóc, by wyjąć dłoń z rękawiczki i dotknąć wody. Za to kolory… o tak, kolory są niesamowite. Tutaj błękit, tam znowu granat i ultramarynienie, a tutaj, pod bielą chmury ta szarość stalowością przenikana, jakby kolejny terminator nowszego typu się roztopił i rozpłynnił w morzu. Jakby coś się pomieszało, góra z dołem, dół z górą.

Wiatr przegania obłoki z prawej na lewą, jakby miał w sobie nie całkiem ukryte opcje polityczne, jakby chciał wyraźnie zaznaczyć swoją obecność, jakby… jakby nie tyle się bawił, co naprawdę uznawał za znaczące skąd i dokąd wieje. Ale jak tu myśleć o tym wszystkim, gdy pełnia księżyca łeb roztłukuje? Gdy wszelaka wielkość i pełność zaczyna w końcu przelewać się uszami?

Gałęzie potulnie się poddają wietrznym głaskaniom. Jakby postanowiły ulec, ale też nie do końca. Jakby wolały zwyczajnie poddać się wariatowi, nie kłócić się, ale też tak wiecie, nie do końca. Jakby chciały zaznaczyć, że może ulegają, ale wciąż mają ciernie, kolce, a i bardzo ostre końcówki, które mogą mu wsadzić w oko. Jakby… Wyspa mówiła, że łagodna jest i cudna, poddana pochwałom, ale jak coś się jej nie spodoba, to serio będzie niezła kocówa!!!

IMG_0172

Gdy na niebie chmurki w filuternych kształtach, znaczy obłoczki, to jakoś tak dziecięco się robi. Nagle wolno wszystko i nikt niczego mi nie zabrania. Bo i kto miałby! Może i wiatr jest trochę natarczywy, może i pcha, ciągnie i poniewiera człowiekiem, ale… za to jakże czuje się człowiek wyróżnionym przez niego! Tosz przecież to jakby cię podrywali na dyskotece w podstawówce, a innych nie!!!

Wyglądając, podziwiając Wyspę zza szybki okna, jakoś tak to wszystko zdaje sie być oddalone ode mnie. Linia lasu, pola lekko już pośmiardowujące kupkową żyznością. Uprawiane przez zimę, co serio powoduje u mnie zgrzyty trójpolówkowe i tak dalej. Uczono mnie o odpoczynku, ale jeśli tym, co pracują ciężko go się nie daje, więc co tam ziemia. Kto dziś dba o bruzdy ziemiste?

Wkurzający się człowiek za szybką serio chciałby wyleźć w naturę, ale jakoś dziś nie może. Nie może się przemóc, by wyjść, wcześniej ubrać się, spakować trochę, pamiętać o bateriach do aparatu… pamiętać o tak wielu rzeczach, które można… zapomnieć. Bo Wyspa uczy zapominania. Uczenia się na błędach i odpuszczania sobie. Nie obwinia, nie obrzuca cudzymi sprawami, po prostu jest w drzewach, skałach i wodnistościach wszelkich, w drogach i polach… I całkiem jej dobrze z tym tylko byciem. Z brakiem nie wiadomo jakichś osiągnięć, z medalami, stopniami podium i wielką pochwalnością Wszechświata. Ot tak… oddychać i być…

Co w tym złego? Dlaczego spokojność i powolność muszą być czymś tak okrutnie negatywnym? Dlaczego nie pozwalamy ranom się goić rzucając się w pieruńskie ciernie? A może nie potrafimy żyć bez bólu? Może… ech, mniejsza, zwalcie to wszystko na pełnię. Pełnia to zło w moim przypadku. Bleeee!!! Nawet na mojej kochanej Wyspie jakoś tak zwyczajnie mi jest za jasno!!! Za dużo, za wiele…

Ech, jak nic wiosna w eterze. Zawsze źle znoszę odejście zimy! Ot buntowniczka kurka maczek, no!!!

IMG_0161

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.