Pan Tealight i Robótki Kręcone Ręczne…

„No to tak… po pierwsze nikt w Białym Domostwie w święta nie zasiadł do stołu. Nikt nie łamał się opłatkiem, nie kwilił kolęd… znaczy wieczorem Wiedźmy z Pieca popiły dziwnej nalewki od Królewien Przeterminowanych, ale to co śpiewały nie miało w sobie nic chrześcijańskiego. Pan Tealight popadł w dziwną sromotę i zatarasował się w swojej fajce. Mikołajowie rozeszli się po podziemiach, a Ojeblik – mała, ucięta główka, potoczyła się za Chochelem, do Chatki Wiedźmy, gdzie… było podobnie. Marazm i brak nadmiaru żywności. Na kolację buła z pasztetem z niewiadomego stworzenia. A jednak… nikomu to nie przeszkadzało. Prezenty i tak otworzyli wcześniej, Pierwsza Gwiazdka już dawno tmu wyprowadziła się w cieplejsze kraje…

Ciepło było.

Aż za nadto ciepło!!! Wiedźma Wrona Pożarta nie mogła funkcjonować w takiej temperaturze. Cierpiała. Pragnęła Mrozu, Szadzi i wszelkich innych, zimowych przystojniaków. Ślizgawicy, wrednej, starszej pani bez przednich zębów i Szronu – młodzieniaszka zafascynowanego nowoczesną sztuką. Ale kto wymyślił, by dziergać śnieg? Nie pamiętają… ale jednak dziergały. Płatek po płatku.

Najpierw ktoś założył hodowlę Płodnych Pajęczaków karmionych dziwnym, księżycowym światłem i porannym płomieniem, no i w końcu ktoś się zabrał za ich dojenie, w czym udziału odmówiła Wiedźma Wrona… ale co do szydełkowania, nie mogła już się wykręcić. Stękała, jęczała, ale się nie dało. Wydojona i uprzędzona nić musiała być od razu wpleciona w śnieżne płatki, inaczej zwyczajnie się zaśmiardywała. Okropnie!!! Dlatego wszyscy szydełkowali. Siedzieli gdzie się dało i motali, pletli i oczkowali. Palce migały, drobne płatki opadały dookoła nich… oddelegowane do ich zbierania Nisseny, niestety się opierdalały jak zawsze… zbierały płatki, ale coś było nie tak i po dwóch dniach szydełkowania, gdy Wiedźma wylazła na zewnątrz, pooddychać świeżością, nie zobaczyła śniegu. Ni bałwanów ni chłodnej białości… ino ta zieleń wkurwiająca, ino owa świeżość i wszelaka wiosenność…

… i krzaki kwitnące.

Wkurzyła się. Oj, strasznie się wkurzyła, ale co mogła zrobić obolałymi dłońmi? Wsadziła je do zimnego strumienia i jęcząc poinformowała świat o niesprawiedliwości. W tym czasie pająki zwiały, okazało się, że brały też udział w owym dziwnym spisku i wszystko azaliż to było ino wielką grą, więc… nie można jednak było cofnąć czasu.

Przywrócić nadziei…

Ciepło!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3300 (2)

Z cyklu przeczytane: „Facecje” – … no baja no!!! Zmuszam męża, żeby mi czytał, serio. Kilka stron dziennie i to wszystko. Z jednej strony chcę przeczytać od razu, wszystko i razem, ale z drugiej… nie chcę

Nie chcę, by to się skończyło. Ta zabawa, dowcip, ale jednocześnie nauka. Googlanie wydarzeń, postaci, szperanie w starych notatkach ze studiów. Bo niby wiesz o co kaman, ale jednak łolaboga! Czasem nie wiesz, a wiedza to podstawa, gdy pławisz się w facecjach!!! Ślicznie wydane, może i ten kredowy papier wydaje się aż nadto, ale jak inaczej dobrze wyeksponować i ciało i słowo, znaczy chciałam powiedzieć i literki i obrazki. Nie da się inaczej! Ni huhu!

Jeśli macie już dość komedii z pierdami w roli głównej, wbijajcie na facecje! Bo facecje robią dobrze! I jeszcze lepiej! A jeśli chodzi o same „Facecje”, to znajdziecie tutaj znane i napisane specjalnie dla tego tomu teksty. Zabawne, lejące, walące po bandzie. Ogólnie mówiąc zgrywa, ale wiecie, taka dla wykształciuchów!!! Jeśli chcecie zabrylować w towarzystwie, to ino z tym tomem!!!

IMG_6707

Spacer świąteczny i skały i drzewa. Kształty na błękitno białym nieboskłonie. Woda, która jest wszędzie i wilgoć. Oj tak… Tu strumyczek i tam strumyczek. A potem rzeczka. Jakkolwiek nie rozpoczniesz swojej drogi i tak w końcu dojdziesz do miejsca, któr dobrze znasz. Niby tutaj jeszcze nie byłeś, ale tam za zakrętem już tak i nagle… Ekkodalen. Gdzieś tam pod skałami połyskującymi wilgotną srebrzystością stoją ludzie i wypróbowywują echo. Nieźle im idzie, trzeba przyznać. Pewno przyjechali na święta i postanowili trochę rozruszać najedzone cielesności. Z drugiej strony kolejna grupka spragnionych świeżego powietrza, a wciąż zieloną dolinę, mokrą, śliską i niepewnie wciągającą… przecina zaskakujący promień słońca. Piękne to wszystko. Wilgoć od słońca się zapala, staje się rtęcią, jakąś taką zawsze zbieżnością, dążeniem do bycia razem, lepliwością. Ciężkością. A te skały, takie proste, gładkie, niczym od linijki cięte… a przecież to tylko natura. Takie to wszystko…

… niemożliwe.

Wtacza się człowiek w ową tylko naturę napasiony makowcem. A co, zrobił sobie makowiec. Może i zdobycie maku w naszym wszechświecie nie jest łatwe – trzeba było kupić kilkadziesiąt maciupkich torebeczek, bo to w tym wymiarze ino posypka na bułeczkę – ale udało się. Wiecie, wszystko da się jak się chce, zawsze też można zwyczajnie iść na żebry, co też zrobiłam. Wot, taka ze mnie niepokorna dusza. I wszystkim tym, których męczę o żarcie z przeszłości DZIĘKUJĘ!!! że wciąż mnie karmią!!! Ale miało być o naturze Wyspy, a nie naturze moich konstruktywnych zachowań zastołowych… no więc idzie człowiek starą trasą kolejową i dziwuje się… i myśli sobie, nosz jak to było ślicznie, gdy siedziało się w takiej wąskotorówce i jechało. Raz w lesie, raz przez pola, raz nad morzem. Szkoda, że rozebrali tory. Co prawda z większości zrobili ścieżki rowerowe, ale i tak jakoś za pociągami we mnie dusza łka. Za jajem na twardo i herbatą w termosie. Z drugiej strony, to kto teraz jajo w pociągu konsumuje?

Chyba nikt już?

Każdy ma swojego batona?

A może jednak nie?

Tupta sobie człowiek starotorowymi ścieżkami i podziwia proste drzewa i te pozakręcane. Poznaje nowe kształty z powalonych pni i rzecznych zawijasów. Odkrywa zagubione w kniejach pomniczki, wdrapuje się, ostrożnie nadzwyczaj na pagórki i skałki, przechodzi jeszcze ostrożniej przez śliskie, omszone mostki… i pięknie jest. Brak liści tylko wspomaga ową graficzność pejzażu. Po prawej gładkość wybrzuszeń, lekko seksualna, no same dupki, a po lewej załamanie i oberwanie. Część ziemno-piaszczysta poszła się paść, a to co pozostało ledwo się trzyma nawisu. I wciąż jest szalenie, niesamowicie i baśniowo, a w oddali nad wszystkim czuwa Gammleborg. Może i współczesne ma umocnienia, ale dusza w nim wiekowa i choć nie pamiętają tych czasów o wiele młodsze drzewka, to jednak opowieści znają aż nazbyt dobrze. Wyssały je z ziemi, z prochów, kości, połamanych garnków, resztek uzbrojenia, z kamieni naznaczonych krwią… z żyć, o których tak niewielu pamięta.

Których tak niewielu umie znaleźć w sobie.

IMG_6561

Z Wyspy na Menorkę?

Jeżeli jesteście zainteresowani, to już niedługo. Chociaż może i dłużej, w końcu u nas czas to chyba ma inną formę, niż w reszcie świata. Serio. Większość, co potwierdzają moje badania, zamyka się w fazie rocznej, maksymalnie dwurocznej, jeśli interesu sprzedać się nie da. Najpierw jest wielkie halo i reklamy i każda gazetka o tym pisze, potem to coś trwa i dostaje nagrody, aby po roku być na sprzedaż. W tym okresie najłatwiej kupić sobie jakąś knajpkę na Wyspie, gdyby ktoś był zainteresowany. Pizzerię może? Też jest LOL Zainteresowanych nowymi interesami, oczywiście zapraszamy. Może skusicie się na jakiś? Może wymienicie swój na… ekhm, nowszy i większy model? A może na mniejszy? Są różne zboczenia…

Ja wolę zostać na Wyspie.

W Ekkodalen już o 15.00 słońce zachodzi. Maluje na kremowo tło, podciąga i podkreśla odcienie. Na srebrzystych, wilgotnych skałach tańczą elfy. Bawią się. Jedne mają malutki spadochroniki, jak zmrużysz oczy i przechylisz głowę, to je zobaczysz. Jeśli tylko dasz sobie na to czas. Wiadomo. Magia potrzebuje czegoś więcej niż smartfony, z których ostatnio wszystkich chcą uzdrowić. Wydaje się, że serio ten współczesny świat to jedno, wielkie uzależnienie. Nie można po prostu przestać klikać? Wymienić telefona na coś innego, zająć palce seksem…

Zbyt wiele myśli, zbyt wilgotna trasa. Przeskakując kolejną kałużę, widzę w niej siebie, a za mną Skalistego Golema. Miły facet, mało się rusza, to obrósł. Ostatnio ktoś na nim wierszyk jakiś wykuł… ostatnio, znaczy sporo lat temu, wiecie, u nas czas, to serio coś innego. Coś, co nie ma wpływu na wszystko, co można pominąć, o czym można zwyczajnie zapomnieć. Może to i trochę taka hasta manana, może i czasem człowiek się myli, gdy słonko przygrzewa, a ludzie stają się nazbyt wyluzowani roboczo… czy to nie jakieś południowe światy? A może znowu wiatr wiał mocniej, może wiatraczki przeniosły nas w inną szerokość geograficzną, a może nawet umocowały nas na równoległej Ziemi?

Może?

Upadam w liście i nie chce mi się wstać. Może i mokro, może i chłodno, ale… czas leczy rany, czyż nie?

IMG_3092 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.