Słoneczka pierdniczone…

Są tacy ludzie, którzy cały czas udają, przypominającą chorobę psychiczną, radość. Każą mi się ciągle uśmiechać i robię to wbrew całej sobie, buntując się, ryzykując nie tylko zmarszczki, ale też i zwichnięcie żuchwy tudzież zastój mięśni twarzy… Joker?

A ja się nie chcę uśmiechać!!! Pierdniczone słoneczka!!! Silnie podjarane swą optymistycznością co jakiś czas kończą marnie za zamkniętymi drzwiami domów. Chowają się jak ja. Tylko ja nie zmuszam nikogo do rechotu przez łzy czy spacerów wtedy, gdy przeraża wszystko to co na zewnątrz kokonu.

Misternie pleciony kokon jest dobry. Dlaczego mam zza niego suszyć zęby dla czyjegoś lepszego samopoczucia? Kłamać…

Nie wiem dlaczego, ale robię to… A poniżej chyba motto przewodnie i jedyna słuszna koncepcja, symbol oraz bogini wesolutkich ponad miarę 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Słoneczka pierdniczone…

  1. chepcher pisze:

    „Każda ilość łez o różnym stopniu słonowatości i szklistości… Promocja na łzy szczęścia!!! Rzadkie i sporadycznie zbierane, wyłącznie szczere!!!” Chepcher Jones

Dodaj komentarz