Pan Tealight i Wigilia Smoczego Porodzenia…

„Wieczór był ciemny i głęboki, chociaż był też i rozświetlony milionem, a może i nawet miliardem gwiazd. Jakby wszystko, każde uczucie, każda barwa, każde odstępstwo od normy chciało być przy tym obecne. Jakby… problem w tym, że Pana Tealighta nikt nie poinformował o tym wszystkim. Nikt a nikt. Może i jako Przedwieczny powinien był wiedzieć wszystko, ale… no wiecie, po pewnym czasie wszystko może być aż nazbyt sycące, więc lekko czuł się osowiały i to od samego rana. Przestało go interesować wszystko to, co się działo dookoła niego. Te podskakiwania, łomoty i trzaski, owe dziwne gdakania, ćwierkania i nucenia, a już ogromnego gniazda na środku kuchni oficjalnie i z wielką nonszalancją nie zauważał. Herbatę robił sobie dzięki Gorącemu Źródełku, które niedawno wybiło w Podziemiach Białego Domostwa i dzięki dziwnym, ręcznie suszonym listkom… jakoś kurier z herbatą, pewno po ostatnim, miłosnym napadzie Ojeblika – małej, uciętej główki, go unikał… Ale kto by nie unikał, jeżeli napadła by go rozczochrana główka bez korpusika i to śliniąca się nadmiernie, miaucząca podobno miłosny trel? No jak?

… i dlatego teraz popatrywał na całą ową zmrokowość za oknem siorbiąc z kupka dziwną maź, wciąż jadącą siarką i… tak, to wtedy, gdy ten listek wpadł mu nie w tą dziurkę, bo zamotał się z jego szlafroczek, usłyszał dziwne popiskiwanie…

W jakiś dziwny sposób, bo przecież Dziwne Sposoby się tym szczyciły, w momencie, gdy doszło co do czego, był przy gnieździe sam. Całkowicie i niewyobrażalnie niemożliwie… sam. Dostojnie i zadziwiająco… sam. Ale jajo też było samo. Chyba? Bo gdy na nie zwrócił uwagę, nagle czubeczek się oderwał, odleciał i uderzył w jasną szafkę, z której spadły papierki po cukierkach a potem odpadł jeden bok i drugi… co do dna, to Pan Tealight jakoś nie zauważył, bo otrząsnął się w kierunku rzeczywistości w momencie, gdy dwa maciupeńkie smoczki dudliły jego miksturę z jego ukochanego kubeczka, śliniąc się aż nader obficie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3790

Z cyklu przeczytane: „Paskudna historia” – … nienawidzą go. Serio, wszyscy pisarz muszą nienawidzić Miniera, bo tak jak ten człowiek mami, mota i opisuje świat, to rzadko który autor potrafi. No po prostu ma to coś. I ma tgo COŚ ogromne w sobie ilości. Przeogromne.

Dlatego… jeżeli kręci Was thriller, sensacja lekka, kryminalność i psychologia… to powieść dla Was. Na dodatek tak plastycznie opisana, że zachce się Wam popłynąć na opisaną Wyspę i spotkać orki. A może i popływać w tych wodach, pobyć częścią owego, specyficznego świata?

Świetnie napisana, choć na pierwszy rzut oka dość prosta opowieść. Jest chłopiec – adoptowany i dziewczyna. Ona umiera, a on zostaje oskarżony o jej zamordowanie… no i są tajemnice, bo takie miejsca, uwierzcie mi, wiem z autopsji, są naszpikowane dziwactwami, świństwami i wszystkim tym, co z gruntu rzeczy obrzydliwe. W jakiś sposób idylliczność przyrody nacechowuje ludzi, którzy pragną się upodlić, więc… na co jeszcze czekacie? Poczytajcie Miniera i zacznijcie od której książki chcecie, bo wszystkie są NIESAMOWITE. Ale w tej… w tej jest coś więcej. Jest napięcie i wciąga jak cholera, ale przede wszystkim pozwala rozejrzeć się po swoim środowisku i zrozumieć, iż nic nie jest tym, czym się wydaje. I że… zbrodniarzem może być każdy.

Naprawdę każdy…

I dobra, domyśliłam się tego, kto zabił zbyt wcześnie, ale i tak bawiłam się

ŚWIETNIE!!! Polecam.

IMG_2634

Wieje…

A tak, wieje znowu, a jednak i tak człowiek chce wyleźć i pomacać ten świat. Oczywiście po chwili mu się odwiduje i zwyczajnie stara się jakoś wrócić do domu, ale wiatr go odpycha. Najpierw miota nim po wzgórzach, po skałach i nabrzeżach. Trzepie nim po piaskach, młóci w pożółkłych trawach, by potem nagle rzucić na wilgotne pole i wytarzać w zielonkawych zbożach, wyglądających nieśmiało ponad powierzchnię gleby… albo w polnych drogach, też lekko błotnistych i wszelakich leśnych zakamarkach. Tam, pomiędzy drzewami wiatr wie, że niczym piłkę z mokrego, czy też nazbyt suchego dookła od tej dziwnej gry… golfa, człowieka trudno będzie wysupłać spomiędzy bezlistnych drzew, ale nagle wiatr znalazł sobie oliścione wciąż drzewko i zabrał się za granie. Uderza i miota gałązkami, bawiąc się i tworząc nowe muzyczności. Kruche, wydawałoby się, listki, zbrązowiałe, a raczej całkiem zmiedziałe, wydają niesamowite odgłosy. Gdyby nie to, że wiatr potrafi dostać się nawet do owych intymnych, aczkolwiek zakrytych miejsc, możnaby posłuchać dłużej… ale chyba się nie da. Gdy tylko ci się wydaje, że wiatr trochę ucichł, po prostu wybiegasz spomiędzy drzew, owych gołych gałązek, pni całkiem zaspanych, pojedynczych opgryzków gałęzi…

I wiatr cię znowu łapie. I wieje. Wpycha cię oczywiście w ową piękną zaspę stworzoną z opadłych liści i… już wiesz, że się nie da, że po prostu musisz się mu poddać, więc zwyczajnie dajesz się mu sobą zabawić. Niczym całkiem darmowa panna na wydaniu. No wiecie, ta wersja „dajki”, która jakoś nikomu przez usta nie przechodzi. Owa… spragniona pieszczoty, wygnana, wywieziona na gnoju, na taczce… nimfomanka.

Wieje…

Czasem wydaje ci się, że kiedyś istniał czas, gdy nie wiało, gdy wiatr nie narzucał ci odmiennej wolności.

Wieje.

W końcu to Wyspa, jak ma nie wiać. Chociaż, może i w tych dziwnych, egzotycznych ostępach, całkiem nieznanych, wiecie, świeci poza Wyspą, też wieje? I też ludzie łykąją przeciwbólowe pastylki, bo łupanie pod czaszką żyć nie daje, a potm wpatrują się w choinki, postawione tutaj wcześniej, nie dopiero w Wigilię, bo po co tracić czas na życie bez choinek…

To już niech sobie wieje…

IMG_7282

A czasem jak wieje, to i pada.

Leje, zacina.

Owo zewnętrze, poza tymi ścianami pełnymi nissenów, bo przecież wilki w ścianach są aż nazbyt pospolite, poza oknami zdobionymi świeczkami i lampkami, krasnoludkami i wszelakim świątecznym tałatajstwem… jest ciemne, mroczne i wszelako mało pogodne, a jednak… chce się w nie wyjść. Chce się po prostu wyskoczyć w ten mokry wiatr i zmienić się w element tego tańca, śpiewu, czy czego tam jeszcze?

Bo przecież ta pogoda, to wciąż coś szalonego. To część tego miejsca, wszelaka zmienność aury i niebywała wolność. Mocna wolność, taka do końca, niczym sikanie w miejscach zakazanych i jedzenie mięsa w piątek. Piątkowe imprezy i postne libacje. Nagłe wykorzystanie mózgu i zaprzeczenie mitom. Niesamowite uświadomienie sobie, że w końcu wszystkie klocki są poukładane…

… w końcu.

Bycie sobą, do końca, pląsanie w kałużach, zabawy ze sobą samym bez wymyślnych, plastikowych laleczek i nie posiadanie za plecami owych okrutnych, obrzydliwych, odstraszających tłumów dookoła siebie, które starają się nam uzmysłowić, jak bardzo jesteśmy dziwni, nienormalni i jak szybko powinniśmy się zmienić, nie tłumacząc jednak dlaczego… wszystko to zawarte w słowie WYSPA. Kompletnie wszystko. Doskonałość własnego myślenia, nie nacechowanego wpojonymi zasadami, szalone, codzienne odkrywanie na nowo wszystkiego.

A wszystko wtedy, gdy u nas w sklepach kończą się święta.

A tak, zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi, ale tak właśnie jest. Niektóre wystawy już zrzuciły czerwone, zielone i bielone cuda. Co ja tam mówię, tak serio, w drugi dzień świąt tutaj choinki mówią PA PA i donośnie tupiąc odciętymi nóżencjami udają się na wysypisko śmieciów, albo w inne miejsce, w którym w zamian za choinkę można dostać słodką, iglastą sadzonkę… Wiecie, ordnung taki. Podobnie jak z wyborczymi plakatami, w pewnym momencie wszystko jest posprzątane, jakby serio się nigdy nie wydarzyło. I może rzeczywiście tak jest?

No wiecie… nic nie zaszło?

IMG_8666 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.