Pan Tealight i Wypożyczalnia Blondynek…

„Loczki… blond totalny. Długie, kręcone za pupę, a może proste, może tylko zwykły paź, może tylko coś tak krótkiego, co wygląda jak aureola nad całkiem jej niegodną czaszką? Może? Może jasny blond, może ciemny, może pasemka słonecznie, może zwykła słoma… a może jednak coś tak błyszczącego, że aż oczy wypływają? Albo biel. Typ: dzieci kukurydzy. Włosy tak jedwabiste, że zdaje się iż wystarczy kichnąć, a rozniosą się w eterze niczym srebrzysta mgła. Albo…

… tyle tych typów. A wszystko określają jako blond i wciąż, mimo wszelkich żartów i poszturchiwanek, pragną. Wciąż bardziej pożądane niż rudy czy skrzydło kruka, niż nawet srebrzyste pasemka, niż fiolety i tęczowe szaleństwa. Mieć je. Prostować, kręcić i spinać. Wiązać, albo rozpuszczać na wietrze. Podcinać, a może nie więzić, nie zmieniać? Uznać za żywy byt i nawet nie plątać, nie pleść, nie krępować?

Wiedźma Wrona Pożarta, mają u boku wiernego Chochela, cichaczem i w całkowitym niezainteresowaniu, postanowiła tym razem pobyć zwykłym człowiekiem i użyczywszy sobie siły i wszelkiej normalnej, wypożyczalnej ludzkości Chowańca, wybrała się na Średniowieczne Targowisko Bezwzględnej Próżności. Wybrała się tam, by dopieścić swoją julowość, by zabawić się z choinkami i popatrzeć na włochate krówki, by umknąć Gęślim Rabusiom i oczywiście… zabawić się z kamyczkami, ale tego się nie spodziewała. Ich. Blondynek. Prostonogich i pięknie zaokrąglonych. Z oczętami, w których każdy się zakochiwał, z lokami, które wszyscy pragnęli dotknąć, pogłaskać, pocieszyć się ich złocistością i miękkością. Z twarzyczkami, które urzekały słodyczą. Z tymi grzywkami, głosikami, którym nikt nie mógł się oprzeć. Bo było w nich coś z syrenic, owych jątrzących swym kwileniem i pieniem w męskich duszach. Tych wyduszających z nich wszelkie soki… oszukańczych dziwek!

Dobrze choć, że były tak niskie… choć spora część mężczyzn zdawał się być oczarowana ich wymiarami, piersiami jasnymi, boczkami zaokrąglonymi przyjemnie… i jakoś nikomu, ale to serio nikomu nie przeszkadzało, że były świniami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5026 (3)

Z cyklu przeczytane: „Tajemnicze przygody Meli” – … myślę. Serio, tak sobie myślę, że o cywilizacji świadczą najbardziej… właśnie bajki. Nie oszukujmy się, jeśli w dzieciństwie karmi nas się odpowiednimi opowieściami, życie dorosłego jst ekscytujące. Bajki to najłatwiejsza szkoła! Najcudowniejsze opowieści, które kształtują nas w nas samych. Są przecież takie, które pamiętacie do dziś…

… czyż nie?

Maciej Orłoś zaintrygował swoim współczesnym spojrzeniem na dzieciństwo. Może i „Kuba i Mela” przerażają nadmiarem techniki, ale czy nie takie są Wasze pociechy? Teraz cofnijmy się trochę w czasie i poznajmy Melę… Maleństwo, dziewczynkę, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę ze światem. Ma przecież dopiero pięć lat. Na spacerach z Mamą czy Dziadkiem poznaje świat. Czy to krasnoludki, czy bursztynek… wszystko jest przygodą, opowieścią, wspomnieniami. W każdym zakątku tego świata kryją się historie i jakoś tak bardzo łatwo pociągnąć je za język.

Ślicznie wydana, przyjemna, współczesna bajka.

IMG_3146 (3)

Afera truflowa?

A dlaczego nie? No przecież nie możemy być gorsi od reszty świata, czyż nie? No weźcie no! Może jesteśmy ino niewielką Wyspą na Bałtyku, ale przecież co… my truflów nie mamy? Przecież mamy świnki wolno się, nie niewolniczo pasące, więc dlaczego nie trufle? I przecież cóż innego mógł pomyśleć człowiek jak znalazł takie coś w ziemi… no pomyślał właśnie o truflach…

I zaczęło się. Cała Wyspa zaczęła szukać trufli, bo przecież jak jeden znalazł, to dlaczego nie ja? I szukali, szukali i szukali. I wiecie, okazało się, że nic z tego. Temu się pomyliło, tamtemu się porąbało, a jeszcze tamten to się chyba ogólnie na grzybkach nie wyznaje i tyle… Tak się skończyła wizja – u niektórych – grzybowej, truflowej Wyspy. Świnek pląsających pod drzewkami, ludzi, którzy wymieniają pieski, szczurki, węże i kotki na prosiaczki.

No wiecie, można mieć i dziwne marzenia.

Julemarket w Middelalder

Po raz trzeci chyba udało mi się trafić na świąteczny market w Middelaldercenter. I wiecie co… co roku czekałam na niego w oczekiwaniu, odmawiając sobie wiele miesiąc wcześniej, gromadząc wszelaką kasę… ale w tym roku była to porażka. Porażka na całego i w pełni. I nie chodziło nawet o pogodę. Piękny, słoneczny, bezwietrzny poranek nagle przemienił się w deszczową zawiejkę. Ale przecież jesteśmy do tego przyzwyczajeni, więc jedna para gaci więcej i już stawiamy czoła pogodzie. Zresztą, bez przesady! To tylko woda i wiatr mroźnisty. Ale w tym roku coś się zmieniło. Jakoś tak market przeniósł się do „średniowiecznych” zabudowań. Pomieszczenia gospodarskie były puste, wszystko do zobaczenia w grodzie, a tam… a tam pieruńsko zimno, nadmiar ludzi poprzebieranych w stroje epoki odstraszających od stoisk i same stoiska… Ech, po takim miejscu jednak oczekuje się czegoś innego. Czegoś bardziej magicznego, czegoś starego, wiecie, pradawnego… Tutaj przychodzi się po magię przeszłości. Nie tylko po to, by pogłaskaś gęsi – wredne, rozdarte paszczury – no i świnki – kurcze, wiedzieliście, że istnieją świnki totalne blondynki. Serio, świnki z loczkami. oczkami blond w stylu nie tyle mokrej włoszki, co raczej wiecie, porannie splątanej lekko, ale grzywki im się nad ryjkami kołyszą… słodkie takie!!! Ludzie, no przecież te potworki są po prostu picture perfect!!! Aż się niektórym zachciało hamburgera.

No i są oczywiście krowisie. Kudłate, czarne i brązowe. Zaczepialskie, ale jakoś w tym roku całkiem słabo zainteresowane człowiekami spieszącymi do ludzkiej zagrody. Zagrody, w której jest CIEMNO!!! A tak, w każdym miejscu brakowało na markecie światła. Jak już przedarłeś się przez zastępy osobników poprzebieranych, przez zastępy sprzedających i ogólnie trzęsących się… to sorry, ale w moim przypadku nie wychodzi podpatrywanie cudów na stołach, gdy wszyscy gapią się na mojego Misia!!! No nie idzie. Zresztą, wiecie, cała ta atmosfera, ciemność i facet przygrywający na harmonii, jakby chciął ją rozpuknąć… było kiepsko. Na szczęście mój ulubiony Pan Od Kamieni był i mam kolejnego krzemyka, ale cała reszta – kciuk w dół!!! Serio! Rozumiem średniowieczne klimaty, ale jeżeli mamy pośród nich nabywać aniołki z gazet, to sorry, ale potrzebujemy światła. Wlezienie do chatki, w której okna mają rozmiar igielnego ucha i oczywiście nie mają szybek ino błonki – to nie przejdzie przy sprzedaży.

Kurcze, a dotąd był to mój ulbiony julemarket. Czuję się oszukana!!!

IMG_8453 (3)

Julemarkety w Sandivg?

Najpierw… latarnia. Przegapiłam ten malutki market rok temu i… serio żałuję, bo nawet w kosmicznych porywach wiatru, w deszczowej aurze, zatopić się na tym wzniesieniu w otaczającą przyrodę… spojrzeć na latarnię, uzmysłowić sobie jak ważne jest światło, gdy strach jest wszystkich, gdy nie ma już bóstwa, do którego możesz się pomodlić i w końcu je widzisz. Światło latarni. Przystań.

Ratunek…

Niewielki może julemarket – w kilku pomieszczeniach mikrego, ale romantycznego, białego domku z przepięknym krzakiem przy wejściu, z widokiem na Szwecję, z marzeniem przesiedzenia tutaj najkrótszej nocy… jest zajebisty! Jedna kobieta, masa cudów. Renifery z iglaków, przecudne skrzaty, no i świnki na choinkę!!! Cuda do powieszenia, do postawienia, a do tego na zewnątrz misa z drewienkiem, gdzie możecie sobie podpiec kiełbaskę. Oczywiście w środku można usiąść, zjeść coś i wypić. Jasno, kolorowo i ciepło. A do tego ta wąska, kręta droga w górę. A! I jeszcze krowy w lesie. A co! Nie wiem co one tam znajdowały, ale jadły w takim niesamowitym skupieniu, że aż chciało się spróbować tych trawek pod zbrązowiałymi listkami. Ale jakoś tak zatrzymać się na tej wąskiej dróżce, krętej i całkiem mało bezpiecznej nawet przy sprzyjającej aurze… wiecie, nie jest to raczej zalecane.

Oj nie!!!

Ale to nie wszystko w Sandvig.

Tuż nad wodą, w cudzie zaprzeszłej architektury, z widokiem na hotel, który bardzo chce się sprzedać, mamy kolejny market. Świąteczny i przemiły. W ciepłym, jasnym wnętrzu, a dokładniej w dwóch wnętrzach macie nie tylko miejsce by sobie przysiąć i coś wypić, czy zjeść, pogadać z sąsiadką, czy spotkać się z ukochanym… ale przede wszystkim macie świąteczność. I to żadne tam pierdu pierdu! Na jednym stoliku ozdoby z… futra foczego. A tak, mamy tych foczek aż nazbyt wiele, więc odpuście sobie pierniczenie. Czyż nie lepsze to, niż plastiki? Z drugiej strony piękne stroiki i przezabawne, świetnie wykonane ozdoby na choinkę. Od razu przy wejściu złapałam dwie świnki. A co… takie mam zboczenie świńskie w tym okresie. Potem ptaszek na choinkę, ale po prostu mieszanka zamszu i bawełny, no magia czysta. W kończu powąchać trochę drewniane miski, artysta namaszcza je pod koniec woskiem pszczelim, więc wyobraźcie sobie ten zapach… No i sztuka. A tak, trochę metaloplastyki, trochę gliny – domek i świnka dla mnie. Bo lepiej nakarmić artystę, niż przypierniczyć korporacjom!

Do domu człowiek wraca świąteczny, zwinąwszy ze sklepu jeszcze paczkę kartek z krasnalami, bo przecież nigdy nie wiadomo… może napisze do mnie ktoś, od kogo kartki się nie spodziewałam? Bo wiecie, ja to chyba zawsze, niczym durny w ścianę walący, zawsze mam tą cholerną nadzieję…

A teraz Gorm.

Wieje…

Znaczy, widzicie jeszcze przez chwilę nad nami cisza. Dziwna. Nic się kurcze nie rusza. Nic, a nic. Ale za chwilę jak nic… poleci. Orkan jest już za rogiem. To ograniczyli, postraszyli pomarańczowym alertem. Tu coś zamknęli, odwołali promy…

Gorm?

IMG_6077

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.