Pan Tealight i Potwór Marnotrawny…

„Wiedzieli, że powinni uciekać. Z krzykiem, w popłochu, no wiecie, włos rozwiany, głos skrzypiący… nogi mknące, buty się gubiące, części garderoby się drące. Zamieszanie, atawizm, bieg. Mknienie. Ucieczka. Popłoch… strach zmieszany z jakąś raptownością, potrzeba oddalenia się od tego miejsca, w oczach przerażenie.

A ona jednak stała. Wciąż w tym samym miejscu i chociaż mówili, że strach może sprawić, iż człowiek się zatrzyma w pozycji żony Lota – a tak w ogóle, to ona miała imię? – słupa soli, ale jednak nie, ona chyba nie…

– Ale kurcze jak on tymi krótkimi rączkami sobie sięga? No wiecie, jak się podciera pod odwłokiem, wiem przecież że jest mężczyzną, znaczy widzę trzy nogi, macki, dziwny śluz, zębiska, lekko odpadającą skórkę z czaszki… smrodek, ale tylko to mnie intryguje, no jak on tymi małymi, krótkimi łapkami sobie dobrze robi pod prysznicem? No jak kurcze sobie radzi? Jak pod paszkami sie podmywa i jak sobie pupcię maca? No i jak go coś zaswędzi, to czy ma służbę, by go drapała? A w ogóle, to czy robi pompki? Bo bary ma, ale te rączki…

Wiedźma Wrona Pożarta stała przed potwornym Potworem, który nagle, wraz ze słonecznym, lekko mroźnym świtaniem pojawił się na trawniku Białego Domostwa. Bezwietrznym porankiem na szczęście, bo koleś nie dość, że się ślinił, to jeszcze upuszczał swoją cielesność, która mlaskała, dziwnie spoglądała na uciekających wszelako roztropnych mieszkańców… i ruszała na łowy. Nikt nie wiedział, gdzie jest Pan Tealight i raczej nikt nie miał czasu by go szukać, ten zostawił perukę i makijaż w połowie zrobiony, tamten niewymowne wciągnął ino na jedną nogę, Wiedźmy z Pieca co prawda rozbierały się już w biegu, mając nadzieję, że a nóż jakiś się trafi, ale… Przeterminowane Księżniczki i Królewny odważyły się pokazać w maseczkach i wszelkim nieuczesaniu, a Koniec Świata w ogóle wylazł… Możliwe, że była to owa Przepowiednia, której nikt nie chciał słuchać, może był to tn Staruszek Bez Brody, co to kilka dni temu poprosił o miskę kwaśnego mleka od Jednorożca, na bolące stawy i myśli kołaczące… a może jednak ten zdechły jeż w krzakach – Zwiastun Koszmarności? Może jednak potrawka z niego, to był zły pomysł?

… może…

– Burek? Gdzieżeś się ślajał? Ile to już lat? Wieków może? Ależ zmutowałeś kochany, jak nic, trzeba ci będzie budę powiększyć… – Pan Tealight jak zwykle mówił nie mówiąc, ale wszyscy wiedzieli, że Burek wrócił.

Tylko… kim jest Burek?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6888 (3)

Czy już mówiłam, że jesień kocham? No może nie tak jak zimę, ale z drugiej strony co za różnica? Stoję po drzewami, a one śnieżą. No dobra, właściwie liścieją, ale… Spadają z owej podniebiańskości te listki, niektóre serio od razu za szalik i za koszulkę, inne do kieszeni, a potem się człowiek dziwi, że cięższy o kilogram wraca do domu, no mrożą. Niektóre wciąż lekko obroszone. Leciutko ociężałe od kropel, piękne takie, niesamowite. Spadają sobie, tańcują… kurcze a przez dwa dni niebo na Wyspie było w owym odcieniu szok-błękitu i jeszcze na dodatek wietrznie lekko… No mówię Wam raj kolorów. Wszystko wybuchło, zapiękniło się i ino tych listków coraz mniej na górze. Jeszcze tydzień i będzie po wszystkiemu. Nastanie czas bezlistowia. Gołych gałązek, niczym wychudzeni straceńcy pragnący Cię nawrócić na wiarę swojego, wyniszczającego boga. Pewno na imię ma Szpik. Jakoś tak, musi przecież mieć imię, czyż nie?

No bóg też musi mieć imię…

Pakuję się w pragnieniu zatopienia się w owej bursztynowej jesienności w las, w którym nikogo nie ma poza ptakami i garścią saren. Nie ma tam drogi, ino dwa połączone kamienistym wąwozem pagórki. Niesamowite, specyficznie pozbawion pięter, pełne szokująco prostych drzewek, tudzież takich, w których pokręceniu widać jakąś… głębszą opowieść. A może i muzykę? Może zagadkę? Może powinnam się zastanowić i odpowiedzieć: CZŁOWIEK? A ja jak ten dzieciak po raz pierwszy z kojca wypuszczony wspinam się, ślizgam, docieram na górę po drodze bawiąc się z cieniami – świntuchy zboczone, lekkie pederasty.

Na kamieniu, tym omszonym, wyglądającym jak pupa trolla zostawiam trollowi, który woli trzymać głowę pod ziemią, garść słodyczy. Bo wiecie, tutaj wszystko jest trochę inaczej. Albo i mocno inaczej. Nie wiem, nie zastanawiam się, idę dalej wzdychając do tego całkowitego piękna, światła bursztynowego i złotego, do owych podwiewó i ciszy miejscami aż ogłuszającej. Do błękitu i granatatu nieba i tęczy… hmmm? nie, no serio to tęcza!!! Na horyzoncie, pewnie znowu wylazła komuś z komina, dzięki czemu moja teoria o tym, że tęcze rodzą się z kominów, w których Sadzowe Elfy pieką Sernikowe Babeczki, jak najbardziej chwyta się pewnych pewników. I wcale nie potrzebuję tej sarny, która właśnie wyskoczyła z krzaków – pewno robiła siku – i omal nie wpakowała mnie w ten kamienisty, aczkolwiek przepiękny wąwóz, by mi o tym przypominała. Zresztą, ta sarna chyba mnie śledzi!

Serio serio serio.

IMG_6772 (2)

Tuptam sobie dróżką, mokrą i błotnistą zdradziecko pod ową całą listowatością, a tam krowinki. Ale nie takie wiecie jak zawsze. Nie czarne całe, no i nie łaciane w milkowej wersji. Te były takie pradawne. Dziwnie zaskoczone widokiem osobnika na czterech kończynach, który nie miał na sobie długiego futra, jak one… kilka dorosłych, długowłosych piękności, rogi na nich wielkie, gigantyczne, lekko zakręcone, nosz kurde, niczym słonie z problemem nierozpoznawania okolic trąby. Trochę jak mopy z przesłodkim pyszczkiem i zbyt długą grzywką. Cudownie milusiński i… z trzema cielaczkami, każdy w odpowiednim kolorze, znaczy wiecie… rude, czarniawe i względnie białawe. Ech, coś w tych krowinkach jest. Aż chciałoby się mieć jedną zamiast pieseczka. Wiecie, wyłącznie jako członka rodziny. I czesać i ubierać i fryzować i wiecie… zwariować!!! Nosz kurcze, aż chce się szczotką za nimi gonić!!! A już za tymi małymi, lekko wyglądającymi jak mikro llammapaki to w szczególności. Choć pewnie to nazbyt okrutn, bo przecież może one lubią swoje afro wyględne?

Na Wyspie mamy głównie świnki. Takie w budynkach i takie wiecie, leśne świnki, z których jedzonko kosztuje tyle, co pół Kopenhagi. Zresztą, nie oszukujmy się. Tubylców nie stać na jedzenie tych świnek. Stać ino burżujów ze stolicy! Ale rosną u nas. Świnki więc mamy i owieczki – i to w różnych wersjach, od zwyczjowych po wikińskie, albo te takie puchate, nosz kurcze meczące miśki, serio!!! Są i krowy i konie… i kurcze, to chyba wszystko, co nie? Bo reszta, to dzikusy! Ptactwo, robactwo i wszelkie ssaki. No i oczywiście morskie zdobycze, ale kto by tam je zliczał. Na polach rośnie główni olej i jedzonko dla trzódki. Nuda! Kukurydza tu, rzepak tam, a po rzepaku i kapuściane coś i czasem jakiś burak i łubin i szczypiorek. Wiecie co, aż się ckni człowiekowi znowu za polem maku… wyłącznie do użytku wewnętrznego!!!

Gdy spadną liście, zawita na Wyspę pustka i wietrzność. Wietrzność taka, przed którą nie da się skryć, więc wiecie, warto podwyższyć ciężkość ciała! Na przykład smakowym skyrem – wielka nowość na Wyspie. W lekkim skrócie to po prostu rozbełtane kwaśne mleko pozbawione procentów i garść leśnych owocków – znaczy w tj wersji, którą sama pijam. Serio… oto nowoczesność w diecie. Kwaśne mleko. Podobno to jakaś islandxka receptura. Gdyby moja Babcia się dowiedziała, że taki bełtak, którego pijało się często bardzo, to obecnie nowość i wszelakie wynalazek.

Czuję się specyficznie dziwaczna.

IMG_0052

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.