Pan Tealight i Bardzo Niska Wiedźma…

„Oczywiście, że zdawała sobie sprawę z istnienia nad nią świata tych wyższych. Może i nawet czasem do niego wkraczała, gdy drżąc starała się musnąć dłońcmi sufitu, gdy wdrapując się na krzesło cieszyła się, że jednak nie jest wyższa. A potem drętwiała z przerażenia, nie wiedząc jak wróci na dół. Na dół? Tak… żyła na dole. Niczym owa niższa gatunkowo osobniczość, może i piękna, ale niedostrzegalna roślinność. Może coś, co się i pomija, depcze? Coś, co jest zbyt blisko stóp, które przerażają większość świata, a i kiepską aromatycznie mają opinię?

Wiedźma Wrona Pożarta była niska. Nawet w kapeluszu wysokim, wiecie tej wersji dla księżniczek, takim odwróconym lejku, z którego węższego końca wydobywał się welon, targając osobą, gdy tylko mocniej zawiało… nawet w nim wciąż była krótka jakaś taka. Łatwiej to przeskoczyć, niż obejść. Mapy nie trzeba, trampoliny też nie. Ot skaczesz i już. Kamyk ma drodze, kupa, coś, co na wszelki wypadek omijasz, ale i co jednak kurna troszkę intryguje… troszkę? Jeśli się pamięta o takowym uczuciu, jeśli.

Ale wiecie, Wiedźma Wrona kochała być niska. Zawsze jej się wydawało, że tak lepiej. I milej tutaj i może dym tak nie pogryzie, ciepłe powietrze – zimne powietrze, ukryć się łatwiej, robić za pasażera na gapę, może nawet wcisnąć się tam, gdzie nic nie sięga? No i wiecie, jak jesteś niski, to na kija na ciebie tracić czas? Ale… w jej przypadku nie oznaczało to bycia cichym nagminnie, niejadowitym i wszelako niezgryźliwym. Bo co jak co, ale płucka miała słoniowe. Znaczy wiecie, jeśli o rozmiar chodzi. A i głos dziwnie wibrujący, piskliwy, gdy chciała, tłukący nie tylko szklaneczki i kieliszeczki, ale i przypieprzajacy w grobowiec granitowy i zmieniającey go w kupkę gruzowej niemożliwości. Ale teraz, siedząc niczym Wiedźma Ple Ple, jej idolka i wzór do naśladowania, Krynica Mądrości i Ogólna Możliwość Przydupiastości… siedziała przy drodze skulona i pozwalała liściom się obsypywać. I żółtym i czerwonawym, lekko wciąż niezdecydowanie zielonkawym, brązowym i tym szalenie mieszanym… z dziurkami i bez, nadgryzonymi i konkursowo idealnymi.

Siedziała i pozwalała liściom pokrywać każdy centymetr, łącznie z obutymi w zabłocone buty stopami, szalikiem, który jak zwykle miał swoje zainteresowania i ambicje, oraz wielką, włochatą torbą, która ponownie postanowiła zwiększyć kolekcję liściowych bukiecików. Bo jesienią, to najlepiej dać się obsypać i zniknąć na dobre. Chociaż na dłuższą chwilę. I przysnąć i śnić i nie być ni wysokim, ni niskim, tylko skulonym obsypanym schowanym…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6932

Z cyklu przeczytane: „Cudzoziemiec w Olondrii” – … baśnie. Baśnie, bajki, bajeczki. Opowieści z jednej strony haczące o znane nam mity, tudzież specyficzności niektórych społeczności, a z drugiej… tak bardzo egzotyczne. A może nie, nie egzotyczne, a raczej aż szokujące. Oto ten niewielki tom. A może jednak ogromny? Gigantyczny nawet? Niesubordynowanie objętościowy…

Jeżeli nie boicie się tego, to otwórzcie tę powieść. Jeżeli nie przeraża Was bezkresna barwność i mnóstwo słów, w tym nowych, skomplikowanych, niebędących czymś więcej, niż tylko zlepkiem głosek, liter. I opowieści. Oj tak, bo w tej powieści jest ich cała masa. I niektóre mogą Was bardziej niż zszokować. Po przeczytaniu tej książki tak naprawdę inaczej spogląda się na świat. Na książki, nawet te, w których zawarta jest religia. Przeciwko którym niewielu chce występować…

Możecie potraktować tę książkę jako egzotyczną bajkę o chłopcu, który miał marzenia, albo… oddać jej więcej. Zatrzymać się na każdym słowie, oddychać nią, komplikować swoją codzienność przez nią, po prostu… być czymś więcej.

IMG_7477 (2)

Ja pierdziu…

Wyobraźcie sobie błękit. Ale taki totalny, maksymalnie dopasowany do definicji, ciepły niemożebnie, rozpuszczający coś w człowieku. Coś drżącego, przyciężkiego, wątpiącego… co wraz z tym błękitem i słońcem nagłym, niskim promieniście, najedzonym może struclą jabłkową, albo przedwcześnie zrobionym makowcem? A może jednak pierniczki już Słonko wpiernicza? Kto to tam wie, mniejsza. O tej porze roku ledwo toto się unosi nad horyzontem, promieniami strzela po dziwnym kątem. Intrygująco omiatając i błękit i zieleń w odrocie. A na tym błękicie klejnoty. Jakby jakiś nadmiernie hojny, a może i rozrzutny Katarski Burżuj porozpierdzielał swoje Sekretne Sezamy, a może Sezamy miały wzdęcie, sraczkę… no bynajmniej wszystko się rozpuknęło po błękicie. I szmaragdy i rubiny i kwarce dymne i jakieś tam antrykoty. Znaczy te tak akwamaryny i garść złocistych… kryształów i cytryny i może jeszcze bursztyny, oj tak, bursztyny. I to wszystko unosi się tam w górze, a czasem i po bokach, a czasem… spada. I chcesz złapać ten klejnot, zwyczajnie tak, może i w tym chciwość jakaś, może i w tym jest lekkie zaniedbanie, zapomnienie, że pewnych cudów nie wolno macać, bo znikają, gdy macane… Gdy nagle łapiesz to i w twoich dłoniach klejnot zamienia się w liść, jakoś tak wcale nie jest źle. Jakoś tak jest lepiej wiedzieć, że owa magia w górze pozostaje wciąż sobą, a nie idzie w mainstream i zmienia się w szkiełka i odpadki. W kupowane i zapominane. Bo przecież liść to skarb. Jakie ma nerwy i gałązkę, jakie blaszki czadowe… a tutaj, niczym praca dłoni Maciupkiej Koronczareczki kilka z nich już zniknęło i można spoglądać na świat poprzez cieniutką siateczkę…

Słońce pojawiło się nagle. W okolicach godziny dziesiątej, a może jedenastj, gdy patrzeć na rozległość niewielką Wyspy, już wszyscy wiedzieli, że ten dzień trzeba zmienić. Że nie można zwyczajnie siedzieć w robocie, bo słonko zniknie zaraz, pójdzie sobie, nie będzie czekać. A robota, to wiecie, co innego. Słonko trzeba wykorzystać, bo jakoś ostatnio skąp swoich kolorowanych umiejętności, więc… może zerwać się z roboty? Może? Wypełzam w las i odnajduję takich jak ja. Tych grzesznych, co to zerwali się z roboty, odłączyli czaszki od komputera i spacerują. I dziwują się kolorom i chłoną i ciepło i światło. I nie wierzą, że coś tak misternie barwionego i tkanego czadowymi kształtami, może istnieć dookoła nas… ludzi mało doskonałych.

Od kolorów oczy pląsają. Wytańcowują z oczodołów, odwalają kujawiaka, poloneza z mazurem, a potem idą w walca. Rumba i wszelkie cza cze też są w planach, więc… gonię te moje patrzałki. Otrzepuję je, wyciągam im z kieszonek zakamuflowane liścieje i wsadzam z powrotem. Bo chcę widzieć. Przecieram i uszy i nos, by słyszeć muzykę poszumów i czuć tą ciężkość liściową. Plączę się w ostatnich trawkach, nie zważam na błotnistość kryjącą się pod warstwą Liściowych Niedziewic Upadłych… i idę. I nie chcę się zatrzymywać, ale czasem muszę. Bo to wszystko, ta cała jesienność nie powinna być przemykaną wiązką kolorów. Nie powinna być traktowana zbyt szybko. Ona domaga się poklasku, czołobitności wyrazów, wszelkich pokłonów i okrzyków w stylu: ach, ech, jakaż piękna, ale blaszki!!!

IMG_0070 (3)

A za lasem, który w połowie jest mroczny, baśniowy, usz aż człowiek budzi w sobie ową niesamowitą pewność, że elfy, krasnale, wilkołaki, wampiry, skrzaty, nimfy… to mają doskonałych dekoratorów. Bo wyobraźcie sobie grubą mszystość z pojedynczymi głazami porośniętymi koniczyną i mikroskopijnymi choineczkami, a obok proste pnie sosemn dotykające błękitu. A pomiędzy nimi lekka mgiełka, gdzie niegdzie plama rdzawości po trawach wyższych i gigantyczne mrówcze kopce, dość niemrawo się poruszające w granicach kopułki. Wszystko tutaj zdaje się być czarniawością i wszelką, ciemną zielenią. Niczym poza tym… oczywiście poza seledynową miejscami mgłą. Nie no… serio baśniowe stwory mają doskonały gust!!! I te kontrasty! Bo widzicie, po drugiej stronie drogi las liściasty, nabrzmiewający kolorami, puszący się może, a może i mający zamysł lekko misjonarski? Chodźcie choineczki! Nawrócimy was na liście, no dajcie się, nie opierajcie się kolorom! A sosenki na to: a takiego Mrocznego Høja – dorzucają gst gałązkami. Bo widzicie, na Wyspie chuj to nie høj. Ale liściaste się nie powstrzymują, obrzucają zieleń wiekuistą czerwieniami i żółcieniami, brązami i wszelaką cudownością, ale… jakoś żaden z liści nie dociera na tą drugą stronę mocy. Może to i osłona jakaś, może shields up? Kto to wie?

Podążam granicą między ciemnością a jasnością i lekko dysząc wypełzam na kamieniste wzniesienie. I przycupnąć tutaj mogę na drewnianych ławeczkach, a nawet położyć się i zapatrzyć w błękit i pędzącą po nim chmurkę. Mogłabym przysiąc, że już mnie kiedyś mijała, znajomą się taką zdaje… Przekręcam się na bok i widzę Wyspę. Pola i krowy, znaczy chyba krowy, no sorry wzrok już nie ten… a za nimi pojedyncze gospodarstwa, jakieś laski, silos, kościół. Ot większy kawałek Wyspy… Wystarczy się wyciągnąć, podskoczyć, wystarczy, ale i po co? Czyż nie idalnym jest to, co w zasięgu wzroku? Własnego i znajomego? Po cóż mi więcej? Po cóż mi inny świat? Po co widzieć wszelkie inne kontynenty z mojej Wyspy? Jeszcze jej nie poznałam do końca, choć… wątpię, by było to możliwe. Wątpię…

Zapatrzyłam się na ową wszelaką wzgórkowość, świetlistość, ale i mglistość jakąś na horyzoncie. Na te kolory i magię wszystkiego. Na tą niesamowitość i bogactwo zwyczajowego świata. Ot roślin, domów, spokojności dnia, który już wieczorem przeturla się w weekend. I ciszę. Może i czasem coś przeleci, może w krzakach ktoś urzęduje, może i ptaszki trelują, ale jednak… no dobra bażant też zaliczony; ale jednak to wciąż cisza. Cisza, z którj trzeba wypełznąć, bo przecież robota sama się nie zrobi, może i Szewczyk od Psów miał swoje elfy, ale moje skrzaty są seryjnie leniwe, a i głupio tak zmuszać do roboty niższych od siebie. Oj, takam miękka, no!!! Więc wracam przez ciemność i kolorowość, przez wszelakie szumy, wracam pod wieżyczkę z patyczkiem co w koszmarnych powiewach dziś mocno stuka… by znowu podłączyć mózg pod internet… A może jednak nie? Może po prostu olać to i dalej gadać do drzew? No przecież tutaj można.

Na Wyspie i tak wszyscy to robią!!!

IMG_6310 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.