Pan Tealight i Czas Schizmy…

„Wszystko zaczęło się od kosza i siatki. Potem komuś przyszło do głowy, że jesienią to powinni zadbać i o tężyznę, czy coś tam i… no i wynik był taki, że w Białym Domostwie uformowały się dwa zespoły: Czad Ojeblika i Zemsta Nietoperza Tealighta. Jedni odziani na zielono, ze złotymi kutasikami u pasa, ci drudzy czarni, spowici kirem, ze srebrzystymi frędzlami przy odnóżach. W ich oczach, patrzałkach i wspomnieniu po gałkach wiły się wszelkie zapomniane tajemnice, obietnice i marzenia, po ustach, szczękoczółkach i wszelakich żyroskoczkach toczyły się krople płonącego jadu… spadając na ziemię zmieniały ją w pumeks.

Byli gotowi.

Pomiędzy nimi stał słoik z ostatnimi czekoladowymi ciastkami. Od tej chwili w Białym Domostwie panować miała tylko i wyłącznie dieta, zestawy ćwiczeń oraz wszelaka nadmierna ruchliwość. Jednak ten, którego drużyna zdobędzie ciastka… cóż, mogła będzie robić to, albo jeść. Mogła będzie patrzeć na innych, na ich męki a potem oddychać powietrzem z pojemnika. Czekoladowym i rozpustnym, pełnym wybaczenia i zrozumienia. Pełnym… rodzynek i bakalii. Wspomnień o ciepłym dniu i wieczorze przy kominku, gdy pod choinką prezenty. Ci, którzy wygrają, będą mogli sobie wmówić, że to ich wybór, że trawa, sałata i wpieprzanie marchewki – wmawiając sobie, iż to najsłodsze, co w życiu się może przydarzyć… bo przecież będą w posiadaniu ciastek.

Wiedźma Wrona Pożarta zajęła pozycję na środku. Stopą przytrzymywała wieczko dziwnie podnieconego ciastkowego skarbu, a dłonią podniosła w górę balon pełen wody… gdy tylko z pęknięciem dotknął on boiska nastała i cisza i zgiełk. A gdy wszystko się skończyło i nie było naprawdę nikogo stojącego o własnych siłach wszyscy zrozumieli, że największą zabawę z tego miał słoik ciastek, który siedział na ledwo zielonej trawie, pośród rosy i rżąc wcinał samego siebie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5748

Julefrokost, julefrokost, julefrokost…

Wszędzie ino one. Julefrokosty. Gazeta za gazetą, reklama za reklamą. W świecie, w którym serio tych reklam tak niewiele, wszystkie krzyczą o jednym. A przecież wiadomo, że to wciąż paździenrik. Do Jula niby kawał czasu, a jednak… gazetki reklamowe przynoszą nagle, no właściwie od końca września, tylko to. Julefrokosty!!! Czyli takie coś, co po polskiemu zwie się chyba spotkaniem opłatkowym, czy jakoś tak. Wiecie takie spotkanie przedświąteczne dla tych, co chcą poświętować bez rodziny. Co pragną popić, pojeść i pogadać… bo przecież tutaj wszystko właściwie zaczyna się od kage i kaffe!!! Bez ciastka, kawy w termosie i czegoś tam innego na ząb, nie ma nawet wyprzedaży książek w bibliotece. Ogólnie mówiąc wszelkie spotkania, czy to w firmie, czy poza nią, czy to integracja, czy uzgodnienie planów – musi być jedzenie. Bez jedzenia Tubylcy są raczej mało szczęśliwi. Kurcze… myślałby ktoś, że wszyscy tu tłuści, jak tak ciągle jedzą, ale nie. Może to przez bieganie, rower, czy też wszelako pojmowane ud naturen? Wiecie, spacery, wdychanie i ogólne częste zabawy poza domem? No nie wiem… bynajmniej marcepan wkracza do akcji, bo wszystko teraz musowo z marcepanem i przyprawami. Nawet mimo tego, że do choinek to jeszcze ponad miesiąc, to przecież pogoda taka, iż należy zwiększyć ilość kalorii!!!

Wieje, więc lepiej być cięższym.

W sklepach właściwie bez zmian. W tym roku z trudnością znajduję jakiekolwiek przebłyski hallowiniczne. No serio pomroka jakaś i pomór, czy co, ale nie ma. Ni czaszek, ni gałek w czekoladzie i szkieletu teściowej sympatycznej wyglądającego z szafy. No nic no! Oj pewno, że sławny już – i jak zwykle przedwczesny – Hallowen i Gudhjem trwa. Od 11 do 16 października ino dynie i czarne płachty, kirem okryte latarnie, nieliczne wiedźmy i… coś nowego. W tym roku strażą dyniowej procesji są osobniki dość specyficzne. Goście w płachtach białych – białych to pewno na razie, poczekajcie aż powieje i popada, no i oczywiście musowo była wyprzedaż w city na prześcieradła!!! – z łapami i stopami nieokrytymi i czaszką dyniową, ale z zaznaczonymi złotymi zębami, lekko nadgnitymi, z gałami i nosem odłupanym oczywiście i słomą z czerepa wyglądającą… pewno raczej wiele im nie płacą za nadzorowanie zachowania pomarańczowo-zielonkawych dyniątek, ale kto ich tam wie. Chudzi tacy, aczkolwiek postawni, choć dziwnie każdego kręgosłup stanowi latarnię… pewno drodzy nazbyt nie są, no ale… No poza tą ekspresją zabawności, przeceną lakridsowych cukierków i duszkami z czekolady oraz paluchami z marcepana… no bida Wam powiem!

Bida!!!

Ale taka specyficzna bida, niezbyt groźna LOL

IMG_5722

A jesień maluje wszystko.

Pięknie jest. Choć i zimno. Chociaż pewno nie jak u Was!!! No i pięknie. Mimo wietrzności liście wciąż jeszcze jako tako tkwią na drzewach, więc dół się złoci, znaczy trawy, pola i takie tam, a góra się koloruje. Oczywista, wciąż większość zielonkawa jakoś tak, miejscami plamiasta, ale te klony i czerwone dęby… no jajca Wam powiem, kolorowe, wielkanocne!!! Wszystko szeleści i się skrzy. Dodatkowo, pomiędzy deszczem, a niedeszczem są jeszcze te chmury, przyciężkie i ciężarne kroplami. Ja pinkole, czy jest coś piękniejszego? Nie no, pewno, że dla niektórych piękny jest ino wielokrotny odczyt stanu konta, ale na tym się nie znam, zaś na kolorach odrobinkę tak. I na zapachu jesiennym i na poszumach. I na tym, jak dobrze podłożyć sobie liście, by leżeć i przespać się w dziczy. Naprawdę nie rozumiem dlaczego turyści tak bardzo tłumnie zużywają lato, a jesień mają gdzieś. Naprawdę. Latem gorąco i potliwie, a teraz… kolorowo, wietrznie i czarownie!!! Może jednak warto wakacje trochę przesunąć? Może?

Może spróbujecie?

Zjadam swoje ostatnie lody w tym roku… oj tak, pewno. Sklepy pozamykane, lodziarnie, wszelkie punkty dostawy szybkiej i wolniejszej żywności. Pamiątki dostaniecie tylko w stolicy, albo niektórych supermarketach i tyle. Zwyczajne życie znowu atakuje. Już nie możesz udawać turysty. Nie da się. Musisz jakoś tak być znowu tylko i aż Tubylcem. Pani Tubylec i Pan Tubylec jesienią to najczęściej na spacery chodzą. Bo przecież wszystko piękne i puste, w końcu znowu można stać na skale, wrzeszczeć: I am king of the world i… nie być słyszanym. W tym czasie najlepiej odkrywać to, co dotąd niewidziane. Zamaszyste widoki, dziwne, ukryte ścieżki. Po raz pierwszy zamiast prosto możesz iść w prawo, bo trawy niższe, bardziej możesz być pewnym tego, że nic się w krzakach nie kryje, ale… zapatrzony na Hammershus, który dziwnie, nagle wyłonił ci się przed nosem, majacząc w chmurach w oddali, usłyszeć możesz i ryk lekko podenerwowanego byczka. I już wiesz, dlaczego na owej ścieżce są nie tylko owcze bobki, ale i większe, dość świeże placuszki. I nagle… widok nie ma już żadnej urody, a ty sam starasz się sprawnie ewakuować, po drodze sprawdzając, czy nie da się wleźć na któreś z pokręconych drzewek. Buba no! Wszystkie troszku zbyt niskie!!!

Dzicz wraca. No wiecie… u nas krowy jedzą trawkę, owce jedzą trawkę, a królików w tym roku to nie ma kto jeść, więc każdą z żywiny możesz spotkać na swojej ścieżce. Szkoda by się cała ta trawiastość zmarnowała przecież… ekologia to, czy zwyczajność, to who cares? Fajne to, choć czasem i straszne.

Zawsze bałam się krów!!!

IMG_5063 (3)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.