Pan Tealight i Zapominanie…

„Dwie szczypty najbardziej sypkiego piasku, pięć kropli morskiej wody i dwa jesienne liście. Do tego trochę oleju z muchomora rosnącego przez rok cały pod kostropatym świerkiem i kilka łez owczych. Tych samych, które spadły na suche, złote kłosy rosnące na skałach… i jeszcze jarzębina. Bo bez niej wszystko trwa za krótko.

I już.

Niektórzy dodają płatków róży, do smaku podobno, owoców dzikiej na zapał i na prędkość trochę dmuchawcowych kitek, ale wiecie… dla każdego coś miłego, w końcu każdy z nas jest inny i każdy zapomina inaczej. Każdy pragnie czegoś innego, gdy tylko nie naruzca się mu marzeń i potrzeb. Każdy… A zapominanie jest ważne. Doskonale o tym wiedziała Wiedźma Wrona Pożarta. Aż nazbyt doskonale. Wiedziała, że jeżeli będzie chciała sobie przypomnieć, są zeszyty Pana Tealighta, są owe dzienniki, które prowadzi od lat, ale w niej… już nie ma nic. No dobra, może i żłopie napar trochę za często, może, ale jak żyć bez niego? Jak żyć z pamięcią, z bólem, wspomnieniami, jak? Jak spoglądać na świat, gdy pamięta się jak boli, gdy świat gryzie? Jak stanąć twarzą w twarz z innym człowiekiem, obcym, gdy dobrze wie się, jak poniżające jest splunięcie, którym mogą cię uraczyć? Jak… jak egzystować, gdy wszystko już było… i wszystko bolało?

Jak oddychać, gdy strach dusi i telepie?

Lepiej nie pamiętać, lepiej gotować się na niespodzianki, które jednak gdzieś w trzewiach brzmia znajomo, więc… nie przerażają! Bo i po co się męczyć z przeszłością? Po co buzować przyszłością, lepiej to wszystko przespać i jakoś tak nie pamiętać. Cieszyć się liściem, ostatnią stokrotką, śmiesznie ćwierkającym ptaszkiem… promieniem słońca, dziwnie łaskoczącym. Lepiej nie pamiętać. Lepiej i odpuścić…

Zapić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0337 (3)

Wieje…

Oj tak, czasem wieje przez dni i noce i dni… i tak naprawdę nie ma nic poza wiatrem. Poza powietrzem szarpiącym ścianami, dachem, stukającym w szybę, poruszającym wszystko, co tylko się da… a jednak – bezśmieciowym. Bo czy wiatr nie kojarzy się Wam z torebeczkami latającymi, z papierami wszelakimi i butelkami? Cóż, w mojej okolicy rzadko je można spotkać. Znaczy rzadko poza sezonem, a wszystko przez to, że tutaj na papiery jest kubeł, na szkiełka inny, a na flaszki maszyna, która za flaszkę da Wam kasę. Może to dlatego? A może jednak dlatego, że raczej każdy po sobie sprząta? A może jednak chodzi o to, że nie za nadto mamy czym śmiecić? Nie wiem, ale wiem jedno… torba śmieciowa, która pojawiła się dziś w moim ogródku, cóż jej brak na pewno komuś pomiesza szyki… przygotowana, by coś wsadzić wyrwała się może zamiatającemu liście, a może jednak temu, co chciał spakować krzaczki i wywalić je do kontenera, który na jesienne odpadki przygotowano i czeka grzecznie aż się go nakarmi? Nie wiem, ale worek zaraz wyprowadzę. Wygląda jak spory jeż. Ino bez kolców. Jak ten, który wczoraj przechodził przez drogę, dość powoli, ale dotarł na drugą stronę… dotarł. Czy dlatego nawet wietrzna pora nie zasypuje nas śmieciami? A może jednak chodzi o to, że ludzie się zbierają i sprzątają, sprzątają plaże, miasto, zbierają wszelkie cuda z kamienistej linii brzegowej? Dla mnie czystość, to coś normalnego, coś o co dbam sama: plewiąc, ścinając, sadząc i siejąc… Wpojono mi to w dzieciństwie, podobnie jak podnoszenie kawałka chleba i rzucanie go ptakom, jak wyłączanie światła, gdy wychodzi się z pokoju, jak zakręcanie wody przy myciu zębów. Proste, co nie? Sprzątać po sobie, nie niszczyć, kochać i czcić, obserwować jelonka – jak wczoraj, gdy jeden przyłączył się do mnie na spacerze… ha ha ha dziwne uczucie, lekka obserwacja, lekkie zafascynowanie – obserwować, ale nie straszyć, macać… zrobić zdjęcie! To jest proste, czyż nie? A może tylko mi się tak wydaje, bo po raz kolejny złapałam się nad tym, że czytając komentarze nie rozumiem słów „ale tam czysto”, „jaka czysta woda”, „jak czysto”…

Czy moja Wyspa naprawdę jest taka czysta? No przecież na pewno wdepniecie w końską kupę w lesie! Ale to żaden śmieć w końcu, ot nawóz doskonały, albo owcze bobki. Usz, jak na nich podgrzybki rosną, no powiem Wam, gigantycznie rosną!!! A i ludzie wcale nie są doskonali, więc trafi się i kupa psia! Ale co tam, rozpuści się w trawie, nic to… Ale cała reszta? Może jednak chodzi o to, że poza sezonem ludzi tu niewiele i w większości są… powiedzmy to szczerze, wcale nie zamożni. Może jednak chodzi o to, że zwyczajnie Tubylców nie stać na śmiecenie? A może jednak tylko i wyłącznie o podatki. Wyspa płaci ich tyle, że kurcze, zdaje się, że płaci za cały świat!!! Podatek za psa, podatek od życia, od samochodu… nic innego nie zostaje, jak tylko rower między nogi, albo z buta. Nic innego, jak tylko siedzieć na swoim końcu Wyspy.

IMG_9610

Wiatr wiatrem, słonko słonkiem, a Halloween za pasem. Znaczy wiecie, u nas się zaczyna już w ten weekend. A co, dynie są, więc dlaczego nie zabawić się? W końcu świat dookoła zrobił się tak kolorowy! kurcze, skąd te klony mają tyle czerwienie? Niczym owe dziewice, którym opowiada się o bieliźnie i nocy poślubnej. Wiecie, nie tylko różowiejące, nie będące skomplikowanie grzecznymi, ale wprost palące buraka!!! Niesamowite pośród wciąż niezdecydowanej zieleni. Zieleni, która może i nie chce odpuścić. Która widziała, jak trawy wysokie zmieniają się w złoto i odchodzą, która osłaniała owoce i nasiona… Przeraża mnie jedno, że nie zdążę, jakoś przegapię ten moment, gdy kolory zapłoną. Albo gorzej, na dodtek deszcz będzie ciekł z nieba i świat zmieni się w szarość… I chociaż strasznie potrzeba Wyspie deszczu, to nie chcę przegapić jesiennej, kolorowej rozpusty. Pięknej, oszałamiającej, niesamowitej. Niemożliwej do odtworzenia we wszelakich postaciach sztuki. Serio! Bo do kolorów trzeba dodać zapach, do zapachu uczucie i nie da się tego wyrzeźbić, namalować, czy wykleić.

Nie w całości.

Powolność, to dziwne wrażenie, że w końcu można po prostu spędzić dzień w łóżku, narasta. Wraz z dłuższą nocą, bardziej powszednim mrokiem, trawnikiem, który nie wymaga już cotygodniowego trymowanie, jakoś tak… zwalniamy. W firmach coraz częściej nastaje hasta manana. Bo przecież wszystko może poczekać. Już wkrótce z trudnością będzie się można dostać na Wyspę. Wszystko znowu przechodzić będzie przez Szwecję. Fale urastać będą do rozmiarów szokujących, a prędkość wiatr sprawi, że Wyspa się zatrzyma, a jednocześnie… odleci. No bo wiatraki… przecież muszą być od czegoś. Prąd? Jaki prąd? Mąka? No weźcie no!!! Tosz to przeżytek przecież, więc o co chodzi z tymi śmigiełkami i wiatraczkami? A o to, że Wyspa nie jest nieruchoma. Gorzej, nie jest nawet przyczepiona do samej ziemi niczym innym niż te wszelkie siły ezgzystencjonalno-grawitacyjne. Wyspa umie latać. Dlatego ma wiatraczki, wiatraczki i wszelkie młynki. Dzięki nim sie unosi, przemieszcza poprzez wymiary i welony światów, przez okna i przesmyki… ale wiecie, ponieważ niewielu wierzy w taką możliwość, więc niewielu to dostrzega. Czasem się dziwią z tego, co wody wyrzucają na brzeg, ale kto tam ma czas na takie obserwacje. Zresztą, kto by w to uwierzył poza mną?

A ja biorę na to leki!!!

Serio!!!

IMG_6483

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.